niedziela, 23 czerwca, 2024
Strona głównaLifestyleO zjawisku kupowania prac dyplomowych

O zjawisku kupowania prac dyplomowych [WYWIAD]

Ktokolwiek z Was ukończył studia, raczej dobrze wie, czym jest praca dyplomowa. Jak się jednak okazuje, nie wszyscy studenci piszą ją sami. Udało mi się skontaktować z osobą, która pisaniem prac zajmuje się już kilka lat. Chciałem zapytać ją między innymi, jak wygląda ten rynek, jaki jest koszt napisania pracy oraz czy oby na pewno uchodzi to za etyczną praktykę.

Wiele osób zajmujących się pisaniem prac dyplomowych nie ujawnia swojej tożsamości. Robią to z różnych względów / fot. Shutterstock

Moje czasy studiów już na szczęście minęły. Napisanie pracy licencjackiej i magisterskiej wspominam raczej jako formalność. O wiele gorzej sytuacja prezentowała się ze zdaniem wszystkich wykładów i ćwiczeń. Przypominając sobie jednak ten okres studencki, doskonale wiem, że dla wielu znajomych skupienie się na tym, aby sklecić te kilkadziesiąt stron, nie należało do prostych.

I tu pojawia się kontrowersyjna alternatywa: poproszenie kogoś innego, aby sporządził dla nas taką pracę za odpowiednią kwotę. Ofert tego rodzaju nie brakuje. Czy jednak jest to oby na pewno etyczne? Wszak przypisujemy sobie wówczas autorstwo danego tekstu, mimo że nie jesteśmy jego autorami. Przeprowadziłem wywiad z Dominikiem (imię zmienione), mężczyzną, który już od kilku lat zajmuje się pisaniem prac dyplomowych. Nie była to pierwsza osoba, z którą się skontaktowałem, lecz jedyna, która zgodziła się szerzej o tym zjawisku porozmawiać.

Sebastian Jadowski-Szreder: Czemu chcesz zachować anonimowość? Bo domyślam się, że Dominik to nie jest Twoje prawdziwe imię.

Dominik: Tak naprawdę mam zupełnie inne imię. Posiadam kilka profili na FB, gdyż daje mi to większe szanse na znalezienie potencjalnego klienta. Początkowo oferowałem swoje usługi z prawdziwego konta. I to był błąd, bo potem znalazłem inne zatrudnienie i chciałem, aby nikt mnie nie wiązał z pisaniem prac. Dlatego postawiłem na fejkowe konta. Nie jestem osobą publiczną, ale od kilku lat prowadzę pewne projekty, które mogłyby wpłynąć na moją większą rozpoznawalność. I wtedy byłoby to niekomfortowe. Dlatego podczas naszej rozmowy jestem Dominikiem, ale jednocześnie jestem też Szymonem, Patrykiem i Mateuszem. Kiedyś nawet założyłem sobie profil Magdy, ale nie polecam tego kroku. Nie w momencie, gdy klient chce do ciebie zadzwonić i omówić szczegóły.

Skąd w ogóle wziął się pomysł na pisanie prac dyplomowych? Kiedy się to zaczęło?

To dość zabawne, bo zacząłem pisać prace dyplomowe, zanim sam obroniłem swoją. Miałem do tego dryg. Poprosiła mnie o to córka znajomej, bodajże chodziło o jakiś zakres materiału z któregoś z kierunków na AWF. Napisałem jej tę pracę, obroniła się, a potem, kiedy byłem na studiach, napisałem prace dyplomowe kilku znajomym. Był taki okres w moim życiu, że nie mogłem znaleźć pracy. Postanowiłem zaryzykować i ogłosić się na kilku grupach facebookowych. I tak to się zaczęło.

Jak oceniasz trudność napisania takiej pracy? Czy jest to zależne od tematyki?

Są takie zakresy, z których nigdy nie napiszę pracy. Sam ukończyłem studia bardziej związane z administracją, natomiast nie jest dla mnie problemem pisać z zakresu pedagogiki, filologii czy zarządzania. Najgorsze są prace z logistyki, bo choć niekiedy się ich podejmuję, to pisanie ich mimo lat wprawy idzie mi jak krew z nosa. Z zakresu prawa, rachunkowości czy jakichkolwiek dziedzin podchodzących pod inżynierkę rezygnuję, kiedy ktoś się o to pyta. Czasem zdarzyło mi się zrobić wyjątek, ale takie decyzje podejmuję sporadycznie. Ogólnie te prace często pisane są na jedno kopyto. Czasami winni są promotorzy, bo jeśli jeden lubuje się w temacie szkół integrujących albo seryjnych morderców, to każdemu studentowi taki promotor każe pisać na identyczny temat. Osobiście uważam to za dowartościowanie się.

Studenci czy promotorzy – kto jest gorszy?

Pół na pół. Naprawdę. Promotorzy nieraz okazują się być narcyzami. Student może przedłożyć promotorowi pracę, która będzie merytoryczna i będzie zawierać odniesienia do najnowszych badań. Ale to nie będzie takiemu wykładowcy odpowiadać, bo okazuje się, że on gdzieś tam kiedyś napisał mało popularną książkę o tym samym i trzeba ją uwzględnić. Najlepiej na jednej albo dwóch stronach pracy. Kojarzy mi się to trochę z onanizowaniem się do własnego zdjęcia. Istnieją promotorzy, którzy mają kompletnie wyrąbane na to, co student napisze. Z mojej perspektywy tacy są najlepsi. Są też tacy, którzy narzucają studentom jakieś własne przemyślenia i sposoby formatowania, mimo że tego nie uwzględnia strona uczelni. Tak, jak wspomniałem, dla mnie to wynika z kompleksów tych ludzi. Chcą się poczuć ważni, a szczucie takiego studenciaka daje im satysfakcję.

A studenci? Bywają ciężcy?

Tu również bywa różnie. Zasadniczo występują trzy rodzaje studentów, którzy proszą o napisanie pracy. Pierwsza grupa to ci, którzy poświęcają maksimum swojego czasu na pracę zawodową. Na skutek tego nie mają oni czasu na stworzenie dyplomówki, ale jednocześnie muszą ją nabazgrać, aby uzyskany papierek pozwolił im na większe zarobki. Tę grupę najbardziej szanuję i rozumiem. Oni w swoim zawodzie zdobędą więcej wiedzy niż na wykładach. Druga grupa to bogate dzieciaki. Kupują prace, bo mają hajs. Trudno mi ocenić, czy same byłyby w stanie ją napisać, ale podejrzewam, że one się nawet nad tym nie zastanawiają. Trzecia grupa to imbecyle. Ludzie tak głupi, że właściwie nie wiadomo, co oni robią na studiach. Miałem przypadek, w którym taka osoba nawet nie potrafiła wejść w Worda i dodać tam swojego numeru indeksu. Była też studentka, która na tyle zaczęła polegać na mojej pomocy, że po czasie nawet poprosiła, abym jej poszukał jakiejś pracy zdalnej. Bywali tacy, którzy chcieli się negocjować o cenę, ale szybko się zamykali, kiedy zapytałem ich, czy gdy dzwonią po hydraulika, a on za naprawę kibla bierze 200 złotych, to też go proszą o spuszczenie ceny.

A czy pisząc takie prace, nie masz „moralniaka”? Chodzi o to, czy nie czujesz, że robisz źle. Jakby nie patrzeć, ci ludzie – skoro wybrali się już na studia – powinni sami uporać się z pisaniem. Tak, jak wspomniałeś. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że istnieje też coś takiego jak autorzy widmo, tylko nie wiem, czy można tę sytuację przyrównać do tego faktu.

Ja ogólnie staram za dużo o tym nie myśleć. Oczywiście masz rację, że to nie za fajne, ale takie przypadki pracujących studentów, jakie przytoczyłem, są jakimś tam argumentem. Choć zarabiam na pisaniu prac, dla mnie sama idea pracy dyplomowej jest bezsensowna. Tworzysz kilkadziesiąt stron czegoś, co i tak zostało powielone z innych źródeł, a ostatecznie i tak nikt tego nie przeczyta. I po co coś takiego? Prace doktorskie mają jeszcze sens, bo tam coś osobiście badasz.

Ale z drugiej strony często pojawia się argument, że potem taki student z kupioną pracą zostanie lekarzem i komuś zaszkodzi.

Nie zostanie, bo studia medyczne to nie tylko napisanie pracy, ale też praktyki. A one zweryfikują, czy taka osoba się nadaje.

O autorach widmo wspomniałem wcześniej głównie dlatego, że uczelnie mogą wyciągnąć wobec studentów duże konsekwencje, jeśli wyjdzie im plagiat. Tu bywa różnie – znam przypadki, w których wyrzucono takiego studenta z uczelni. Ale wiem też, że niektóre uczelnie, jeśli plagiat wyjdzie zbyt duży, pozwalają na poprawę.

Ja też znam dużo przypadków, ale trudno ocenić, ile z nich to miejskie legendy. Wiesz, takie straszaki, żeby się studenciaki miały na baczności. Wiem natomiast, że JSA jest zawodnym systemem, który można porównać do lotka. Czasami bywa tak, że powołujesz się na treść jakiegoś artykułu z aktu prawnego, wręcz przepisujesz go takim, jaki jest. I JSA powie, że dwa pierwsze paragrafy są plagiatem, ale trzeci już nie. JSA jako plagiat zaznacza także bibliografię, a nawet spis treści, a wykładowcy nawet nie chcą tego czasem odjąć. Bo tak naprawdę to wykładowca decyduje ostatecznie, czy przyjmuje pracę. Ten system jest bardzo zawodny i szkodzi wielu studentom, niekiedy jednak praca w ogóle nie jest w niego wrzucana. Wszystko zależy od podejścia promotora, ale o tym już wspominałem.

Wróćmy do wspomnianych przez Ciebie grup facebookowych. Rozumiem, że to za ich pośrednictwem zdobywasz klientów?

W większości. Ale potem często bywa tak, że te osoby, którym pisałem prace, wracają do mnie z innymi zleceniami. Albo polecają mnie znajomym. Czasami chodzi o dłuższą pracę typu magisterka albo licencjat, a czasami o krótszą pracę. Esej, rozprawkę, jakąś analizę.

Przykładowa grupa na Facebooku, na której znajdziemy osoby zajmujące się pisaniem prac. Jak widzicie, nie została ona nazwana wprost jako pisanie, a jedynie jako „wsparcie” / fot. FB

A jak oceniasz konkurencję panującą na takich grupach? I czy spośród zleceniobiorców naprawdę istnieją jakieś osoby, które posiadają zarejestrowane działalności?

Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie zaglądanie konkurencji do kieszeni, zwłaszcza że często inni piszący roszczą sobie prawa do objawiania prawdy co i za ile powinno się robić. Może niektórzy mają zarejestrowane firmy, ale ja bym nie ryzykował. Pamiętam, że są na FB profile oferujące „usługi biurowe”. Inne z kolei nazywają to copywritingiem. Duża część stron to zwykły scam, gdzie student wpłaca pieniądze w ramach zaliczki, a otrzymuje zlepek tekstów z Internetu.

Skoro w sieci funkcjonuje tylu oszustów, to jak udowodnić potencjalnemu klientowi, że się nim nie jest?

Ja na przykład od razu zaznaczam, że nie pobieram zaliczek. Ale wiem, że to ryzykowne, bo przecież ktoś może mnie oszukać. Kilka razy zdarzyło mi się stworzyć rozdział, za który klient nie chciał mi zapłacić. Na grupach często piszą, żeby, broń Boże, nie dawać zaliczek, bo to od razu świadczy o oszustwie. Tyle że to głupota i do tego zakładanie, że to zleceniobiorca zawsze jest skory do szwindli. Przecież trzeba posiadać jakieś zabezpieczenie.

A jeśli klient Ci nie zapłaci, to co wtedy robisz?

Stosuję coś, co można by powszechnie nazwać groźbą. Staram się dowiedzieć na początku zlecenia możliwie jak najwięcej. Głównie, na jakiej uczelni studiuje dana osoba, jaki ma numer indeksu, kto jest jej promotorem. To są mocne punkty strategiczne. Zawsze przecież mogę z anonimowego maila wysłać donos, że taki a taki student chce kupić pracę. W praktyce nigdy jeszcze tego nie zrobiłem. Czasami jednak zdarzyło mi się popełnić gafę i nie zapytać o te dane. No a wtedy to już po ptakach.

Byłem na kilku takich grupach dotyczących pisania prac. Praktycznie codziennie pojawiał się jakiś post ostrzegający przed daną osobą. Czyli do oszustw dochodzi często?

Tak, to standard. Znam pewne niesławne przypadki osób, o których użytkownicy piszą non stop, a one nadal po tylu latach znajdują naiwnych, których kantują. Niektóre z nich ciągle działają na tym samym koncie. Nic nie da się z tym zrobić. Trzeba po prostu być uważnym. Oszukanym osobom często doradza się na grupach, aby poszły z tym na policję, ale to jest śmieszne. Co taki student powie? Że kupił pracę i ktoś mu jej nie napisał? Umowy też nie sporządzają, więc niczego tu nie da się zrobić. Albo jeszcze lepiej. Doradza się im, tym osobom, aby zadzwoniły do banku i zgłosiły, że wysłały tę kasę przez przypadek. To jest jeszcze śmieszniejsze. Uczula się korzystających z takich usług, aby uważali na zbyt niskie ceny, ponieważ niska cena oznacza, że dany piszący to kanciarz. To półprawda. Czasami rzeczywiście tak się sprawy mają, ale czasami jest to czysta zagrywka, aby tworzyć monopol na to, kto za ile może oferować swoje usługi. Bo jeżeli zaproponujesz 25 złotych za stronę, to „psujesz rynek”. Ja się pytam, jaki rynek? Istnieje w ogóle coś takiego w zakresie usług, o których mówimy?

Miałem właśnie zapytać o stawki, ale już mnie uprzedziłeś. Czyli bierzesz opłatę za stronę?

Tak, czasami 25, a czasami 30 złotych za stronę. Zależy od trudności i od tego, czy dana osoba mi się spodoba jako człowiek. Jeśli jest totalnym debilem, podwyższam cenę. Niektórzy biorą opłaty za całość pracy na zasadzie wykonania dzieła. Dla mnie to akurat dość problematyczne i chyba bym tak nie potrafił. Tak, jak wspomniałem, wielu piszących podnosi lament, że cena się zaczyna od 40 albo i nawet 50 złotych. Mnie nie obchodzi to, co oni mówią. Dzięki takiej stawce zebrałem wielu klientów. Duża część administratorów takich grup blokuje często innych piszących, ponieważ boją się konkurencji.

Czyli można z takiego pisania wyżyć?

Owszem. Był taki okres w moim życiu, gdy zajmowałem się tylko pisaniem prac. Oficjalnie siedziałem wtedy na bezrobociu, aby mieć ubezpieczenie. Ale nieoficjalnie pisałem innym ludziom prace i potrafiłem wyciągnąć kilka tysięcy złotych miesięcznie. Teraz biorę maksymalnie po dwa albo i trzy zlecenia, ponieważ zajmuję się oficjalnie czymś innym. Kiedyś brałem na siebie nawet dwanaście zleceń jednocześnie.

Na zakończenie chciałem spytać o jeszcze jedną rzecz. Nurtują mnie kwestie prawne. Nie czujesz, że to, co robisz, koliduje z prawem?

Prawdę powiedziawszy, nie. Uczelnie przestrzegają, aby nie powierzać komuś swojej pracy do napisania, ponieważ będzie to przestępstwo. I owszem, to naprawdę będzie przestępstwo ze strony tego studenta. Zasadnicze pytanie tylko, czy ktokolwiek jest mi w stanie udowodnić, że i ja złamałem prawo? No bo co – przecież mogę sobie pisać na komputerze, co mi się żywnie podoba. Od tak, w ramach zainteresowań. Na wielu stronach prawniczych napiszą Ci, że to nielegalne. Podadzą nawet przepisy o tym świadczące. Przede wszystkim kluczowe jest to, że należałoby udowodnić, że przesyłając plik Word danej osobie, wiedziałem, że chce ona użyć jej jako własnej. A to skomplikowana sprawa. Nie wiem, czy policja pofatygowałaby się, aby tego dociec.

Czytaj także:

Sebastian Jadowski-Szreder
Sebastian Jadowski-Szrederhttps://www.jadowskiszreder.pl/
Youtuber i pisarz, twórca zbioru opowiadań "Incydenty Antoniego Zapałki", hobbystycznie zbieracz filmów i pasjonat horrorów, a także starych gier. Główną sferą jego zainteresowań jest popkultura z wyraźnym zaakcentowaniem elementów retro.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze