poniedziałek, 30 stycznia, 2023
Strona głównaSportCzy Pele naprawdę był taki dobry?

Czy Pele naprawdę był taki dobry?

Nie żyje Edson Arantes do Nascimento, znany światu lepiej jako Pele. Był trzykrotnym mistrzem świata, legendą futbolu, a wielu nazywa go najlepszym piłkarzem w historii. Warto jednak zadać sobie pytanie, co poza triumfami na World Cupie wiemy o karierze tego gracza.

Pele wygrał dwa, a nie trzy mistrzostwa świata, ale o tym za chwilę (fot. Wikimedia)

Mówiąc w największym skrócie: niewiele. Zanim jednak rzucicie się na mnie zarzucając, że szargam świętości albo nie zrobiłem dokładnego riserczu, przyjrzymy się dokładnie curriculum vitae brazylijskiego zawodnika. Ten przygodę ze światowym futbolem zaczął bardzo szybko. Mając kilkanaście lat został uznany za złote dziecko klubu Santos FC. Bramki zdobywał i wszystkie mecze wygrywał, trudno więc się dziwić, że dostał powołanie do kadry narodowej (raptem dziesięć miesięcy po podpisaniu pierwszego profesjonalnego kontraktu).

W debiutanckim meczu przeciwko Argentynie strzelił gola. Zyskał zaufanie trenera i tym samym znalazł się w kadrze na mistrzostwach w Szwecji. Performance jaki dał na tamtym mundialu był tak niezwykły, że trzeba go uznać za najlepszego piłkarza tamtego czasu. Pele walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa świata przez swoją drużynę strzelając w półfinale trzy bramki Francuzom, a w finale dwie Szwedom. Był maszyną napędową niezbędną do osiągnięcia sukcesu porównywalną z Messim z tegorocznego mundialu w Katarze. Sam zakończył turniej z sześcioma bramkami na koncie. Królem strzelców został Francuz Just Fontaine, który strzelił aż 13 bramek.

Drugi mundial Pelego rozgrywany w Chile w 1962 roku pokrzyżowała kontuzja, której dostał w meczu grupowym przeciwko Czechosłowacji. Uraz wykluczył zawodnika z gry do końca turnieju, ale nie przeszkodził Brazylii ponownie unieść pucharu mistrzostw świata (tym razem wagonik ciągnął przede wszystkim Garrincha). Co ciekawe przepisy mówiły, że Pelemu nie należy się za ten turniej medal (w tamtym czasie dostawali go jedynie zawodnicy grający w finale), ale w 2007 roku siedzący przy zielonym stoliku działacze FIFA uznali, że mu się jednak należy i po ponad 40 latach nadali mu odznaczenie. Ciekawe, czy zrobili to z dobroci serca – ale wówczas chyba powinni wyróżnić wszystkich piłkarzy, którzy nie grali w finale, ale pomogli drużynie tam dojść – czy jednak dlatego, że Pele i FIFA mieli dużo wspólnych interesów?

W 2016 roku Pele wystawił swoje złota z mistrzostw świata na sprzedaż. Nie była to akcja charytatywna (fot. Twitter)

Trzeci triumf Pelego przypadł na mundial w 1970 roku. W międzyczasie piłkarz pojechał jeszcze do Anglii w 1966 roku. Brazylia nie wyszła wtedy nawet z grupy, ale trzeba przyznać, że to nie do końca jej wina. Bułgarscy obrońcy obili Pelego w pierwszym meczu tak bardzo, że zabrakło go na spotkaniu z silnymi wówczas Węgrami, które Canharinhos przegrali 3:1. Meczem o wszystko okazał się być mecz z Portugalią. Sędzia pozwalał grać ostro, co w tamtym czasie oznaczało, że zawody gra się w osłabieniu, bo możliwość wprowadzania zmian weszła dopiero w kolejnym mundialu. Co więcej, żółte i czerwone kartki również nie były wówczas w użyciu, w związku z czym rywali nie czekała żadna kara za swoje zachowanie. Pele grał więc niewiele, głównie stał z boku i patrzył jak jego drużyna odpada z turnieju.

Piłkarz odkuł się w 1970 roku. Brazylia zdominowała turniej, grała piękną piłkę, praktycznie nie miała słabych punktów, a Pele strzelił sześć bramek w turnieju. W finale drużyna bardzo pewnie pokonała Włochów i na długo została w pamięci kibiców, jako ta która wciąż grała tak, jakby nigdy nie opuściła rodzinnego podwórka.

Pele jest więc z całą pewnością legendą mundiali. Nie da się być przeciętnym graczem i tak dobrze zaprezentować się na dwóch mistrzostwach świata oddalonych od siebie o 12 lat. Czemu więc kwestionuję jego status jako „piłkarskiego boga”?  Cóż,  cały problem spoczywa w karierze klubowej piłkarza.

Czy Pele w ogóle był mistrzem Brazylii?

Pytanie, choć może wydawać się szokujące jest zasadne. Szukając informacji o piłkarzu szybko przeczytamy, że owszem, sześciokrotnie jego Santos FC wygrał rozgrywki Campeonato Brasileiro Série A, ale te zostały utworzone dopiero w 1972 roku. Wcześniej ze względu na duże odległości rozgrywanie zawodów między drużynami z odległych części kraju było poważnie utrudnione. Pierwsze „mistrzostwa kraju” rozegrano w 1952 roku, choć lepiej byłoby nazywać je pucharem, bo służyły one wyłonieniu reprezentanta Brazylii w pierwszej edycji Copa Libertadores (południowoamerykański odpowiednik Ligi Mistrzów).

Pierwszy ogólnokrajowy turniej nosił nazwę Taca Brasil i był rozgrywany do 1968 roku. Faktycznie Santos, w którego składzie grał wówczas Pele wygrał to trofeum pięciokrotnie, ale jako drużyna z Sao Paulo, był rozstawiony od razu w półfinale (sic!). Trudno porównać to do jakichkolwiek europejskich rozgrywek. Tacę zastąpił Torneiro Roberto Gomes Pedrosa, który rozszerzał formułę o nowe drużyny i który można porównać do proponowanej nie tak dawno w Europie „superligi”. Santos wygrał te rozgrywki jeden raz. Do tego kibice mogli się ekscytować meczami w turnieju Torneiro Rio – Sao Paulo, które miało wyłonić najlepszą drużynę w tych dwóch regionach. Pele był dwukrotnie, królem strzelców tych rozgrywek. Na co dzień piłkarze Santosu grali zaś w rozgrywkach Campeonato Paulista, które wyłaniały mistrza stanu Sao Paulo. Tutaj Pele faktycznie dominował i regularnie strzelał po kilkadziesiąt bramek w sezonie. Żeby zunifikować jakoś liczbę poszczególnych turniejów tworzonych niegdyś w Brazylii przez różne federacje piłkarskie, obecny krajowy związek piłki nożnej uznał, że Taca Brasil i Torneiro Roberto Gomes Pedrosa były poprzednikami ligi. Europejczyk może się z taką interpretacją zgodzić, ale nie musi.

Fabryka giganta chemicznego Nitro-Quimica. W meczu z drużyną zakładową Pele strzelił pięć bramek. Oczywiście dopisał je sobie do rekordu (fot. Nitro-Química)

Legenda 1000 bramek

Pele zakończył karierę z trzema mistrzostwami świata na koncie oraz z 1283 strzelonymi bramkami, a przynajmniej sam tak utrzymywał. Gdyby była to prawda oznaczałoby to, że nikt w historii nawet się do tego wyniku nie zbliżył. W grudniu 2021 roku Cristiano Ronaldo przekroczył barierę 800 goli strzelonych w karierze, Messi próbuje go gonić, reszta nie ma na to najmniejszych szans. Gdyby prawdą było to co mówił Pele oznaczałoby to, że piłkarz był kimś na kształt Dr. Manhattana z Watchmanów. Unoszącym się i strzelającym laserami z oczu potworem niszczącym swoich rywali z dystansu.

Pele widział siebie samego mniej więcej tak (fot. Watchman/HBO)

Jak Pele dokonał tak niezwykłych obliczeń? Cóż, wygląda na to, że piłkarz wliczał każde wybiegnięcie na boisko w swoim życiu, nawet jeśli był to okręgowy puchar strażaka, a przecież z perspektywy Europy rozgrywki o mistrza stanu Sau Paulo są czymś niewiele więcej. Dodajmy, że nagrań wideo z tych spotkań nie ma żadnych. Trudno potwierdzić wysokość wyniku czy jakość przeciwnika. Słynne mecze, w których miał strzelać rywalom po osiem bramek grał z kompletnymi amatorami. Jego jakość zweryfikowałby wyjazd do Europy, ale ten nigdy nie miał miejsca.  

Oczywiście chciały go największe kluby na starym kontynencie. Zgłaszały się Real Madryt, Manchester United i Inter. Pele wszystkim grzecznie odmawiał. Pytany o to dlaczego nie pojechał do Europy odpowiadał, że „kocha ryż z bananami przygotowywany przez swoją matkę i jest tu szczęśliwy, rodzice mieszkają tuż obok, a temperatura nigdy nie spada poniżej 25 stopni”.  Wyjątek uczynił tylko dla nieistniejącego klubu New York Cosmos, do którego pojechał w wieku 35 lat. Zresztą historia tej drużyny zasługuje na osobny artykuł. Był to bowiem klub założony przez znaną na całym świecie wytwórnię filmową Warner Bros., a jej oficjalną maskotką stał się królik Bugs. Cosmos miał astronomiczny budżet i ściągał gwiazdy europejskiego formatu (obok Pelego m.in. Franza Beckenbauera). I choć ta dwójka potrafiła zapełniać stadion to nie wystarczyło aby przekonać Amerykanów do oglądania „soccera” przed telewizorem, a cały projekt okazał się niewydolny finansowe. Jednak Pele swoje w Nowym Jorku zarobił. Otrzymał wówczas kontrakt opiewający na kwotę 1 400 000 dolarów rocznie, zyskując na wiele lat status najlepiej zarabiającego piłkarza pod Słońcem.  Dla porównania legenda brytyjskiego futbolu George Best raptem kilka lat wcześniej otrzymał od Manchesteru United rekordowe 52 tys. funtów rocznie, co i tak uważano za sporą ekstrawagancję.

Niezła paka. Kadr z filmu dokumentalnego „Once in a Lifetime: The Extraordinary Story of the New York Cosmos”

Może więc nie chodziło o „ryż z bananami”, a raczej o status absolutnej legendy i Boga, na który Pele nie mógłby liczyć poza granicami swojego kraju? Próżność piłkarza znanego z podkręcania swoich statystyk, mówienia o sobie w trzeciej osobie czy wyśmiewania Leo Messiego była tak wielka, że zderzenie z największymi piłkarzami swojego pokolenia mogłoby zweryfikować prawdę o nim samym. Roztrzaskać ego, które po drugiej stronie Atlantyku bezpiecznie pęczniało do absurdalnych rozmiarów.

To nie Pele, to nostalgia

A legendę można podkręcać w nieskończoność. I tak dostaliśmy wzruszającą historię o finale mundialu w 1950 roku, który Brazylia przegrała z Urugwajem. Cała rodzina siedziała przyklejona do radioodbiornika wsłuchując się w głos spikera, ale nie Pele. On w tym czasie latał za piłką. Gdy wrócił do mieszkania i zobaczył w jak wielkim smutku pogrążeni są pozostali domownicy zrozumiał sens swojego życia. Musi przywieźć złotą Nike do Brazylii.

Brazylijczycy go uwielbiali, choćby dlatego, że z Santosem  jako jedyny wygrał Copa Libertadores na argentyńskiej ziemi, ale dodajmy, że piłkarz miał w reprezentacji niezwykle utalentowanych kolegów i gdyby dziś tworzyć listę top100 największych piłkarzy w historii, to pewnie wielu z nich znalazłoby tam swoje miejsce.

Na jego fenomen wpływ ma jeszcze jeden aspekt. Była to raczkująca dopiero globalizacja. Dziś jest oczywistym, że możemy sobie włączyć mecz z dowolnego miejsca na ziemi, ale wówczas jeśli opowieść o jakichś meczach docierała naprawdę niemal do każdego ucha na świecie, to mogły być to tylko spotkania mistrzostw świata. Celowo mówię o radiu, a nie o telewizji, bo ta zaczęła pokazywać mundial dopiero od 1954 roku. To jak naprawdę Pele czarował w Szwecji widziało niewielu. Dziś jesteśmy gotowi godzinami analizować każde zagranie czy potknięcie piłkarzy, wtedy trzeba było się zdać na magię cudzej opowieści.

Po erze Pelego nadeszła era pressingu i futbolu nastawionego na nietracenie bramek.  W meczu z Urugwajem w 1970 roku piłkarz stanął oko w oko z bramkarzem rywali i zamiast ją podciąć postanowił fantazyjnie minąć goalkeepera puszczając piłkę z jednej, a siebie z drugiej strony. Ostatecznie strzał chybił celu, a warto dodać że był to półfinał rozgrywek i taka nonszalancja mogła Brazylię wiele kosztować. Gdyby miało to miejsce kilka lat później piłkarz pewnie zostałby skarcony za swoje zachowanie. I na tym właśnie polega fenomen Pelego. Zawodnika bardzo dobrego, ale na pewno nie najlepszego w historii. Będącego dzieckiem swojej – potrafiącej jeszcze cieszyć się grą – epoki.

Zobacz też:

Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze