czwartek, 23 maja, 2024
Strona głównaKulturaFilm"Steamboat Willie". Pierwsza Myszka Miki zmierza w stronę domeny publicznej

„Steamboat Willie”. Pierwsza Myszka Miki zmierza w stronę domeny publicznej

Za dwa lata w domenie publicznej w USA znajdzie się "Steamboat Willie", pierwszy film krótkometrażowy przedstawiający wizerunek Myszki Miki. To jednak nie oznacza jeszcze, że popularny bohater bajek dla dzieci stanie się legalnie przedmiotem zainteresowania skandalistów (takich jak twórcy horroru o Kubusiu Puchatku). Disney nie odpuści bowiem swojego klejnotu w koronie tak łatwo.

Fot. kadr z produkcji „Steamboat Willie” na YouTube

„Steamboat Willie”. Co się stanie, gdy przejdzie do domeny publicznej?

W 1928 r. powstał pierwszy animowany film krótkometrażowy Disneya przedstawiający Myszkę Miki, zatytułowany „Steamboat Willie” (w pol. wersji „Parowiec Willie” albo niepoprawnie „Willie z parowca”). Ośmiominutowa produkcja pokazuje dość głupiutką przygodę Mikiego będącego marynarzem na statku parowym, ale ważne jest przede wszystkim to, że wtedy po raz pierwszy użyto jego imienia, kojarzonego dziś synonimicznie z firmą Disneya. Ówczesny Miki tylko częściowo przypomina tego znanego z późniejszego czasu – jest rzecz jasna czarno-biały, nie mówi, ma inne oczy i nie nosi białych rękawiczek.

W tamtym czasie prawo autorskie chroniło własność postaci przez Disneya przez 56 lat (28 lat z przedłużeniem o tyle samo czasu) – potem bohater krótkometrażówki miał przejść do domeny publicznej. Disney, który w międzyczasie stał się multimiliardową korporacją, mocno lobbował na rzecz zmiany prawa, by zachować Mikiego na dłużej, co skutkowało uchwaleniem ustawy Copyright Act of 1976. Wkrótce firma ponownie była w stanie opóźnić przejście Mikiego do domeny publicznej poprzez kolejną ustawę – Copyright Term Extension Act z 1998 roku, który czasami jest prześmiewczo nazywany Mickey Mouse Protection Act. To przedłużenie ma jednak finalnie wygasnąć w 2024 roku, a po tym czasie pierwszy Miki stanie się dobrem kulturowym całej ludzkości.

Czas, w którym prawa autorskie miały być chronione, za każdym razem był wydłużany kolejnymi ustawami. Po finalnym wygaśnięciu praw autorskich każdy będzie mógł wyświetlić „Steamboat Willie” bez zgody Disneya, może być również sprzedawany przez osoby trzecie (chociaż Disney udostępnia animację za darmo na swoim kanale na YouTube, więc nie wiadomo, po co ktoś miałby to robić). Fragmenty filmu i postaci w nim przedstawione będą mogły być swobodnie przedstawiane w nowych dziełach i kontekstach.

Jest tu jednak jeden haczyk – nawet jeśli „Steamboat Willie” znajdzie się w domenie publicznej, to Disney i tak pozostaje właścicielem znaku towarowego – w postaci nazwy „Myszka Miki” i jego wizerunku. Prawo do ochrony takiego znaku może być przedłużane w nieskończoność – ma ono zapobiegać sytuacjom, w której inna firma na rynku postanowiłaby korzystać z podobnego oznaczenia celem wprowadzenia konsumenta w błąd. A zatem będzie można wykorzystywać wizerunek Mikiego ze wspomnianej animacji, ale tylko w taki sposób, by było jasne, że nie pochodzi on od firmy Disney. W praktyce może to być karkołomne zadanie, a prawnicy korporacji z pewnością szykują sobie już projekty pism w celu ścigania wszystkich potencjalnych naruszeń.

Straszliwie się zestarzała, ale w końcu powstała prawie 100 lat temu.

„Steamboat Willie”. Republikanie chcą zabrać Disneyowi przywileje

Nie można tez wykluczyć sytuacji, w której przegłosowana zostanie kolejna ustawa, która przedłużyłaby kontrolę Disneya nad „Steamboat Willie”. Tymczasem dokładnie przeciwny projekt zaproponowali republikanie w osobie senatora z Missouri Josha Hawleya. Polityk przedstawił własny projekt wymierzony przeciwko korporacji, który zakłada ograniczenie trwania praw autorskich do 56 lat (28 lat i potem przedłużenie), jak przed 1976 r. Według niego Disney niesprawiedliwie otrzymał tak długi okres ochrony, dzięki któremu zarobił miliardy. Dodatkowo teraz psuje on swoje filmy, bo ulega on ruchowi „woke” w sytuacji, gdy potrzebna jest „nowa era kreatywności i innowacji”.

Trudno jednak nie dopatrzyć się w tym działaniu po prostu zagrania politycznego. Działacze republikańscy od dawna atakują Disneya, oskarżając go o promowanie szkodliwych dla społeczeństwa wartości (chodzi oczywiście o „promocję LGBT+”), ku uciesze najbardziej konserwatywnych wyborców. Republikański kongresmen z Indiany, Jim Banks, w liście otwartym do CEO Disneya Boba Chapka, pisał tak: „Biorąc pod uwagę współpracę Disneya z komunistycznym chińskim reżimem, który nie szanuje praw człowieka ani amerykańskiej własności intelektualnej, a także biorąc pod uwagę wasze pragnienie wpływania na małe dzieci za pomocą materiałów seksualnych nieodpowiednich dla ich wieku, nie będę popierał dalszego przedłużania waszych praw autorskich, które powinny stać się domeną publiczną„.

Korporacja nie pozostaje zresztą dłużna wobec Partii Republikańskiej, krytykowała chociażby ustawę „Don’t Say Gay”, zabraniającą prowadzenia edukacji seksualnej w szkołach na Florydzie. Tymczasem media branżowe niemal jednogłośnie wyśmiały projekt ustawy Josha Hawleya jako nierealny. Nawet pominąwszy to, że na taką ustawę nie zgodzą się demokraci, to wymóg składania wniosków o przedłużenie ochrony praw autorskich jest niezgodny z prawem międzynarodowym, w tym konwencją berneńską, do której USA przystąpiły w latach 80., skrócenie uprawnień Disneya oznaczałoby też złamanie zasady, że prawo nie działa wstecz.

Czytaj także:

„Steamboat Willie”. Kubuś Puchatek morduje, a co zrobi uwolniony Miki?

Być może jednak rozwiązanie, w którym Disney nie mógłby bronić Myszki Miki i swoich innych gwiazd przed niezależnymi od siebie twórcami, byłoby ostatecznie dobre dla kultury. Trzeba pamiętać, że potęga firmy wyrosła również na adaptacji dzieł należących do domeny publicznej. „Kopciuszek”, „Pinokio”, „Piotruś Pan”, „Księga Dżungli”, „Mała Syrenka” czy „Piękna i Bestia” to tylko niektóre przykłady z baśni czy literatury pięknej, które trafiły następnie do katalogu znaków towarowych Disneya, a wizerunek postaci z tych produkcji został skutecznie zabetonowany.

Chociażby niedawno do domeny publicznej trafiły książki A.A. Milne’a o Kubusiu Puchatku. Od tego czasu zapowiedziano szereg nowych adaptacji tego dzieła – z horrorem utrzymanym w klimacie slasheru włącznie. I chociaż w teorii nic nie stoi na przeszkodzie, by dowolnie interpretować opowiadania brytyjskiego autora, to Disney oczywiście nadal dzierży klucze do najbardziej znanego wyglądu misia o małym rozumku, ubranego w czerwony kubraczek. Horror nie będzie tu naruszeniem zastrzeżonego znaku towarowego (bo każdy wie, że firma nie robi takich filmów), ale ewentualna nowa adaptacja musiałaby już wyraźnie odróżniać się od dziesiątek produkcji Disneya.

Horror z Puchatkiem zapowiada się na mocne 2/10.

W kwestii Myszki Miki i filmu „Steamboat Willie” Disney wydał też następujące oświadczenie: „Odkąd Myszka Miki po raz pierwszy pojawiła się w filmie krótkometrażowym Steamboat Willie z 1928 roku, ludzie kojarzą tę postać z historiami, doświadczeniami i autentycznymi produktami Disneya. To się nie zmieni, gdy wygasną prawa autorskie do filmu Steamboat Willie. Oczywiście będziemy nadal chronić nasze prawa do bardziej nowoczesnych wersji Myszki Miki i innych dzieł, które nadal podlegają prawom autorskim, a także będziemy pracować nad zabezpieczeniem konsumentów przed dezorientacją spowodowaną nieautoryzowanym wykorzystaniem Mikiego i innych naszych ikonicznych postaci.

Polecamy:

Bartłomiej Król
Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze