poniedziałek, 30 stycznia, 2023
Strona głównaKulturaFilm"Do ostatniej kości". Intymność i kanibalizm

„Do ostatniej kości”. Intymność i kanibalizm

Przyzwyczailiśmy się do naszych utartych, bezpiecznych schematów postrzegania świata. Normy społeczne to koncept, dzięki któremu bardzo łatwo stajemy się sędziami zachowań i predyspozycji innych ludzi, nierzadko bezrefleksyjnie i wtórnie. Luca Guadagnino w swoim najnowszym filmie "Do ostatniej kości" spektakularnie burzy tę starą, starannie poukładaną wizję; stając na wyżynach artyzmu sprawdza nasze granice wrażliwości i empatii. Jego opowieść o kanibalizmie staje się niepokojącym studium moralności, po odbiorze którego trudno nie zadać sobie pytania – „a co, gdybym to był / była ja?”.

Fot. mat. prasowe

Stany Zjednoczone lat 80. Prezydentura Ronalda Reagana. Tradycjonalizm i konserwatyzm, którymi amerykańskie społeczeństwo nasiąkło po okresie rewolucji obyczajowej, stają się subtelnym tłem dla historii opowiadanej przez Lucę Guadagninego, reżysera znanego przede wszystkim dzięki oscarowemu filmowi „Tamte dni, tamte noce”. Główną bohaterkę – osiemnastoletnią uczennicę Maren – poznajemy, gdy mieszka wraz z samotnie wychowującym ją ojcem w dość ascetycznych warunkach, wiodąc pozornie zwyczajne, nastoletnie życie. Jednak fasada, którą obserwujemy przez kilka pierwszych minut filmu, jest tak krucha, że już od początku sprawia wyczuwalny dyskomfort – dlaczego dziewczynie nie wolno wychodzić z domu? Dlaczego ojciec przed snem rygluje drzwi do jej sypialni? Co się stało z jej matką?

Tego, co początkowo przemilczano, dowiadujemy się wraz z pierwszą odgryzioną kością. Mordowanie nie jest dla głównej bohaterki perwersyjną uciechą, lecz przykrą koniecznością – nieuniknioną, gdy prymitywny, nieprzejednany głód zapanuje nad zdrowym rozsądkiem i resztkami samokontroli. Jednak im więcej „zjadaczy” pojawia się na ekranie, tym bardziej dorastająca Maren zaczyna gubić się w gąszczu poglądów, kłamstw, starannie wykreowanych póz i usprawiedliwień.

„Do ostatniej kości”. Estetyka potworności

„Do ostatniej kości”, pozostając kwintesencją kina artystycznego, łączy w sobie elementy dramatu, romansu i horroru. Reżyser bezkompromisowo i niespiesznie prowadzi nas przez ekscentryczną wizualną ucztę, w której niekoniecznie mamy ochotę uczestniczyć – obrazy wprost obrzydliwe i porażające oplata ilustracjami natury i pięknej cielesności.

Nie jest to pierwszy film, w którym Guadagnino tak sprawnie wykorzystuje motywy horroru – w 2018 roku mogliśmy obejrzeć jego wariację na temat „Suspirii” z Tildą Swinton i Dakotą Johnson w rolach głównych. Wyraźnie widać zamiłowanie reżysera do sięgania po horrorowe środki w celu osiągnięcia filmowego decorum. Bo zarówno „Suspiria”, jak i „Do ostatniej kości” to filmy niebanalnie piękne i estetycznie wyważone – lecz wyważone tak, by widza nie tyle usatysfakcjonować, co zmęczyć, porazić i zszokować.

Czy kanibal może kochać? Kino o moralności i przesuwaniu granic

Luca Guadagnino nie kryje swojej słabości do Timothéego Chalameta – młodego aktora, z którym współpracował już na planie „Tamtych dni, tamtych nocy”, a który ostatnimi czasy stał się jednym z najgorętszych nazwisk Hollywoodu (m.in. dzięki rolom w „Diunie” i „Małych kobietkach”). Postać grana przez Chalameta wprowadza do filmu wątki miłości i pożądania – łatwo się domyślić, że dla kanibali zdradliwe i niepewne aspekty życia.

Czy kanibal może kochać? Czy jest skazany na samotność i wykluczenie? Ponad dwugodzinne, dociekliwe studium przypadku staje się pretekstem do ogólniejszych rozważań – nie tylko na temat przymusowej społecznej marginalizacji, lecz również empatii i wrażliwości.

„Do ostatniej kości” to również festiwal dobrego aktorstwa – poza wspomnianym Chalametem należy wspomnieć o grającej główną bohaterkę Taylor Russel, która fantastycznie pokazuje targające młodziutką Maren emocje i wątpliwości. Drugoplanowa rola Marka Rylance’a (laureata Oscara za rolę w filmie „Most szpiegów”) stanowi swego rodzaju aktorską wirtuozerię, która na długo pozostanie w naszej pamięci.

„Do ostatniej kości” to film, który z pewnością znajdzie się w przyszłorocznym oscarowym zestawieniu. Zdobywszy uznanie na festiwalu w Wenecji oraz przychylność krytyków, ma szansę zapisać się w historii kina jako ciekawy i udany eksperyment, polegający na łączenu gatunków oraz przesuwaniu dyskursu o moralności. Miłość i kanibalizm, wrażliwość i makabra, romans i horror – to połączenie, o którym trudno zapomnieć, szczególnie gdy za kamerą stoi Luca Guadagnino.

Czytaj także:

Paulina Małańczuk
Czujna (nie mylić z czuła) obserwatorka kultury.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze