czwartek, 7 lipca, 2022
Strona głównaKulturaFilm"Piosenki o miłości". Polska odpowiedź na "Narodziny gwiazdy"

„Piosenki o miłości”. Polska odpowiedź na „Narodziny gwiazdy”

The Dumplings są dla mnie fenomenem, jednym z najbardziej znanych zespołów, których popularność zrodziła się przed nagraniem pierwszej płyty. Dość wspomnieć, że o ich istnieniu dowiedziałem się podczas oglądania skompromitowanego już programu Łukasza Jakóbiaka (ciekawe, czy dostał już zaproszenie do prawdziwej Ellen…).

Polski czarno-biały film o muzyku? To nie „Zimna wojna”, tylko nowe „Piosenki o miłości” Tomasza Habowskiego

Ale wracając do The Dumplings, ujmująca jest muzyczna świadomość tego duetu dwójki polskich artystów, którą prezentują pomimo młodego wieku. W dźwiękach klarownie słychać miłość oraz oniryczny klimat, pozwalający słuchaczowi odpłynąć. Duża w tym zasługa, mówię to z pełną świadomością, nieziemskiego głosu Justyny Święs, zachwycającego z każdą wyśpiewaną przez nią nutą. Dlatego też bardzo byłem ciekaw debiutu reżyserskiego Tomasza Habowskiego, który zrealizował ten projekt właśnie z wokalistką wspomnianego zespołu.

„Piosenki o miłości”. Kolejna śpiewająca para

Film opowiada o Robercie (Tomasz Włosok), niespełnionym muzyku pochodzącym z bogatej rodziny znanego aktora. Ojciec nie rozumie jego pasji do muzyki, co prowadzi do wielokrotnych konfliktów pomiędzy nimi. Główny bohater nie potrafi odnaleźć się na trudnym rynku i gdyby nie pieniądze od swojego starszego, zapewne musiałby porzucić swoje marzenia. Jego los odmienia się, kiedy słyszy podśpiewującą kelnerkę Alicję (Justyna Święs). Od tej chwili staje się dla niego inspirację i całkowicie odmienia jego los.

Opowieść o muzyku i amatorce, której talent jest odkrywany jest przez osobę z branży, to motyw w kinie mocno powszechny. Całkiem niedawno sukcesy w box office święcił film “Narodziny gwiazdy” z Bradleyem Cooperem i Lady Gagą, będący zresztą remakiem znanego tytułu z 1956 roku. Widzowie uwielbiają historie, gdzie osoba z innej klasy społecznej ze względu na swój charakter i umiejętności odnosi sukces.

Swoją drogą, w ten sposób działa też większość historii w komediach romantycznych (tak, na ciebie patrzę, “Notting Hill”). Ten motyw stał się przeorany w kinie już do granic możliwości. W “Piosenkach o miłości” reżyser w żaden sposób z nim nie polemizuje, a fabułą razi swoją sztampowością. Już od pierwszych scen widz jest w stanie przewidzieć, jak historia się potoczy

Justyna Święs jest nawet podobna do Lady Gagi

„Piosenki o miłości”. Sztampa i taniocha

Ale nie tylko scenariusz jest tu problemem. Relacja dwójki bohaterów, choć początkowo ciekawa i angażująca, później zaczyna nudzić ciągłymi kłótniami, irracjonalnymi zachowaniami, a także późniejszymi powrotami do siebie. Zdaje się, że w pewnym momencie twórcom po prostu zabrakło pomysłu na rozwój swojego dzieła filmowego. Świadczy o tym chociażby końcówka, która z założenia miała być tajemnicza i otwarta na interpretację, a w praktyce następuje znienacka, nie przekazując nic wartościowego.

Same zdjęcia również nie zachwycają. O ile koncepcja zdaje się być intrygująca, technikalia nie zawsze wyglądają tak, jakby przeszły kontrolę jakości przy stole montażowym. Kamera często miewa irytujące, delikatne zbliżenia, widać też wstrząsy przy statycznych ujęciach, co wprowadza niepotrzebną dynamikę. Te drobne cechy poważnie wybijają widza z klimatu.

Owszem, bardzo fajnie rozwiązano tu kolorowe fragmenty filmików nagrywanych na telefonach komórkowych, aczkolwiek generalnie bardzo mocno razi widoczna niskobudżetowość. Zdaje się, że wiele scen mogłoby zostać zdublowanych, nagranych inaczej, ale niestety – zabrakło na to czasu oraz środków.

Bradley Cooper, to nawet nie jest on

„Piosenki o miłości”. Muzyka kompensuje wady

Na szczęście reżyser zdaje się to rozumieć i pierwsze skrzypce oddaje samej muzyce. Ułomności scenariusza oraz budowanej relacji między postaciami zanikają w kontekście wspaniałych, bardzo zajmujących piosenek śpiewanych przez Justynę Święs. Ich bardzo osobisty charakter, subtelność w połączeniu z anielskim głosem wokalistki, potrafią przebić niejedno zatwardziałe serce. Dosłownie każdy utwór ma w sobie coś błogiego, co motywuje do przytulenia osoby siedzącej obok w kinie (nawet jeżeli jest nam zupełnie nieznana, #truestory).

Wokalistka niesamowicie operuje głosem, tworząc wręcz oniryczny, nieziemski klimat. Potrafi nawet zmienić charakter utworu w jego trakcie. Rzadko zdarza się, aby przy pierwszym razie kompozycje tak bardzo chwytały za serce. Artystce z The Dumplings udała się rzecz niespotykana. Wokal Justyny to najważniejszy i wystarczający powód, aby obejrzeć “Piosenki o miłości”.

No właśnie, a jak wypada wokalistka, która przecież profesjonalną aktorką nie jest wcale? Czy zdołała sobie poradzić na złotym ekranie? Otóż poradziła sobie zaskakująco solidnie. Bez większego trudu można kupić jej postać kelnerki o niezwykłym talencie, nieco niepewnej siebie, której wrażliwość pozwala na przedostanie się do mainstreamu. Trzeba jednak zauważyć, że jednak cały czas gra tutaj siebie, więc trudno mówić jakimś wybitnym odkryciu aktorskim.

Wtórujący jej Tomasz Włosok również bardzo dobrze odgrywa swoją rolę. Taśmę filmową kradnie jednak, wybitny jak zwykle, Andrzej Grabowski, mogący jednym niedokończonym wyrażeniem wywołać ciarki na plecach. Świetna jest również Pola Dębkowska, przykuwają ca wzrok na ekranie, kiedy tylko się pojawia. Szkoda, że jest jej tak mało. Mam nadzieję, że uda jej się zrobić wielką karierę – zdecydowanie na to zasługuje i uważam, iż jest jedną z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia.

Największe ukłony należą się dźwiękowcowi Bartoszowi Putkiewiczowi. Znacie tę nieznośną cechę polskich filmów, kiedy za żadne skarby nie można zrozumieć słów mówionych przez aktora? Temu tytułowi o dziwo udało się tego uniknąć. Udźwiękowienie jest fenomenalne, a każde mówione słowo brzmi naturalnie i wyraźnie. Być może jest to związane z samą koncepcją filmu, która przecież jest oparta na dźwięku. Gdyby pojawiły się problemy w samym brzmieniu postaci, tworzyłoby to pewien dysonans między cudownie zrealizowanymi piosenkami, a bełkotem w wypowiadanych słowach.

Warto też wspomnieć, że sam film był realizowany w czasach głębokiej pandemii, co zapewne mocno utrudniało pracę twórcom. Ze względu na ograniczony budżet, zapewne ciężko było bezstresowo realizować plan zdjęciowy, a jakiekolwiek opóźnienie mogłoby doprowadzić producentów do palpitacji serca. Aż trudno sobie wyobrazić, jak ogromny stres mogły powodować choćby jednodniowe opóźnienia. W tym kontekście, zasadnym jest chyba dać temu dziełu małą taryfę ulgową – to naprawdę piękne, że pomimo przeciwności losu, został całkiem sprawnie zrealizowany.


Piosenki o miłości” to film z wieloma wadami. Poczynając od sztampowego scenariusza, poprzez fatalnie rozpisaną relację pomiędzy głównymi bohaterami, a na problemach z amatorską miejscami pracą kamery kończąc. Niemniej jednak wszystkie one bledną przy wspaniałej muzyce, stanowiącej tak naprawdę główne danie tego dzieła kulturowego.

Czytaj także:

Wspaniały głos Justyny Święs porusza duszę i pozostaje w pamięci. Wydaje się, że te utwory docenić można jedynie w kontekście obejrzanego filmu. Nie wiem, czy byłyby takie fajne bez obejrzenia nawet tej bardzo archetypicznej relacji kobiety z mężczyzną przedstawionej w dziele Tomasza Habowskiego. Dlatego też, przynajmniej tak uważam, tytuł ten trzeba koniecznie zobaczyć.

Polecamy:

ARTYKUŁY POWIĄZANE

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze