piątek, 9 grudnia, 2022
Strona głównaKulturaSeriale„Sandman”. Dlaczego nie ufam netflixowej wizji Snu

„Sandman”. Dlaczego nie ufam netflixowej wizji Snu

Kiedy spoglądam na komiksowego Sandmana, mam wrażenie, że poznaję historię, która nie jest przeznaczona dla moich ludzkich oczu. Toporna kreska, dominacja czerni, zacienione twarze i obskurne postacie – Neil Gaiman osiągnął mistrzostwo w budowaniu u czytelnika ekscytacji jak u dziecięcego intruza, który z ciemnego kątka, z duszą na ramieniu podsłuchuje rozmowę dorosłych. Wydarzenia ukazywane w komiksie obserwujemy jakby zza zasłony. Seria ani przez chwilę nie pozostawia złudzeń – uczestniczymy w czymś nieludzkim i wyjątkowym. Netflix, choć poprawnie i całkiem satysfakcjonująco przełożył historię na format serialu, pozbawił ją również tego, co w komiksie jest tak fantastyczne i porywające.

Fot. materiały promocyjne

„Sandman”. O czym opowiada?

Sandman to seria opowieści skupionych wokół enigmatycznej postaci Morfeusza, Władcy Snów, jednego z siedmiu Nieskończonych – bytów związanych z immanentnymi aspektami ludzkiej egzystencji (oprócz Snu są to: Przeznaczenie, Śmierć, Pożądanie, Rozpacz, Zniszczenie i Maligna).

Historia – zarówno komiksowa, jak i serialowa – zaczyna się od uwięzienia tytułowego bohatera przez grupę okultystów na początku XX wieku. Od tego momentu jesteśmy stopniowo wprowadzani w kolejne wątki, poznajemy bohaterów i ich motywacje, obserwujemy konsekwencje, jakie dla przedstawionego świata rodzą podejmowane przez nich decyzje.

O samym tytułowym Sandmanie – postaci z początku dość antypatycznej – dowiadujemy się niewiele. Pozbawiony mocy i więziony przez stulecie w szklanej klatce, w końcu wydostaje się na wolność – by dowiedzieć się, że jego artefakty (będące źródłem jego mocy) zostały rozkradzione, królestwo popadło w ruinę, a jego mieszkańcy – sny i koszmary – rozpierzchły się po świecie.

„Sandman”. Problemy z serialową adaptacją

Netflix, tworząc adaptację Sandmana, musiał wyraźnie czuć na swoich plecach oddech Neila Gaimana – twórcy, któremu zdarzyło się już storpedować plany przeniesienia komiksu na ekran. Dlatego też otrzymujemy dobre i wierne (choć, rzecz jasna, nieco uproszczone na potrzeby serialu) odwzorowanie fabuły.

Odnoszę jednak wrażenie, że pod względem estetyki, tak przecież istotnej w Sandmanie, osiągnięto swego rodzaju oportunistyczny kompromis – elementy ciężkie i oniryczne uładzono do tego stopnia, by były przyjemne w odbiorze dla szerokiego grona odbiorców platformy streamingowej. I ta właśnie wygładzona (ciśnie się na usta słowo „młodzieżowa”) rzeczywistość jest główną przyczyną, dla której netflixowego Sandmana ogląda się dobrze i z zaciekawieniem, ale bez fascynacji.

Muszę przyznać, że zdziwiła mnie kreacja głównego bohatera, na którą zdecydował się Netflix. Komiksowy Morfeusz, wyraźnie wielowiekowy i nasuwający skojarzenia z wyglądem Ozziego Osbourne’a czy Nicka Cave’a, został w serialu przedstawiony jako młody mężczyzna, starannie wystylizowany w myśl subkultury „emo”.

Estetyka komiksowego Sandmana zbliżona jest do Króla Olch Goethego – oniryczna, pełna metafor i mroku. W zachowawczej i bezpiecznej adaptacji Netflixa brakuje tych elementów – choć twórcy zdecydowali się na warte odnotowania zabiegi mające na celu „udziwnić” obraz, np. filmowanie z wykorzystaniem rybiego oka, to przedstawienie świata trudno nazwać wizjonerskim.

A zasiadając do netflixowego Sandmana byłam głodna audiowizualnego szaleństwa, które miało potencjał spisać się wyśmienicie w takiej odsłonie – pozbawionej chronologii, burzliwej, a nierzadko przypominającej koszmary. Wiemy przecież, że Netlflix, choć przyzwyczaił nas do taśmowej produkcji miałkich filmów i seriali, jest zdolny do inwestowania w arcydzieła kinematografii – za przykład mogą służyć choćby nominowane do Oscara „Psie pazury”.

Czytaj także:

Czy mimo wszystko warto obejrzeć Sandmana? Tak, choć bez nastawienia na nadmierną ambicję twórców. Świat snów i koszmarów jest sam w sobie na tyle interesujący, a poruszane w nim wątki związane z człowieczeństwem i nadczłowieczeństwem na tyle uniwersalne, że czas poświęcony na seans trudno nazwać straconym. Netflix opowiada nam o świecie Morfeusza w formie gotyckiej gawędy – nieco zamglonej, ale niezbyt ciężkiej, wielowątkowej, ale wciąż spójnej, gdzie naiwność w uroczy sposób splata się z egzystencjalizmem.

Dla wielu osób może być to odpowiedni wstęp do zanurzenia się w komiksową odsłonę Sandmana – przez wielu krytyków ocenianą jako „DC dla intelektualistów”. Mnie pozostaje czekać na decyzję o emisji kolejnego sezonu i liczyć na to, że tym razem twórcy porzucą bezpieczną narrację na rzecz wyśnionego szaleństwa.

Polecamy:

Paulina Małańczuk
Czujna (nie mylić z czuła) obserwatorka kultury.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze