poniedziałek, 11 grudnia, 2023
Strona głównaKulturaSeriale"Z Archiwum X". Kto zastąpi legendarnych aktorów?

„Z Archiwum X”. Kto zastąpi legendarnych aktorów?

Popularny serial łączący w sobie horror i sci-fi ma powrócić. Mowa o „Z archiwum X”, które doczekało się jedenastu sezonów oraz dwóch filmów kinowych. Oficjalnie zapowiedziano już reboot serii i zrobiono to… w najgorszy możliwy sposób. W dzisiejszym artykule chciałbym opowiedzieć w pełni subiektywnie, dlaczego moim zdaniem promowanie serialu „różnorodnością obsady” stanowi antyreklamę.

Czy warto otwierać archiwum na nowo, nie mając na nie pomysłu? / fot. materiały reklamowe

Chris Carter, zwany również ojcem „Z archiwum X”, wyjawił w programie „On the Coast with Gloria Macarenko”, że trwają prace nad nowym otwarciem popularnej serii. Za reboot odpowiadać ma Ryan Coogler znany między innymi z obu części „Czarnej Pantery”.

Carter powiedział:

Właśnie rozmawiałem z młodym człowiekiem… Ryanem Cooglerem, który przygotuje nowe „Z archiwum X” ze zróżnicowaną obsadą. Stoi więc przed nim trudne zadanie, bo historie były bardzo rozległe.

I to właściwie tyle. Nie dane nam było usłyszeć, jak dokładnie miałaby prezentować się nowa odsłona serialu. Carter dodał jedynie, że obrany kierunek na pewno znacznie by się różnił od starego podejścia, ponieważ obecnie upowszechniło się wiele teorii spiskowych. Dość kuriozalne jest to, że mimo wielkich niewiadomych związanych z centralnymi elementami dzieła mimo wszystko za konieczne uznano wspomnienie o różnorodności, osadzając ją jako centralny filar rebootu. Moim zdaniem to problem, i to dość spory.

Różnorodność ponad dobry scenariusz

Od wielu lat w Hollywood panuje trend chwalenia się tym, jak bardzo różnorodnie prezentuje się obsada zatrudniona przy danym dziele. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić, bo przecież każdy bez względu na płeć, orientację seksualną czy pochodzenie powinien mieć równe szanse. Jednak moim skromnym zdaniem praktyka ta zaszła za daleko. Producenci i reżyserzy postawili różnorodność na pierwszym miejscu, umieszczając elementy takie jak dobra fabuła, ciekawe postaci czy piękne efekty wizualne na niższych szczeblach hierarchii.

Ktoś mógłby obronić ten nawyk, mówiąc, że kiedyś przykładowo czarnoskórzy aktorzy nie mieli możliwości bycia docenionymi przez publikę. Wiadomym jest, że w sumie jeszcze nie tak dawno temu ludność czarnoskórą traktowano gorzej, lecz czy oby na pewno w okresie tym nie zabłysło wielu utalentowanych Afroamerykanów? Czy Eddy Murphy, Whoopi Goldberg czy Samuel L. Jackson także potrzebowali forów w postaci reprezentacji?

Pisałem jakiś czas temu o tak zwanej dyskryminacji pozytywnej. Poruszyłem tam wiele kontekstów, skupiając się głównie na obowiązkowej służbie wojskowej dla mężczyzn. Moim zdaniem odgórny wymóg umieszczania na planie reprezentantów mniejszości bez względu na to, czym dana osoba się zajmuje, jest umniejszeniem ich umiejętności. Czułbym się dość niepewnie, gdyby najęto mnie do jakiegoś zadania nie dlatego, że potrafię je dobrze wykonać, ale dlatego że jestem jedynym Polakiem w ekipie. Nie dostrzegam tu równości, a wręcz jeszcze większe uwypuklenie tego, że uchodzę za innego. A przecież wszyscy mamy podobno równe prawa.

Dodajmy do tego promocję nowych widowisk filmowych i serialowych bazującą na ujawnieniu wyłącznie faktu, iż „gra tutaj mniejszość”. Nie dowiadujemy się rzeczy istotnych takich jak fabuła, ogólny jej kształt czy zmiany wprowadzone w stosunku do oryginału. Po prostu – zatrudniamy mniejszości, więc się ciesz. Efekt ostateczny prezentuje się tak, że potencjalni widzowie poczują się odstraszeni aniżeli zachęceni. Czy w trzech częściach komedii „Godziny szczytu” było dla nas istotne, że główni odtwórcy (Jackie Chan i Chris Tucker) są takiej a nie innej rasy? To było po prostu widoczne, a widzowie pokochali tych bohaterów ze względu na dobre ich zagranie i sprzeczność charakterów typową dla cop buddy movie.

Niekiedy obsadzenie aktora lub aktorki o innym kolorze skóry stanowi wręcz zagranie perfidne, często działające na szkodę odtwórcy danej roli. Świetnym przykładem takiego działania jest przydzielenie Jodie Tyler-Smith roli Anny Boleyn. Prawdopodobnie, gdyby w tym historycznym serialu (niektórzy uważają, że nie jest to dzieło historyczne, jednak klasyfikacja IMDB i ogólna tematyka zdecydowanie temu przeczą) obsadzono w głównej roli wyłącznie białych aktorów, dzieło uznane zostałoby za średniaka. W tym momencie jest oceniane jako serial wybitnie zły (1,4/10 na Filmweb, 24% na Google, 5,6/10 na IMDB, 7% na Rotten Tomatoes). Ale przynajmniej zyskano zamierzony rozgłos.

I łatwo w tym wypadku zarzucić rasizm, ale przecież powszechnie wiadomo, że tytułowa bohaterka czarna być nie mogła. Z drugiej strony niejako przeczy to zbrodniom białych kolonizatorów, bo skoro w świecie przedstawionym nie występuje podział na uciśnionych Afrykańczyków i białych handlarzy niewolników, to oznacza to, że i wśród rdzennej ludności Afryki znajdowali się biali i też ich uwięziono i sprzedano. Czy obsadzenie czarnoskórych aktorów w roli żołnierzy III Rzeszy także byłoby okej w opinii wojowników sprawiedliwości społecznej, czy może jednak by protestowali?

Zamknijcie archiwum i wyrzućcie klucze

Kilka dni temu w kontekście Disneya i jego problemów finansowych skupiłem się na niskiej jakości produkcjach, które spowodowały taki stan. Nie doprecyzowałem co prawda (i zrobię to teraz), że na pewno nie stanowi to jedynego powodu, bo w końcu pandemia i kryzys gospodarczy także zrobiły swoje. Ale trudno uznać, że niska jakość filmów i seriali w ogóle nie wpłynęły na zwolnienie 3% pracowników różnych działów.

Wspomniałem także o odświeżaniu starych serii, aby cokolwiek na nich zarobić. W efekcie pierwszy sezon „Willow” praktycznie nikogo nie zainteresował. A tutaj już Disney zapowiada piątego Indianę Jonesa, podczas gdy nawet czwarta część spotkała się z dużą krytyką. Inne wytwórnie próbowały przywrócić do łask detektywa Kojaka czy serial „Kung Fu” odwołujący się do serii z 1972 z Brucem Lee – także bezskutecznie. Nie oznacza to, że takie zabiegi z góry są skazane na porażkę (patrz „Cobra Kai), jednak niektóre z nich powinny leżeć na cmentarzu w spokoju.

Początkowo internauci dość sceptycznie podchodzili do spin-offu „Karate Kida”, lecz serial okazał się ogromnym sukcesem Netflixa. Da się? Oczywiście, że się da.

„Z archiwum X” to dobry serial z lepszymi i gorszymi momentami, a także wieloma powtarzającymi się wątkami, ale nadal po latach człowiek potrafi docenić to dzieło. Nie wydaje mi się, aby było ono zdatne do odtworzenia w starej i w sumie jakiekolwiek innej formule. To trochę tak, jakby ktoś próbował na nowo nakręcić „E.T.”, „Goonies” albo „Martwicę mózgu” – po prostu się nie da. Owszem, można spróbować, lecz końcowy efekt okaże się mizerny.

Dlatego pozostawmy wspomniany wydział FBI w spokoju. Zacznijmy też prezentować filmy jako interesującą historię, a nie jako korporacyjną pracę (nawet jeśli nią jest) opartą o globalne trendy. Fajnie jest oglądać kogoś zbliżonego do siebie na ekranie, ale przecież jako biały mężczyzna mogę tam samo pod pewnymi względami utożsamiać się z białym, czarnym jak i żółtym pod względem rasowym aktorem. A nawet aktorką. Bo wszystko zależy od charakteru i ich historii.

Czytaj także:

Sebastian Jadowski-Szreder
Sebastian Jadowski-Szrederhttps://www.jadowskiszreder.pl/
Youtuber i pisarz, twórca zbioru opowiadań "Incydenty Antoniego Zapałki", hobbystycznie zbieracz filmów i pasjonat horrorów, a także starych gier. Główną sferą jego zainteresowań jest popkultura z wyraźnym zaakcentowaniem elementów retro.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze