piątek, 9 grudnia, 2022
Strona głównaLifestylePrzygarnij Kropka. Jeden z ciekawszych eksperymentów telewizyjnych

Przygarnij Kropka. Jeden z ciekawszych eksperymentów telewizyjnych

Jeśli uważacie, że w TV ciągle serwują wam nieprawdę, to musicie wiedzieć, że kiedyś sytuacja wcale nie prezentowała się lepiej. Pewien program (czy też może raczej produkt marketingowy) z przeszłości wprawdzie u niektórych może wzbudzić nostalgię, ale jednocześnie nie grał z widzem w otwarte karty. Sam w dzieciństwie dałem się na to wszystko nabrać, sądząc naiwnie, że kawałek kartonu naprawdę może zostać naświetlony serialem „Na Wspólnej”.

Reklama zachęcająca do przygarnięcia Kropka to typowy wytwór grafiki komputerowej z lat 00.

Przygarnij Kropka. Początki telewizji to czas eksperymentów…

Prawdziwe początki polskiej telewizji oferującej różnorodne prywatne jak i publiczne kanały tak naprawdę nastąpiły po transformacji ustrojowej. Pierwszą taką stacją była lokalna telewizja Sky Orunia uruchomiona z inicjatywy Zbigniewa Klewiado, który zajmował się naprawą telewizorów. Choć duża część nadawanych treści puszczana była bez wymaganej koncesji, prezydent Gdańska dał na taki proceder przyzwolenie. Sky Orunia już od dawna nie funkcjonuje, a jej pierwotny autor nie żyje, jednak myślę, że warto tutaj napomknąć o tym fenomenie, a o tym, dlaczego poświęciłem na niego kilka linijek tekstu, opowiem później.

Potem liczba kanałów stale wzrastała. Pochodzę jeszcze z tego pokolenia, które oglądało namiętnie Dragon Balla na RTL 7. I stacja ta wydawała się naprawdę prężnie rozwijać, lecz z czasem wprawne oko mogło zauważyć, że liczba autorskich programów gwałtownie zaczęła tam spadać. Aż w końcu w 2002 roku przekształciła się ona na TVN 7, co dla mnie i pewnie dla wielu innych osób wychowanych w latach 90. i początkach nowego millenium stanowiło koniec pewnej epoki.

Wśród nadawców komercyjnych przez pewien czas także panowała moda na uruchamianie swoich stacji lokalnych tak, jak czyniła to Telewizja Publiczna. Ostatnio za sprawą jednego z filmów na YouTube dowiedziałem się, że Polsat i TVN eksperymentowały z takimi formatami, ale najwidoczniej okazało się to bardzo nieopłacalne, bo stacje lokalne szybko zniknęły i niemal natychmiast o nich zapomniano.

Piszę o tym w ramach dłuższego wstępu. Każda z tych trzech sytuacji pokazuje, że okres od 1989 do 2002 roku (a nawet i później) to interesująca i zarazem dziwna faza działania polskich stacji, kiedy próbowano wybadać grunt i zrozumieć, co właściwie mieszkaniec kraju postkomunistycznego pragnie oglądać.

Owszem, dzisiaj też powstają programy, które są zdejmowane po kilku odcinkach z powodu niskiej oglądalności, i zapewne wtedy także brano pod uwagę zarówno liczbę widzów przez teleodbiornikami jak i ogólną rentowność, lecz istniała ważna różnica. Znacznie bardziej wzorowano się na Zachodzie i próbowano go skopiować przy dużo mniejszym nakładzie finansowym. Dzisiaj nie ma tego odtwarzania, ponieważ taki TVN sam należy do międzynarodowej korporacji.

… oraz przekrętów na antenie

Swojego czasu na TrueStory pojawił się artykuł o sympatycznym trollu, któremu mogliśmy podczas polsatowskiej emisji pomóc w uwolnieniu Hugoliny i dzieci. W grę wchodziła główna wygrana pod postacią komputera, ale sygnały docierające z telefonu do sprzętu w studio, na którym odpalono duńską produkcję, powodowały, że niektóre segmenty były niemal nie do przejścia. A przecież w głównej mierze Hugo był produkcją zręcznościową. Do tego dochodziły pewne umyślne próby wpłynięcia przez realizatorów na rozgrywkę i losowość przy końcowej fazie ukończenia przygody. Ale Hugo był przeznaczony dla dzieci, a przecież takie przekręty robiono także w przypadku dorosłych odbiorców.

W 2002 roku stacja TVN wystartowała z konkursem telewizyjnym o skali na miarę losowania Lotto. „Przygarnij Kropka” była ogólnopolską akcją, której uczestnicy mogli wygrać nagrody pieniężne oraz inne atrakcyjne przedmioty takie jak na przykład samochód czy telefon. Losowanie zwycięzców odbywało się siedem dni w tygodniu, przy czym w niedzielę dochodziło do emisji specjalnego losowania. Tytułowe Kropki pochodziły z innej planety, na której zgasło słońce, i potrzebowały nowej gwiazdy, aby czerpać z niej energię. Z tego też powodu zawitały na Ziemię.

Kropki przypominały błękitne kropelki wody i zostały zaprojektowane tak, aby budzić sympatię odbiorców. Nawet patrząc na to dzisiaj, trudno odmówić im uroku. Brzmi to fajnie i kreatywnie, ale jeśliby bliżej się nad tym pochylić, to śmierdzi oszustwem na kilometr.

Pakiecik z kartonowym Kropkiem, którego należało przykleić na telewizor w odpowiednim momencie emisji programu.

Przygarnij Kropka. Jak to działało?

Wyjaśnię krok po kroku, jak wyglądała cała akcja. Najpierw trzeba było nabyć Kropka – w formie kawałka kartonu z dziurką w środku – by to zrobić, należało zakupić konkretne produkty od patronów programu. Następnie należało go przykleić na czerwony punkt znajdujący się na ekranie telewizora, pojawiający się w wybranych godzinach podczas emisji programów i przypominający celowniczek snajperski, celem „naświetlenia”. Tak naświetlonego Kropka należało wysłać, wraz z wypełnionym formularzem, na adres TVN.

Pamiętam, że moja mama nabyła to tekturowe stworzenie i przykleiłem je podczas emisji Na Wspólnej. Ciągle zastanawiałem się, czy umieściłem je oby na pewno dobrze. Czy nie jest krzywo? A może minimalnie powinienem przesunąć je w bok? Wszak w telewizji mówili, że Kropka można źle naświetlić, a wtedy podczas losowania nagród biedaczek trafiał na stos odrzuconych. Tylko że… nie.

Jak już wspomniałem, Kropek stanowił kawałek wyciętego kartonika z warstwą kleju. W jaki sposób niby miałby się naświetlić i dlaczego jedynie program TVN-u miałby dodać mu energię o konkretnej godzinie? Słońce Polsatu wydawało się potężniejsze pod tym względem. Jeśli jednak założymy, że Kropek stanowił coś więcej niż kartonik, to istnieją również opinie, iż naświetlić dało się go choćby po przyłożeniu do włączonej żarówki. Czyżby nie występowało coś takiego jak magiczny akt naświetlenia, a chodziło wyłącznie o to, aby podbić oglądalność pewnych programów?

Dam sobie rękę uciąć, że wówczas w przerwach reklamowych wyświetlały się również między innymi spoty sieci Idea, środka Domestos czy stacji Shell, które zaangażowały się w ten projekt. Dzisiaj z ekranu możemy zeskanować sobie nawet kody QR, lecz przecież rzecz dzieje się w okresie od 2002 do 2003 roku, gdzie prym wiodły telewizory kineskopowe. Niestety nie zamieszczono nigdzie żadnych materiałów, które ukazywałyby brutalną wiwisekcję kosmitów z TVN-u, a szkoda – mogłoby to zaspokoić ciekawość wielu osób, choć ja i tak obstaję przy tym, że to pospolity kawał makulatury.

Z tymi małymi niebieskimi Kropkami wiąże się jeszcze jedna kontrowersja – sprzedawanie przez stację TVN danych osobowych. Bo żeby wysłać „naświetlony” kartonik, należało najpierw szczegółowo uzupełnić formularz. Dzięki temu każdy uczestnik mógł cieszyć się spamem wysyłanym na jego telefon bez względu na to, czy potrzebował garnków, czy nie.

Przygarnij Kropka. Dobry chwyt marketingowy

Jestem zdania, że wygląd Kropków został perfekcyjnie dopieszczony pod względem wizualnym. Wydaje mi się, że nawet, gdyby takie maskotki powstały w czasach obecnych, prezentowałyby się całkiem nieźle z punktu widzenia marketingowego. Charakteryzują się one bardzo przyjaznym pyszczkiem, ciekawą historią, a przy tym potrafią zaciekawić dzieci, jednocześnie stanowiąc element promocji podczas emisji programów dla dorosłych odbiorców.

Ogólny odzew ze strony widzów był bardzo pozytywny. Nie dziwi mnie to, bo akcja z Kropkami stanowiła coś zupełnie nowego. Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek inny przeprowadził podobną akcję na taką skalę. Jasne, wcześniej już odbywały się losowania Lotto i miało to miejsce nawet w PRL-u, jednak nie uważam, aby przeważała tam specjalnie duża interaktywność. We wspomnianym Hugo czy licznych telegrach, do których dodzwonienie się stanowiło cud równie wielki co zobaczenie latającego spodka, wszystko bazowało na tym, że telewidz wybierał numer i działał za pośrednictwem swojego głosu lub klawiszy liczbowych. Tutaj natomiast Kropek fizycznie był „zapraszany” do twojego domu, a następnie odsyłany.

Wydaje mi się, że obecnie Kropki może nie mogłyby funkcjonować w takiej postaci jak wtedy, ale gdyby całą akcję z nimi przenieść do Internetu czy specjalnie stworzonej aplikacji, na pewno sukces byłby murowany. Zresztą, wystarczy spojrzeć, co obecnie robi Biedronka. To aż dziwne, że miliony ludzi angażuje się w promocję, w której do wygrania są zwyczajne dyskontowe pluszaki (ludzie częściej biorą maskotki psa i świni, jabłko olewają). A jednak w jakiś sposób to naprawdę działa.

I choć moim skromnym zdaniem „Przygarnij Kropka” jako telewizyjna loteria była zwykłym przekrętem, to obecnie takie sztuczki dalej są stosowane choćby przez internetowych twórców, którzy losują sobie gry albo przedmioty do nich. Na ich filmach wypadają im niewiarygodnie potężne fanty, podczas gdy przeciętny gracz wylosuje coś, co nie jest warte nawet 50 groszy. I fakt, dzisiaj jesteśmy bardziej dociekliwi i szybciej zareagowalibyśmy na tak zwany scam, ale niestety o ile kiedyś wytknięcie takich błędów mogło nawet spowodować upadek danego kanału, tak dzisiaj nie ma to większego znaczenia. Po dwóch tygodniach wszyscy o tym zapomną.

Czytaj także:

Podczas pisania tego artykułu pomyślałem sobie jeszcze o jednej rzeczy. Mianowicie, czy istnieje możliwość kupienia kartonowego Kropka w celach kolekcjonerskich? W końcu tazosy z pokemonów czy Gwiezdnych Wojen można spokojnie nabyć na różnych aukcjach. Kropka także można było sobie sprawić, lecz wszystkie takie ogłoszenia już dawno zyskały status archiwalnych.

Na wstępie wspomniałem o okresie eksperymentów w polskiej telewizji. Kropek jest najlepszym przykładem tego, że włodarze wielu stacji starali się wprowadzać coraz to nowsze formaty, aby zaciekawić odbiorców. Czasem działało to nie do końca zgodnie z prawem, a czasem opierało się na pewnych etycznie wątpliwych praktykach. Miało to jednak swój urok i wytyczyło pewne szlaki przy późniejszych akcjach promocyjnych.

Polecamy:

Sebastian Jadowski-Szrederhttps://www.jadowskiszreder.pl/
Youtuber i pisarz, twórca zbioru opowiadań "Incydenty Antoniego Zapałki", hobbystycznie zbieracz filmów i pasjonat horrorów, a także starych gier. Główną sferą jego zainteresowań jest popkultura z wyraźnym zaakcentowaniem elementów retro.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze