czwartek, 28 października, 2021
Strona głównaKulturaFilm"Żeby nie było śladów". Dlaczego to nie jest wybitny film?

„Żeby nie było śladów”. Dlaczego to nie jest wybitny film?

Tak, będę narzekać, bo potencjał był ogromny. Po pierwszych 30 minutach filmu byłem przekonany, że mamy do czynienia z zupełnie nową jakością kina historycznego. Niestety, twórcy zamiast utrzymać tempo, zdecydowali się opowiedzieć nam historię procesu w sprawie Przemyka ze wszystkimi szczegółami.

Widz może dość łatwo utożsamić się z granym przez Tomasza Ziętka młodym Popielem

Tak się złożyło, że kilka tygodni przed premierą „Żeby nie było śladów” na Dolnym Śląsku po interwencjach policji zginęło trzech mężczyzn. Dmytro zginął, bo trochę wypił. Łukasz, bo nie wpuścił funkcjonariuszy do mieszkania. To zdania tak samo absurdalne jak to mówiące, że „Grzegorz Przemyk zginął, bo nie okazał milicjantom dowodu osobistego”. Mimo upływu 40 lat, sprawa wydaje się aktualna, choć przecież rzeczywistość społeczno-polityczna zmieniła się o 180 stopni.

„Żeby nie było śladów” jest więc filmem tak historycznym, jak i uniwersalnym. Bo zawsze znajdzie się jakiś sadysta w mundurze, prokurator gotowy kryć go za wszelką cenę, dowody będą zmieniane, a świadkowie manipulowani. Jak trzeźwo zauważa jeden z bohaterów filmu: „Tak jest na całym świecie”.

Uniwersalność sytuacji daje możliwość kręcenia różnych filmów na ten sam temat. O wydarzeniach po zamordowaniu Grzegorza Przemyka można by nakręcić thriller, dramat sądowy, dramat polityczny, czy film obyczajowy. Niestety, reżyser „Żeby nie było śladów” nie potrafił zdecydować się na jeden z nich i stwierdził, że nakręci wszystkie naraz.

Cztery filmy w jednym

Zaczęło się bardzo dobrze. Pierwsze pół godziny filmu to opowieść o śmierci skatowanego przez milicję Przemyka i ukrywaniu się jedynego świadka sprawy, Jurka Popiela. Bohaterowie są osaczeni, co podkreślają zamknięte kompozycje kadrów, łatwe do zbudowania w ciasnych peerelowskich mieszkaniach i przypominające trochę filmy Rainera Wernera Fassbindera. Z kolei muzyka pozostawia w widzu uczucie niepokoju. Miarowe uderzenia w klawisze pianina zwiastują burzę, która dopiero nadejdzie.

Tyle, że jest to obietnica niespełniona. Film szybko przestaje się koncentrować na postaci Popiela i pokazuje nam kolejnych bohaterów dramatu. Jest to wytłumaczalne, gdy chodzi o wrabianych w morderstwo sanitariuszy, czy rodziców Popiela, którzy dostają rykoszetem za jego zaangażowanie. Kompletnie nie rozumiem jednak po co tracimy tyle czasu na wewnętrzne rozgrywki w łonie Komitetu Centralnego. Czy koniecznie musieliśmy zobaczyć, że w aparacie władzy były też osoby przyzwoite? Ich – złamana zresztą przez upór wojskowych – niezgoda na manipulacje śledztwem niczego nie wnosi do akcji. Tempo zwalnia, a widzów – szczególnie tych młodszych – może ogarnąć znużenie.

Skrupulatność filmowców przekłada się na długość filmu. Trwa on 2 godziny i 40 minut. Można w tym czasie odnieść wrażenie, że reżyserujący obraz Jan P. Matuszyński bardziej niż filmowcem stał się muzealnikiem, koniecznie chcącym rzucić snop światła, na nieodkryte dotąd przez kino rejony historii PRL. Szkoda, bo poza wymienionymi przeze mnie wadami „Żeby nie było śladów” to film znakomicie zagrany. Fenomenalny jest zwłaszcza drugi plan. Błyszczą Jacek Braciak, Aleksandra Konieczna i będący nie do poznania Michał Żurawski.

Jak opowiadać o historii PRL?

Jestem pewien, że gdyby Matuszyński postawił na kino gatunkowe i ograniczyłby zarówno metraż filmu, jak i jego wielowątkowość – wyszedłby na tym lepiej. Dobrym przykładem na to, jak ograniczając się do jednego gatunku można ciekawie opowiadać o historii jest spektakl warszawskiego Teatru Powszechnego pod wiele mówiącym tytułem „Sprawiedliwość”.

Opowiada on o żydowskiej emigracji 1968 roku. Reżyserujący spektakl Michał Zadara zdecydował się zainscenizować śledztwo dziennikarskie, przypominające to, które mogliśmy oglądać w „Spotlight”. Aktorzy-dziennikarze, zbierają kolejne informacje o antysemickiej nagonce, by odpowiedzieć na pytanie, kto powinien ponieść konsekwencje tamtych wydarzeń. Pointa spektaklu szokuje, ponieważ twórców nie zadowalają łatwe rozwiązania. Chcą wskazać winnych, a tych którzy jeszcze żyją osądzić. „Żeby nie było śladów” nie decyduje się na ten trud, pomimo, że mordercy Przemyka nie zostali skazani, a prokuratura w 2010 roku zdecydowała się zakończyć śledztwo, ze względu na jego przedawnienie.

Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj
This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner