piątek, 19 kwietnia, 2024
Strona głównaKulturaFilm"Bo się boi". Wędrówka z toksyczną matką

„Bo się boi”. Wędrówka z toksyczną matką [RECENZJA]

„Bo się boi” to nowy film w reżyserii Ariego Astera, który przenosi nas do pełnego lęków umysłu Beau. Dzieło to jest prawie trzygodzinnym widowiskiem pełnym symboliki, groteski oraz żonglerki znanymi gatunkami, a sam bohater znajduje się w sytuacjach, które zawsze kończą się dla niego negatywnie. Pewne elementy jednak nie do końca zagrały.

Fot. kadr z filmu

Wędrówka pełna obłędu

Beau (w tej roli świetny Joaquin Phoenix) to człowiek, który niebezpieczeństwo widzi na każdym kroku. Regularnie uczęszcza na sesje terapeutyczne, by zwierzać się ze swoich lęków. W głównej mierze opowiada także o dzieciństwie, w którym dominującą rolę odegrała jego matka. Powiedzieć, że dzielnica, którą zamieszkuje główny bohater, nie jest zbyt bezpieczna, to tak, jakby uznać, że Joker odrobinę się pogubił w swoich poglądach na świat.

To miasteczko rodem z Postala 2 na najwyższym poziomie trudności. Każdy człowiek stanowi w nim potencjalne zagrożenie. Wymachujący genitaliami staruszek, który upodobał sobie dźganie przechodniów, nie wzbudza tu żadnej sensacji. Z sąsiadami także nie jest lepiej – z niewiadomych przyczyn życzą oni Beau porażki, a jeden z nich ciągle zarzuca bohaterowi zbyt głośne słuchanie muzyki, mimo że ten w ogóle jej nie puszcza.

Każdy dzień stanowi zatem walkę o przetrwanie, a dodatkowe komplikacje pojawiają się, gdy mężczyzna otrzymuje telefon o tragicznej śmierci swojej matki. Musi on dostać się na jej ceremonię pogrzebową i – jak łatwo się domyślić – nie będzie to prosta podróż z punktu A do B. Co to, to nie – poza miastem także niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku.

Tak mniej więcej mogę opisać całą koncepcję dzieła Astera, choć muszę ostrzec, że nie zdradziłem Wam wszystkiego. I słusznie, bo przecież nie chcemy tutaj spoilerów. Narracja filmu poprowadzona została w taki sposób, abyśmy przy poszczególnych scenach myśleli, że oto nadchodzi kres i za chwilę będzie nam dane ujrzeć napisy końcowe. Zawsze wówczas jesteśmy zaskakiwani pojawieniem się kolejnego motywu, następnego segmentu tej pokrętnej wizji świata.

Czarna komedia okraszona symbolizmem

Ari Aster już „Midsommar” określił mianem czarnej komedii, lecz „Bo się boi” o wiele bardziej spełnia jej kryteria. Wiele scen rzeczywiście mocno mnie rozśmieszyło ze względu na swe przerysowanie. Dominuje tu – jak wspomniałem wcześniej – groteskowość, gdyż niekiedy coś, co wydaje się śmieszne, opatrzone zostaje muzyką z rodem z filmu grozy. Zresztą, i sama fascynacja horrorem ze strony reżysera jest mocno odczuwalna. Nie jest to horror bazujący na wyskakujących na nas potworach, a raczej na ukazaniu scen niepokojących i szokujących.

Jeden z punktów podróży Beau, kiedy natrafia on na trupę teatralną, można przyrównać do czegoś w rodzaju baśni albo przypowieści. Konwencja zmienia się wówczas o sto osiemdziesiąt stopni, by zakończyć się przerysowaną katastrofą. Co więcej, mamy tu także w pewnym momencie wyśmianie schematów utartych w komediach romantycznych. Jak już zaznaczyłem, Aster niczym kuglarz żongluje tym, co powszechnie znamy, aby udowodnić nam, że w rzeczywistości nie mamy o niczym pojęcia.

Ten, kto oglądał poprzednie dzieła analizowanego reżysera, zdaje sobie zapewne sprawę, iż nie są to obrazy, które przedstawiają nam wszystko podane na talerzu. Poszczególne zdarzenia, elementy otoczenia, miejsca czy wypowiadane kwestie mogą odgrywać kluczową rolę w interpretacji. „Bo się boi” postępuje dokładnie tak samo – tu nawet jadowity pająk wałęsający się po bloku mieszkalnym nie jest tylko pająkiem, a motywem zaczerpniętym z freudowskiej interpretacji marzeń sennych. Bez znajomości tego faktu ani rusz.

Beau w swej wędrówce próbuje dotrzeć do miejsc, które jawią się dla niego jako idealne. Raz natrafia na podobnych sobie odmieńców żyjących w lesie, innym razem natomiast zostaje przygarnięty przez stereotypową amerykańską rodzinę z poległym na wojnie synem-bohaterem. I choć środowiska te przypominają sielankę, szybko na jaw wychodzą kolejne zgrzyty, a nasz bohater musi się niezwłocznie ewakuować.

Wina za negatywny stan rzeczy spada zawsze na niego, choć w większości sytuacji tak naprawdę to nie on odpowiada za taki rozwój zdarzeń. Ponadto mimo śmierci matki zdaje się ona wypełniać całe jego życie, kontrolować go, śledzić i decydować o pewnym biegu wydarzeń. Beau boryka także z problemami natury seksualnej. Mimo kilkudziesięciu lat na karku nigdy nie zdecydował się na stały związek z obawy, że – podobnie jak jego męscy przodkowie – umrze przy osiągnięciu orgazmu. Ten czysty absurd również został sprawnie wkomponowany w całą fabułę.

Czy film może być za długi?

Nie mam żadnego problemu z tym, że film trwa długo. Szczerze mówiąc, bardzo zdziwiło mnie to, że kolaboracja Rozdrigueza i Tarantino Grindhouse została w krajach nieanglojęzycznych podzielona na dwa odrębne tytuły. Dystrybutor tłumaczył taki krok rzekomym faktem, iż europejski widz nie jest przyzwyczajony do łączenia dwóch filmów w jeden. Nawet jeśli jednak odrzucimy ten przykład, uznając, że powód podzielenia tkwił w czymś zupełnie innym, pozostają nam choćby takie dzieła jak „Irlandczyk” (3 godziny 30 minut) czy nowy „Batman” (2 godziny 56 minut). Ten drugi posiada czas trwania nawet zbliżony do dzieła Astera. Mimo to  uważam, że problem nie tkwi w tym, jak długi jest dany film, a jak bardzo twórca zdecydował się go rozwlec.

Niestety, „Bo się boi” stanowi dzieło mocno rozwleczone. Interesująca wydaje się ta zmienność tropów gatunkowych, lecz przez to poszczególne motywy traktuje się jak osobne filmy i o ile jedne są wartkie, ciekawe i emocjonujące, o tyle inne po prostu uchodzą za nudne. Przykładowo, przy pojawieniu się głównego bohatera w leśnej osadzie tak naprawdę złapałem się na tym, że myślami byłem gdzieś indziej.

Dostrzegam również jeszcze jeden problem analizowanego dzieła. Mimo iż Aster nie pokazuje nam podjętej tematyki wprost, a psychodeliczne perypetie Beau ciągle się zmieniają, to wspomniane rozwleczenie scen z łatwością potrafi nasunąć ten rzekomo ukryty sens. Jasne, niektóre sceny nadal szokują, jednak potem już jesteśmy świadomi i kolejny epizod nie prezentuje się aż tak zaskakująco.

Nie określiłbym zatem „Bo się boi” jako najlepszej pozycji w dorobku reżysera, ale bez dwóch zdań to chyba najbardziej specyficzny obraz, jaki dotychczas nakręcił. Problem w tym, że bardzo nierówny.

Czytaj także:

Sebastian Jadowski-Szreder
Sebastian Jadowski-Szrederhttps://www.jadowskiszreder.pl/
Youtuber i pisarz, twórca zbioru opowiadań "Incydenty Antoniego Zapałki", hobbystycznie zbieracz filmów i pasjonat horrorów, a także starych gier. Główną sferą jego zainteresowań jest popkultura z wyraźnym zaakcentowaniem elementów retro.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze