sobota, 10 grudnia, 2022
Strona głównaKulturaDahmer według Netflixa. Czy serial gloryfikuje seryjnego mordercę?

Dahmer według Netflixa. Czy serial gloryfikuje seryjnego mordercę?

Serial "Dahmer Potwór: Historia Jeffreya Dahmera" przybliża widzowi sprawę, która po dziś dzień uchodzi za jeden z najbardziej krwawych incydentów kryminalnych w całej Ameryce. Czy robi to dobrze?

To nie kadr z estetycznie satysfakcjonującego serialu o nastolatkach, tylko z produkcji o brutalnym, seryjnym mordercy (Fot. mat. prom.)

Kiedy w 1991 roku Tracy Edwards zdołał uciec z mieszkania Jeffreya Dahmera, całe Stany Zjednoczone dopiero miały się dowiedzieć okrutnej prawdy o dokonanych przez „Potwora z Milwuakee” zbrodniach. Edwards miał dużo szczęścia, ponieważ zaraz po wydostaniu się z budynku drogę zastąpił mu policyjny radiowóz. Para policjantów natychmiast udała się do wskazanego miejsca, a to, co tam zastała, osobom niewtajemniczonym w całą historię mogłoby wydawać się opisem sceny z krwawego horroru.

Przyznam się szczerze, że przed obejrzeniem serialu, nie miałem zbyt dużego pojęcia o całokształcie tej historii. Wiedziałem jedynie, że rzeczywiście istniał ktoś taki jak Potwór z Milwuakee, ale prawdę powiedziawszy spośród seryjnych morderców działających na terenie Stanów Zjednoczonych bardziej kojarzyłem takie sylwetki jak John Wayne Gacy (swoją drogą w serialu także poruszono jego wątek) czy Ted Bundy. Podczas oglądania szukałem informacji o konkretnych etapach jego kariery przestępczej, a także o samej sprawie, i muszę przyznać, że to, co zaoferowała mi produkcja Netflixa, naprawdę mnie usatysfakcjonowało.

„Dahmer – Potwór”. Ogólny zarys historii

Jeff Dahmer w 1992 roku został skazany za zabicie 17 młodych mężczyzn i chłopców. Dużą część ofiar zwabiał do swego aktualnego miejsca zamieszkania pod pretekstem spędzenia wspólnie nocy lub wykonania zdjęć. Ofiary, należące w dużej mierze do środowiska gejowskiego, przystawały na te warunki, a następnie były odurzane, zabijane, gwałcone, a niekiedy nawet spożywane przez Dahmera. W końcowym etapie swojej działalności morderca znaczną część zwłok trzymał w wynajmowanym mieszkaniu. Sąd skazał go na 937 lat więzienia, ale Dahmer już w 1994 roku został zabity przez jednego z więźniów.

Tak pokrótce prezentuje się zarys historii Potwora z Milwuakee, jednak bardzo dobrze, że twórcy serialu nie skupili się wyłącznie na samych czynach głównego bohatera, a na innych niezwykle istotnych wydarzeniach, historiach i przede wszystkim uczuciach. Niestety, ale czy tego chcemy, czy nie, Dahmer na zawsze wpisał się w popkulturę amerykańską, tak jak w Polsce zrobiły to nazwiska takie jak choćby Trynkiewicz czy Tuchlin. Bardzo łatwo pójść na łatwiznę i po prostu stworzyć kolejnego Michaela Myersa, a całość okrasić slasherowym sosem. Problem w tym, że byłoby to strasznie niesmaczne, głównie ze względu na rodziny ofiar. Odcinanie głów jest fajne, ale tylko kiedy ma miejsce w fikcyjnym świecie.

Fot. Mat. promocyjne

Dahmer – główny bohater, lecz czy na pewno?

Serial składa się dziesięciu odcinków, które przeskakują pomiędzy różnymi okresami. Pierwszy odcinek jest bardzo surowy w swojej narracji, zdaje się przeciągać, tym samym budując napięcie, jakie odczuwa ofiara Dahmera, która właśnie znalazła się w jego mieszkaniu, aby zarobić nieco na pozowaniu do zdjęć. Nie jest to jednak ani pierwsza, ani nawet dziesiąta ofiara Potwora, a wspomniany na samym wstępie Edwards, który uniknął złego losu i w dużej mierze przyczynił się do zaprzestania brutalnego procederu.

Następnie akcja skupia się na dzieciństwie Dahmera, jego dorastaniu, problemach rodzinnych i zawodowych, a także i na pierwszych zbrodniach, jakie popełnił. To układanka, w której każdy fragment ma znaczenie, opisując i tłumacząc jego dość pokrętne motywacje oraz przeżycia.

Jednak w drugiej połowie Jeffrey Dahmer, choć obecny i posiadający niekwestionowany związek z każdym zaprezentowanym wydarzeniem, odchodzi gdzieś na bok. Staje się czymś w rodzaju zwiastuna złych następstw. To omen, którego każdy powinien się wystrzegać. Widz otrzymuje zatem w jednym odcinku historię opowiedzianą z perspektywy głuchoniemej ofiary Jeffa – czarnoskórego mężczyzny próbującego ustatkować sobie życie i zrobić karierę w modelingu.

Pamiętam tę historię bardzo dobrze, ponieważ o ile duża jej część napawała pewnym optymizmem, to z czasem człowiek zaczynał uświadamiać sobie, do jakiego punktu to wszystko dąży. Inny odcinek opowiedział historię ojca Dahmera tuż po tym, jak dowiedział się on o zbrodniach swojego syna. Następnie przechodziliśmy do postaci sąsiadki Dahmera, która choć wielokrotnie zawiadamiała policję w sprawie krzyków i smrodu wydobywającego się przez kratkę wentylacyjną, to jednak za każdym razem była przez stróżów prawa zbywana.

Takie rozłożenie wątków wydaje się naprawdę sensowne, a przede wszystkim zaprzecza modelowi typowego widowiska horrorowego, o którym wcześniej wspomniałem. Mamy tu postacie z duszą i głębią i tak powinno to wyglądać, gdyż – będę się powtarzał – serial stanowi adaptację prawdziwych wydarzeń.

Dahmer. Kontrowersje – uczłowieczanie bestii?

Czytając komentarze i artykuły na temat omawianego serialu, kilka razy natknąłem się na stwierdzenie, że prezentowana tam postać seryjnego mordercy została przedstawiona w taki sposób, aby można było ją zrozumieć czy wręcz polubić. Prawdę powiedziawszy, twierdzenia tego typu wydają mi się niezwykle dziwne. Wcielający się w główną rolę Evan Peters w żadnej scenie nie wzbudził ani mojego zaufania, ani poczucia, że może rzeczywiście w głębi duszy jest dobrym człowiekiem. Ta postać jest chłodna, zachowuje się miejscami dość otępiale i zdaje się nie pojmować rzeczywistości, w jakiej się znajduje. Dahmer dużo pije, ciągle musi zmieniać pracę przez wykroczenia, które popełnia, a jednocześnie w uwodzeniu innych mężczyzn zawsze przyświeca mu jeden konkretny cel. Ale…

No właśnie. Moim zdaniem nikt nie rodzi się automatycznie zły. Dzieciństwo Dahmera ukształtowało go jako człowieka. Jego ojciec, który właściwie nie został ukazany aż tak bardzo negatywnie, ślepo wierzy, że zachęcanie syna do pogłębiania pasji pod postacią robienia sekcji martwych zwierząt to dobra forma rozrywki. Jego matka z kolei zdaje się mieć problemy psychiczne, kompletnie nie dogadując się z partnerem. Przez pewien czas młody Jeff pozostaje sam w domu, bo jego matka się wyprowadza, a ojciec wyjeżdża do kochanki. Do tego dodajmy jeszcze brak wypracowanych nawyków rozmawiania o własnych problemach.

Są takie momenty, gdy Dahmer chce poruszyć temat swojej orientacji seksualnej czy swoich niepokojących fantazji związanych z wnętrznościami, ale nie może, ponieważ konwersacja szybko zostaje naprowadzona przez ojca na inne tory. Gdy mieszka z babcią, sytuacja nie ulega poprawie. Wszelkie ostentacyjne próby zwrócenia na siebie uwagi (na przykład zrobienie ołtarzyka z Biblią Szatana) działają, ale tylko na krótki czas. Ostatecznie najbliższa rodzina Dahmera wierzy w to, w co chce wierzyć, tak dla świętego spokoju.

Nie oznacza to, że uważam tak przedstawionego głównego bohatera za osobę dobrą, lecz troszeczkę zagubioną. Zabił w końcu 17 osób. Jednak tak, jak zrobienie z niego maszynki do zabijania, aby usatysfakcjonować odbiorcę ogromem gore, wydawałoby się niestosowne, tak zrobienie z niego kawałka mięsa mordującego wszystko, co napotka na drodze, bez większego celu, byłoby bardzo zakłamane.

I tu także odniosę się do niezrozumiałej dla mnie krytyki ze strony internautów uważających, że nie powinno się obracać tej historii w rozrywkę. O jakiej rozrywce jednak mówimy? Bo owszem, to w istocie jest rozrywka, lecz nie tak popcornowa jak kolejne przygody Spider-Mana. Idąc tym tokiem rozumowania, filmy takie jak Lista Schindlera także nie mają prawa bytu, bo a nuż ktoś oglądając je poczuje się zatopiony w seans. Choć istnieje jeden zgrzyt, o którym za moment napiszę.

Dahmer. Policja, rodzina i społeczność LGBT

Omawiany serial wywołał spore kontrowersje, głównie wśród trzech grup bardziej bądź mniej związanych ze sprawą. Nie powinno to w żadnym stopniu dziwić, ponieważ policja w dziele Netflixa jawiła się jako instytucja niekompetentna, posiadająca spore uprzedzenia wobec mniejszości i ogólnie zdająca się bagatelizować słuszne podejrzenia sąsiadki Dahmera. O serialu wypowiedział się nawet sam Michael McCann, który w tamtych latach sprawował urząd prokuratora generalnego.

Zdaniem McCanna ukazywanie przez serial policjantów jako rasistów i homofobów jest całkowicie nieuzasadnione. Według niego taką antypolicyjną otoczkę sprawie nadali sami twórcy serialu, podczas gdy główny problem polegał na trudnościach w utworzeniu właściwego modus operandi. Były prokurator wyjaśnił przy tym, iż inną trudność niewątpliwie stanowił fakt, że ofiarami byli mężczyźni. W przypadku zaginięć kobiet sprawa prawdopodobnie nabrałaby większego rozpędu.

Z jednej strony jestem sceptyczny wobec obecnych działań ruchu BLM. Wydaje mi się, że nie jest to odpowiednia reprezentacja dla współczesnych Afroamerykanów i poczynania tego ruchu bardziej im szkodzą niż pomagają. Ale nawet jeśli uznamy, że Netflix przesadził i ubarwił tę historię, to pozostaje nam niepodważalny fakt – policja poinformowana o tym, że młody i pijany Azjata uciekł z mieszkania Dahmera, zaprowadziła go z powrotem do jego oprawcy, tym samym przypieczętowując jego los. Z góry założono, że chłopiec (bo przecież miał on tylko 14 lat) był pełnoletni, a wszelkie doniesienia sąsiadki o fetorze czy krzykach po prostu ignorowano. Trudno mi zatem uwierzyć, że policja nie ponosi tu absolutnie żadnej winy, mając sprawcę niemal przed nosem i wiedząc jednocześnie, że odsiadywał on już wyrok za molestowanie.

Kolejną grupę stanowią rodziny ofiar, których członkowie zarzucają platformie streamingowej brak poinformowania o zamiarze nakręcenia serialu. Według nich stare rany zostały rozdrapane, a trauma powróciła. Z tymi zarzutami jestem w stanie się zgodzić, choć połowicznie. Netflix z czystej przyzwoitości powinien skontaktować się z rodzinami ofiar, bo tak moim zdaniem najzwyczajniej w świecie wypada. Jednak powiedzmy sobie szczerze – sprawa Jeffreya Dahmera była głośna i zapisała się na kartach historii. Wiele strasznych wydarzeń ze świata zostało zekranizowanych i choć oczywiście powstawanie filmów w sposób nadrzędny nastawione jest na zarabianie pieniędzy, to jednak nie zawsze głównym zadaniem każdego filmu jest dostarczanie rozrywki. Ten aspekt się pojawia, bo film w końcu musi okazać się dla widza ciekawy, lecz – jak już wspomniałem – Dahmer nie został tu przedstawiony jako Michael Myers z Halloween.

Czytaj także:

Ostatnią grupą jest społeczność LGBT+, której nie spodobał się fakt zakwalifikowania serialu do kategorii produkcji… LGBT+ właśnie. Prawdę powiedziawszy, tego już w ogóle nie potrafię zrozumieć. Pojawiły się głosy, że takie oznaczenia powinny dotyczyć wyłącznie filmów reprezentujących członków tej społeczności w pozytywny sposób. Moje pytanie brzmi zatem: czy film określony jako „polski” musi ukazywać Polaków w kwiecistych barwach? Bo jeśli tak, to Dzień Świra i Wesele można wykluczyć z tej kategorii.

Trochę oczywiście ironizuję, ale wydaje mi się, że po prostu w każdej grupie osób (homoseksualistów, Polaków, czarnoskórych, emerytów, palących bądź niepalących) znajdzie się czarna owca. I nie można tego negować, bo to oznacza, że nie chcemy uczyć się na błędach. Na dobrą sprawę serial o Dahmerze przedstawia środowisko gejowskie w bardzo pozytywnym świetle. Pokazuje problemy tych ludzi oraz ich ambicje. Bądź co bądź, Netflix ostatecznie uznał, że usunie serial z tej kategorii, więc sprawa wydaje się nieaktualna.

Dahmer. Moja rekomendacja

Dahmer Potwór: Historia Jeffreya Dahmera to serial warty obejrzenia. Niekoniecznie z całą rodziną, ponieważ nie mówimy tu o popcorniaku, a niektóre ukazane sceny są naprawdę brutalne. Jednocześnie serial skonstruowano jako pofragmentowane i skupiające się na wielu wątkach dzieło. Niektóre motywy tam przedstawione wydają się tak nieprawdopodobne, że gdyby nie relacje naocznych świadków, rodziny Dahmera jak i jego samego trudno byłoby w to wszystko uwierzyć.

Jeffrey Dahmer od początku do końca budzi grozę, a Peters tak dobrze odgrywa jego rolę, że nie zdziwiłbym się, gdyby po zakończeniu zdjęć musiał wyjechać gdzieś w Bieszczady i pomedytować tam co najmniej przez miesiąc.

Polecamy:

Sebastian Jadowski-Szrederhttps://www.jadowskiszreder.pl/
Youtuber i pisarz, twórca zbioru opowiadań "Incydenty Antoniego Zapałki", hobbystycznie zbieracz filmów i pasjonat horrorów, a także starych gier. Główną sferą jego zainteresowań jest popkultura z wyraźnym zaakcentowaniem elementów retro.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze