czwartek, 28 października, 2021
Strona głównaSportMateusz Kasiarz a sprawa polska. Co potrzeba, żeby zostać Polakiem?

Mateusz Kasiarz a sprawa polska. Co potrzeba, żeby zostać Polakiem?

Od kilku tygodni polski światek piłkarski żyje sprawą obrońcy Aston Villi Matty’ego Casha, który w mediach w wyraźny sposób zgłosił swoje pretensje do gry w reprezentacji Polski, a ponadto wystąpił o uzyskanie polskiego paszportu. Mimo, że urodził się i wychował w Anglii, to jego dziadkowie ze strony mamy nazywali się Ryszard i Janina. Głosy krytyczne wobec młodego piłkarza sprowadzić można właściwie do stwierdzenia: Matty, nigdy nie będziesz Polakiem. Dlaczego nie możemy zwyczajnie uwierzyć w dobre intencje tego faceta?

Dam sobie rękę uciąć, że znałem w szkole gościa o identycznej twarzy. Nie jestem jednak pewien, czy nie kradł mi kanapek.
  • Piłkarz Aston Villi, Matty Cash przymierzany jest do reprezentacji Polski
  • Część publicystów widzi tu „wał” i przestrzega widzów przed zbyt pochopnym powoływaniem Casha na kadrę
  • Matty Cash, ma jednak ugruntowane polskie korzenie i choć komuś może to się nie podobać, to paszport mu się należy

Historię rodzinną dziadka Matty’ego, która przytoczył Piotr Koźmiński dla WP, można określić jako niecodzienną, ale nie tak niezwykłą w obliczu tego, co spotykało Polaków podczas drugiej wojny światowej. W 1940 roku Ryszard Tomaszewski wraz z rodziną jako syn policjanta został deportowany ze Stanisławowa na Syberię.

Ratunkiem dla nich stał się pakt Sikorski-Majski, który umożliwił im opuszczenie Związku Radzieckiego w celu znalezienia sobie bardziej przyjaznego miejsca do życia. Jako uchodźcy przez Iran i Indie dotarli do dzisiejszej Tanzanii, będącej wtedy brytyjską kolonią, gdzie znaleźli schronienie aż do 1948 roku. Koźmiński przytacza wypowiedź mamy Matty’ego, Barbary, która mówi, że lokalni mieszkańcy traktowali Polaków bardzo dobrze, a część z nich pomagała w budowie prowizorycznych osiedli dla uchodźców.

Tomaszewscy trafiają do Anglii

Po kilku latach rodzina Ryszarda przeniosła się do Anglii, gdzie już pozostali na stałe, z naturalną konsekwencją w postaci zanglicyzowania się kolejnych pokoleń. Dla mamy Matty’ego polski był nadal pierwszym językiem, ale on sam po polsku już nie mówi. Można by przekornie spytać się, a co by się stało, gdyby wówczas jakiś kraj tranzytowy – np. Iran – postanowił ogłosić, że napływ Polaków uciekających z Syberii przed nędznymi warunkami życia stanowi wojnę hybrydową ze strony Związku Radzieckiego i odmówić wpuszczenia kogokolwiek na teren swojego kraju? Czy wtedy akces do kadry zgłosiłby Matwiej Diengi, prawy obrońca Uralu Jekaterynburg, czy też nikt, bo los nie byłby tak łaskawy dla Ryszarda Tomaszewskiego?

W całej dyskusji oczywiście nie chodzi o względy sportowe, bo Cash spokojnie zmieściłby się w polskiej kadrze, a nawet mógłby pewnie od razu grać w pierwszym składzie. Wszystko rozchodzi się o to, komu wolno być Polakiem. Zbigniew Boniek węszy tu spisek agenta, mający doprowadzić do uzyskania przez Casha polskiego paszportu, który jako paszport kraju UE pozwala na uprzywilejowanie w wielu ligach Europy – w niektórych z nich w drużynie może być zarejestrowanych tylko określona ilość graczy bez unijnego obywatelstwa. Albo agent Matty’ego wykazuje się największą dalekowzrocznością wśród agentów – w końcu ilu piłkarzy z Wysp, nieznających innego języka niż angielski, wyjeżdża kopać do innych lig? – albo były prezes PZPN po prostu nie do końca wie, o czym mówi.

Stranieri Smudy

Tu należy wspomnieć niechlubną tradycję ściągania do polskiej kadry piłkarzy będących potomkami polskich emigrantów, czyli tak zwanych farbowanych lisów. Stało się to szczególnie popularne za czasów selekcjonera Franza Smudy, który to w obliczu nędzy personalnej swojego składu postanowił dokooptować do kadry niesławny kwartet: Ludovica Obraniaka, Eugena Polanskiego, Daniela Perquisa i Sebastiana Boenischa.

Na papierze to może i miało sens, ale wyszło fatalnie – goście grali bez większego zaangażowania i walnie przyczynili się do blamażu, jakim okazał się być występ kadry na Euro 2012. Żaden z nich zresztą potem nie wykazywał jakiegoś szczególnego zainteresowania Polską. Nie można tu też nie wspomnieć o sympatycznym Thiago Cionku. Portal weszło.com tak bardzo go nienawidził, że udawał w swoich tekstach, że polsko-brazylijski piłkarz nie istnieje. A przecież jako jedyny z wymienionych kopał kilka lat w polskiej ekstraklasie i mówi płynnie w naszym języku. W kontekście Matty’ego Casha można by spytać: i co z tego? Jakie to ma przełożenie na historię gościa, który nie ma z powyższymi nic wspólnego?

Jeśli chodzi o zainteresowanie Polonią, to państwo polskie, a za nim publicyści, cierpią na straszliwe rozdwojenie jaźni. Przyjrzyjmy się chociażby temu, jakie zainteresowanie wykazuje się pomocy Polakom „na Wschodzie”, a jakie tym „na Zachodzie”. Łatwo można znaleźć niezliczoną ilość fundacji i zorganizowanych akcji dla potomków deportowanych na dzisiejsze tereny Rosji czy Kazachstanu – i bardzo dobrze. Jednak do tej kategorii zalicza się również dziadek Matty’ego Casha. Czy jego polskości ujmuje coś, że zamiast ścinać drzewa w tajdze do końca życia wybrał próbę odnalezienia szczęścia w normalnych krajach?

Emigranci zarobkowi wyjeżdżający na Zachód traktowani są natomiast w debacie publicznej znacznie gorzej. Czy jednak faktycznie wyjeżdżają z własnej woli, jeśli w Polsce nie byliby w stanie utrzymać swojej rodziny, wynająć mieszkania czy wziąć kredytu za płacę w wykonywanym przez siebie zawodzie?

W 2017 r. pewna posłanka PiS powiedziała młodym lekarzom, że jak chcą, to niech sobie pojadą. Część publicystów, wydaje się, z automatu wrzuciła Casha, potomka sybiraka, do takiej właśnie kategorii. Tomasz Smokowski na przykład wskazał, że gdyby nie lepsi piłkarze, to Matty grałby dla kadry Anglii i nikt by nie usłyszał o jego polskości. Nie jestem do takiej opinii przekonany. Nie zgadzam się też z opinią Mateusza Borka, który powiedział, że PZPN oglądał Casha dwa lata temu, a ten przez ten czas nie tylko nie wystąpił o paszport, ale też o zgrozo, nie wybrał się na wycieczkę do Malborka ani Oświęcimia. W tej narracji Matty miał liczyć na to, że zainteresuje się nim ktoś z kadry Anglii. Te poglądy też wydają mi się chybione. Cash ma 24 lata i równie dobrze mógłby jeszcze sobie poczekać na powołanie do kadry Anglii, gdyby chciał.

Polecamy:

Po co Matty’emu to cała Polska?

Zastanówmy się finalnie, po co Matty’emu Cashowi w ogóle zabawa w kadrę Polski, gdyby nie czuł jakiejkolwiek mięty do kultury swoich dziadków. System piłki angielskiej, z dużą ilością drużyn w ligach i rozbuchanym systemem pucharowym, znany jest z ostrej eksploatacji zawodników. Czy Cash jest tak ambitny, żeby dokładać sobie kilkanaście meczów w roku, plus dziesiątki dodatkowych jednostek treningowych, dla kadry kraju, który ma w nosie? Czy pozazdrościł kolegom ze składu, którzy wyjeżdżają kopać w kadrach Zimbabwe czy Burkiny Faso w przerwach na reprezentacje, a on sam zmuszony zostaje do snucia się samotnie po klubowym ośrodku? Czy po hitowym z jego punktu widzenia transferze do Aston Villi chciałby ryzykować zdrowie w meczach z kelnerami na andorskich czy mołdawskich kartofliskach? Czy nie boi się odrzucenia w sytuacji, w której wszyscy inni piłkarze kadry mówią płynnie po polsku jako w swoim pierwszym języku, a on pewnie zna maksimum kilka słów? Moim zdaniem odpowiedzi na wszystkie te pytania są negatywne.

Popatrzmy sobie jeszcze na kadrę Kosowa, które jako jedno z najmłodszych państw w Europie swoją kadrę piłkarską zbudowało na piłkarzach urodzonych na emigracji – głównie we Włoszech i w Szwajcarii. Gdyby kosowski Mateusz Borek selekcjonował ich pod względem tego, czy zwiedzili już Prisztinę i Uroszewac, to prawdopodobnie z ligowym składem tych, którzy w Kosowie zostali, biliby się dzisiaj o ostatnie 10 miejsc w rankingu FIFA. Na szczęście wciąż w piłce reprezentacyjnej o składzie nadal decyduje selekcjoner, więc jeśli Cash wkrótce dostanie paszport, to liczę na to, że pokaże się w bluzie kraju przodków i uczyni to z należytym zaangażowaniem. Może nie powie o sobie, że jest Polakiem i ma obowiązki polskie, ale nie mogę uznać w tym kontekście narodowego gatekeepingu za prawidłową politykę.

Czytaj też:

Bartłomiej Król
Prawnik z Bałut z sercem po lewej stronie. Hobbystycznie również poeta i redaktor. Autor nieodżałowanego bloga "Krytyka Królika" oraz współzałożyciel kolektywu artystycznego "Dwa Nazwiska". Na True Story pisze o tym, co go pasjonuje - czyli o piłce nożnej, kulturze i polityce. Stara się nie być mentalnym dziadersem, chociaż nie zawsze mu to wychodzi.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj
This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner