poniedziałek, 5 grudnia, 2022
Strona głównaKulturaFilm"Top Gun: Maverick". Hołd dla klasycznego kina akcji

„Top Gun: Maverick”. Hołd dla klasycznego kina akcji

Powrót do znanych tytułów sprzed lat zazwyczaj okazuje się być skokiem na kasę. Twórcy nie mają pomysłu na dalsze losy bohaterów, a scenariusz najczęściej bywa pisany na kolanie. Wystarczy wspomnieć choćby fatalną nową trylogię "Gwiezdnych Wojen" lub "Matrix: Zmartwychwstania". O dziwo, reaktywowany po latach "Top Gun: Maverick" broni się jednak jako dzieło kompletne, świadome i zajebiste.

Bez tych okularów, wracających do mody co kilka lat jak bumerang, nie byłoby tego filmu

„Top Gun: Maverick”. Tom Cruise wraca do lotnictwa

Nostalgia jest silnym uczuciem, przez które starsze filmy doceniamy czasem bardziej, niż na to zasługują. Takim dziełem był choćby pierwszy „Top Gun” – przeciętny, sztampowy, ale jednak kultowy choćby ze względu słynne okulary noszone przez Toma Cruise’a.

Głównym bohaterem nadal jest Pete „Maverick” Mitchell grany oczywiście przez tego wiecznie młodego aktora. Wciąż pracuje jako pilot, ale nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości amerykańskiej armii. To już nie są czasy, gdzie operator myśliwca leciał na romantyczną misję, by uratować świat przed terroryzmem. Dziś rząd woli inwestować w drony lub inne technologie, niezależne od możliwości popełnienia przez człowieka błędu.

Pojawia się jednakże misja, która może być wykonana tylko przez wysoko wykwalifikowanych pilotów, a Maverick musi przygotować zespół do wykonania czegoś, co dla zwykłych śmiertelników byłoby samobójcze. Oczywiście jednak nasz bohater nie byłby sobą, gdyby miał działać pod linijkę i nie sprawiać żadnych problemów swoim przełożonym. 

Największą wadą, ale także i zaletą, jest scenariusz. Prosta historia skompletowania oraz wyszkolenia ekipy była wałkowana przez Hollywood już wielokrotnie. „Top Gun: Maverick” nie jest wyjątkiem w tym temacie. Z drugiej strony jednak, w żaden sposób nie ukrywa swojej sztampowości, a wręcz przeciwnie – szczyci się nią.

„Top Gun: Maverick”. Lata 80-te jak żywe

W takim odbiorze pomaga też fenomenalna muzyka Harolda Faltermeyera, która przywodzi na myśl kicz lat osiemdziesiątych, co podkreśla przerysowany charakter produkcji. Owszem, można narzekać na pretensjonalność wątku romantycznego albo relacji pomiędzy bohaterami, ale przecież są one jedynie chwilą wytchnienia dla znakomitych scen akcji i bezbłędnie budowanego napięcia.

Wspomnianemu Faltermeyerowi towarzyszy Hans Zimmer, który do ikonicznego dźwięku tanich syntezatorów à la lata 80-te dodaje szczyptę dostojności. Dźwięki idealnie współgrają z komiksowymi postaciami i nierealnie hiperbolicznym biegiem wydarzeń. Czasem można odnieść wrażenie, że oglądamy kolejny film ze stajni Marvela, tylko zamiast superbohaterów mamy tu pilotów myśliwców. Oczywiście jest to zabieg świadomy, a dzieło traktuje siebie z dystansem.

Realizacja scen akcji to czyste złoto. Poziom dopracowania i serca włożonego w przygotowanie ich sprawia, że oglądanie jest czystą przyjemnością. Tom Cruise znany jest z braku używania półśrodków. Mając na względzie, iż green screen ograniczony jest niemal do minimum, a w produkcji brali udział prawdziwi piloci myśliwców, robi to jeszcze większe wrażenie.

Godny pochwały jest także sposób, w jaki budowane jest napięcie. Reżyser Joseph Kosinski bezbłędnie stopniuje emocje i sprawia, że z wypiekami oglądać można wyczyny powietrznych asów. Dawno nie widziałem tak angażującego obrazu, sprawiającego, że ani przez chwilę nie można mrugnąć okiem.

Twórcy doskonale wiedzieli, kiedy akcję należy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Tak idealnie stopniowaną akcję miały tylko największe klasyki gatunku kina akcji w stylu „Zabójczej Broni” albo pierwszych dwóch „Szklanych Pułapek”.

„Top Gun: Maverick”. Powrót Vala Kilmera

Wzruszająca jest scena, kiedy Tom Cruise spotyka się w jednej scenie Valem Kilmerem. Ten drugi cierpi w związku z rakiem krtani, co sprawia, że nie może się swobodnie wypowiadać. Zdawać by się mogło, że Val nie ma szans na ponowne pojawienie się na wielkim ekranie, ale jednak w jakiś sposób przekonano producentów, by znaleźli dla niego rolę.

Cruise miał podkreślić, że bez partnera z pierwszego filmu nie zamierza brać udziału w sequelu. Choć jego występ trwał krótko, wzbudził wiele emocji i wzruszeń. Można sobie żartować, że filmem do płakania jest „Titanic” albo „Pamiętnik”, ale to właśnie nowemu „Top Gunowi” udało się sprawić, bym po raz pierwszy od lat uronił łzy.

Czytaj także:

Nie spodziewałem się tak dobrego kina. Wybierając się na najnowszego „Top Guna”, oczekiwałem tylko ogromnego ładunku nostalgii, a dostałem coś o wiele więcej. To po prostu świetny film, żeby nie powiedzieć – jeden z lepszych stawiających na akcję. Sam nie jestem wielkim fanem Toma Cruise’a, aczkolwiek przyznać trzeba, iż włożył w dzieło to dużo serca i pracy. To dobrze, że stara gwardia kina wciąż ma jeszcze kilka słów do powiedzenia. 

Polecamy:

ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze