niedziela, 22 maja, 2022
Strona głównaKulturaFilmMatrix Zmartwychwstania. Hit czy kit?

Matrix Zmartwychwstania. Hit czy kit?

Najnowszy film z kultowej serii dosyć mocno podzielił widzów na całym świecie, także w naszej redakcji. Trudno będzie odpowiedzieć o tym filmie bez choćby minimalnych spoilerów z uwagi na jego konstrukcję, postaramy się ograniczyć je jednak do tego, co było w trailerach. Oto pięć dobrych cech „Zmartwychwstań” wskazanych przez Bartka Króla i tyle samo złych, które wyróżnił Maciek Deja.

Dobrze się zastanów, czytelniku, bo będziesz musiał żyć z tym wyborem…

Złamanie czwartej ściany

Plus. Znaczna część filmu poświęcona jest wątkom dotyczącym samej idei tworzenia sequeli i spin-offów popularnych dzieł. Film rozpoczyna się od ukazania grupki postaci, które próbują stworzyć dalszą część „Matrixa” – w świecie, który oglądamy, jest to popularna seria gier wideo. Rozmowa dotyczy chociażby różnych sposobów interpretacji trylogii, który pojawiły się w rzeczywistości, takie jak alegoria problemów osób transpłciowych, krytyka kapitalizmu albo czysta rozrywka stworzona dla scen akcji.

Następnie wprost słyszymy, że producent Warner Bros. chciałby, aby kolejna część „Matrixa” została stworzona przez znanego programistę Thomasa Andersona, ten jednak nie jest tym specjalnie zainteresowany. W filmie pojawia się także pewna drugoplanowa postać z trylogii, ale jej rola ogranicza się do wariackiego wywrzaskiwania kwestii o tym, jak rebooty i social media niszczą dzisiejszą kulturę masową.

Minus. Tak jakby fakt, pojawiającej się w filmie postaci, która mówi o tym, że ten film jest słaby, miała rozbroić wszelką krytykę. To tak nie działa. Prawda jest taka, że pierwsza część Matriksa była genialnym filmem i zamkniętą historią, która nie powinna być kontynuowana. O ile dwie kolejne, dużo gorsze części, jeszcze trzymały jako tako klimat oryginału, o tyle czwórka jest czymś pomiędzy rebootem, remake’iem i pasztetem.

Mierzenie się z legendą pierwotnej historii niosło ze sobą potężne ryzyko, ale mogło się udać, gdyby Wachowska miała do zaprezentowania coś więcej, niż desperackie odgrzewanie nieświeżych kawałków i polewanie ich współczesnym sosem. Po co – poza pieniędzmi – twórca miałby bezcześcić swoje dzieło? W przypadku Wachowskiej film miał być formą terapii po śmierci obojga rodziców. To sporo wyjaśnia.

Neo kontra Neo. (YouTube)

Odniesienia

Plus. Powiedzieć, że film czerpie ze swoich poprzedników pełnymi garściami, to jak nie powiedzieć nic. „Zmartwychwstania” nie nadają się do oglądania przez tych, którzy nie widzieli dotychczasowej trylogii. Jednak jeśli jakimś cudem trafiliby oni na seans, to w wielu scenach na mrugnięcie oka pojawiają się co bardziej znaczące urywki.  

Apogeum autorekurencji pojawia się w znanej z trailera scenie, w której wyglądający jak Morfeusz gość oferuje Neo dwie tabletki. W tle, na gigantycznym ekranie, leci natomiast ta sama, kultowa scena, nagrana w filmie dwadzieścia jeden lat wcześniej. Dzięki jednak temu, że Wachowski puszcza oko do widza i ciągle przełamuje czwartą ścianę, wszystkie elipsy stworzone w tym filmie naprawdę dobrze grają.

Minus. …poza tym, że w ogóle nie trzymają się kupy. Scenariusz filmu przypomina fatalną scenę walki w magazynie – na jednym poziomie rusztowania ktoś się bije, na drugim też, ktoś spada, ktoś wstaje, pojawia się też menel, który coś krzyczy, a później znika. Po co? Nie do końca wiadomo. Jeśli miało to być puszczanie oka do widza, to trzeba mu wiedzieć przed seansem, że film składa się w 90 proc. z mrugania.

Matrix był filmem ze wszech miar rewolucyjnym, a czwarta część nie wnosi w tę historię zupełnie nic. Zobaczycie zero scen, które warto zapamiętać, zero wartościowych dialogów. To szczególnie boli w kontekście scen walki czy efektów specjalnych. Przy poprzednich częściach zbierało się po nich szczękę z podłogi, teraz jedyną reakcją będzie grymas zażenowania.

Zmiana paradygmatu

Plus. Minęły już czasy wojny totalnej między ludźmi a maszynami. Zmilitaryzowany, uzbrojony po zęby Zion został zastąpiony pokojowo nastawionym Io, w którym wolne środki lokuje się w ogrodnictwie, a gości częstuje się truskawkami. Społeczność wygnańców wzbogacają samoświadome AI i skore do współpracy maszyny.

Nawet w kwestii formalnej „Zmartwychwstania” są zaskakująco zdominowane przez naturalne oświetlenie i ciepłe kolory. O ile brutalny „Matrix” z 1999 r. miał wstrząsnąć widzem przyzwyczajonym już do względnie spokojnej dekady lat 90., o tyle Lana Wachowski w obecnych czasach niepokoju serwuje raczej opowieść ku pokrzepieniu serc.

Minus. Tak, częściowa symbioza ludzi i maszyn w najnowszym Matriksie to jakby w drugiej części Armageddonu Bruce Willis zaprzyjaźnił się z meteorytem, a Ben Affleck i Liv Tyler przylecieli na nią założyć farmę. Agenci, którzy w oryginalnej trylogii wykańczali każdego, kto zalogował się do Matriksa, to dzisiaj sympatyczne fajtłapy, które nie potrafią strzelić z kilku metrów do śmiertelnego wroga.

Spoiwem i esencją całego filmu ma być miłość Neo i Trinity, która choć kluczowa w trylogii, jedynie wraz z innymi motywami stanowiła bardziej spójną całość. Ograniczone umiejętności aktorskie i brak chemii między Keanu Reevsem i Carie Anne Moss zgrzytały w tym kontekście już w poprzednich filmach, teraz, kiedy film ma do zaoferowania niewiele poza ich pokręconą relacją, nie da się nie cierpieć patrząc w ekran.

Worldbuilding

Plus. Jedną z największych trudności, z jaką mierzą się twórcy wracających do zbudowanych po latach światów, jest rozwiązanie kwestii upływu czasu. Tak na przykład w świecie „Gwiezdnych Wojen” producenci „Rogue One” utknęli w retrofuturyzmie – musieli pracować z wizją przyszłości, która stanowiła już w danym momencie przeszłość. W „Zmartwychwstaniach” nie jest inaczej, nadal pojawiają się zatem cyberpunkowe miasta i roboty-kałamarnice, ale z uwzględnieniem upływu czasu od starych części.

Szczególnie dobrze wypadają sceny, w których okazuje się, że Neo to żyjąca legenda, a całe generacje młodzieży dorastały w jego kulcie do tego stopnia, że stworzono osobną naukę badającą jego życie. Klei się także, choć akurat mogłoby być lepsze, wytłumaczenie tego, dlaczego w ogóle oglądamy ten film, skoro pod koniec „Rewolucji” dwójka głównych bohaterów powinna być martwa.

Minus. O ile przyszłość pokazana w Matriksie dalej robi dobre wrażenie, o tyle wypełnienie jej treścią i bohaterami, kierującymi się zrozumiałymi motywami woła o pomstę do nieba. Dlaczego najważniejsze miejsce na „ludzkiej farmie” uprawianej przez roboty jest tak mało strzeżone? Dlaczego Trinity w jednej scenie olewa Neo, a w kolejnej już z nim idzie?

Podobnie postaci pojawianie się znienacka kolejnych postaci sprawia wrażenie, jakby Wachowska stwierdziła „ok, upchnijmy tę postać z poprzednich tutaj. Po co? Zaraz coś wymyślimy”. O ile zawiązanie akcji i powrót do „prawdziwego świata” wyglądają obiecująco, o tyle później mamy…

Część scen w niczym nie przypomina zimnego, zielonkawego świata starych „Matrixów” (YouTube)

Ciepłe love story

Plus. Tak naprawdę druga część filmu to zaserwowany w sosie sci-fi melodramat. W trailerze widzimy postaci Neo i Trinity, które wyraźnie nie pamiętają swojego wzajemnego istnienia. Przyczyna tego stanu rzeczy to będzie jedna z głównych osi napędowych „Zmartwychwstań”. Nie wchodząc w szczegóły, wymowa filmu pod tym względem pozostaje jednoznacznie optymistyczna, także w ledwie muśniętych wątkach bohaterów pobocznych.

Gombrowiczowska druga osoba zostaje przedstawiona przez Lanę Wachowski jako najbardziej skuteczne antidotum na trudną rzeczywistość. Ciepło bijące z wątków romantycznych skutecznie zasłania pewne niedoróbki fabularne, wynikające także z widocznego cięcia materiału.

Czytaj też:

Minus. Tak, Wachowska zrobiła z kultowego filmu będącego przestrogą przed cyfrową apokalipsą tandetne love story podlane sosem science-fiction. Wszystkim, którzy sądzą, że to udany eksperyment proponuję zabawę – co zostanie z wątku miłosnego po „oczyszczeniu” jej ze wszystkich odniesień do Matriksa? Nic, bo nic nie wnosi, choć w zamyśle ma tłumaczyć wszystko. Ale dużo bardziej przekonująco wypadło to choćby w Interstellar.

Nie będzie żadnym spojlerem napisanie, że Neo i Trinity będą żyli długo i szczęśliwie. Poznęcają się nad antagonistą i wzlecą razem ku przestworzom i gdzieś daleko, po drugiej stronie tęczy, będą pewnie jeździć na jednorożcach. Błagam, niech kolejna część już nie powstanie.

Polecamy:

To_tylko Redaktor
Konto należące do redakcji TrueStory. Czasem wykorzystywane do puszczania niepodpisanych wiadomości od czytelników.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner