sobota, 10 grudnia, 2022
Strona głównaKulturaSeriale„Pierścienie Władzy”. Toksyczny fandom J.R.R. Tolkiena

„Pierścienie Władzy”. Toksyczny fandom J.R.R. Tolkiena

Po długim, dramatycznym spektaklu zbiorowej histerii fanów Tolkiena (czy też tolkienowskiej sekty) oraz przeciwników Amazona, wielkich franczyz i kapitalizmu w ogóle, wreszcie dostaliśmy dwa pierwsze odcinki serialu "Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy". Od dzieciństwa zaczytywałam się w książkach Tolkiena – "Hobbicie", "Władcy Pierścieni", "Dzieciach Húrina" czy "Silmarillionie". Z wydawaniem opinii na temat serialu Amazona wstrzymywałam się jednak do ostatniej chwili, nie chcąc, by ewentualne uprzedzenia zniszczyły mi odbiór nowego tekstu kultury popularnej. Teraz więc na pytanie „jak wypadła pierwsza odsłona Pierścieni Władzy”, z czystym sumieniem i bez trwogi w sercu odpowiadam: dobrze.

Tak na was patrzę, hejterzy.

Alternatywny tekst o „Pierścieniach Władzy” przeczytasz tu.

Pod względem fabularnym Amazon miał twardy orzech do zgryzienia. Zdobył on prawa do „Władcy Pierścieni” i „Hobbita”, jednak nie do „Silmarillionu” – monumentalnego tolkienowskiego dzieła, które opisuje tak zwaną Pierwszą Erę zakończoną Wojną Gniewu – ostatecznym starciem z największym antagonistą Śródziemia, Morgothem (jego sługą był dobrze nam znany Sauron, który na wzór swojego autorytetu postanowił siać zamęt i zniszczenie w kolejnych Erach).

Pierścienie Władzy rozpoczynają więc swoją opowieść poniekąd od środka – w okresie Drugiej Ery, trwającej od zniszczenia Morgotha do pierwszego upadku Saurona. Pierwsze odcinki skupiają się wokół postaci młodej Galadrieli, która jako jedna z nielicznych kwestionuje odniesione zwycięstwo i przeczuwa, że Sauronowi – czyli prawej ręce Morgotha – udało się uciec, by gromadzić siły przed ponownym uderzeniem. Niechętny do zakończenia działań wojennych jest również elf Arondir, strzegący jednej z ludzkich wiosek. Wydarzenia zauważane w społecznościach ludzi oraz nomadycznych Harfootów (jednego z hobbickich plemion) sugerują, że już wkrótce spełnią się przewidywania Galadrieli.

Twórcy niespiesznie zarysowują fabułę – wiedząc zapewne, że widzowie muszą przyswoić stosunkowo wiele informacji i przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości – zupełnie innej niż ta, którą pamiętamy z Władcy Pierścieni. Dlatego też to, co widzimy w dwóch pierwszych odcinkach, to zaledwie fundamenty stawiane na potrzeby historii, która dopiero zostanie nam opowiedziana.

Pierścienie Władzy. Skąd tyle hejtu?

Trudno nie zauważyć, że przez lata tolkienowski fandom przekształcił się w coś na wzór agresywnej sekty, która atakuje wszelkie próby odejścia od aryjskiej estetyki Śródziemia. Wśród całej gamy zarzutów najczęściej powtarzają się te dotyczące koloru skóry elfów czy krasnoludów (kto to słyszał, żeby elf był czarnoskóry, a krasnolud mieszkający pod ziemią miał śniadą cerę). Słyszymy, że Tolkien przewraca się w grobie, a produkcja Amazona jest obrazą spuścizny słynnego pisarza.

Problematyczny okazał się również nieszablonowy zarys charakterologiczny postaci. Młoda Galadriela w niczym nie przypomina swojej starszej o około tysiące lat wersji, znanej nam z „Władcy Pierścieni”. Jest uparta i zapalczywa, a czasem wręcz odpychająca w swoim egoizmie. Elfowie są wyraźnie młodsi (bo i świat przedstawiony jest młodszy), mniej dostojni, bardziej skłonni do popełniania błędów. Ten wybór twórców, choć dla wielu nie do zniesienia, wydaje mi się całkiem rozsądny i po dwóch odcinkach daję „Pierścieniom Władzy” kredyt zaufania w kwestii prowadzenia postaci. Mam tylko nadzieję, że scenarzystom uda się rozwinąć charakter bohaterów w sposób bardziej złożony niż miało to miejsce chociażby – o zgrozo – we „Władcy Pierścieni”.

Istotne jest również to, o czym wielu hejterów zdaje się zapominać – że historia przedstawiona przez Amazona, choć wzorowana na spuściźnie Tolkiena, jest w pewien sposób autorska – głównie ze względu na brak praw do „Silmarilionu”. Dlatego też nowe pomysły trudno oceniać pod kątem zgodności z lore. Przed seansem „Pierścieni Władzy” dobrze jest wziąć kilka głębokich oddechów i przypomnieć sobie, że nie oglądamy wiernej ekranizacji tolkienowskich książek, lecz swobodną wariację na temat jego świata i bohaterów.

O nie, znowu nadciąga jakiś fandomiarz…

„Pierścienie Władzy”. Dbałość o detale

W historii telewizji i platform streamingowych nie było jeszcze produkcji, która z taką pieczołowitością dopracowywałaby wszelkie audiowizualne szczegóły w sposób wręcz kinematograficzny. Oglądając dwa pierwsze odcinki serialu żałowałam, że Amazon nie zaproponował seansów kinowych, jak to miało miejsce w przypadku niektórych odcinków „Gry o Tron”. Wizualny rozmach nie powinien dziwić – choć szczegóły dotyczące finansowania serialu owiane są tajemnicą, to amerykańskie media spekulują, że produkcja pierwszego sezonu Pierścieni Władzy mogła pochłonąć kosmiczną kwotę ponad 700 milionów dolarów.

Twórcy ani na chwilę nie dają nam zapomnieć, że mamy do czynienia z historią monumentalną. Epicka muzyka, okazałe scenerie i patetyczne dialogi wydawać się mogą chwilami wręcz niedorzeczne, jednak bardzo dobrze sprawdzają się w koncepcji epopei fantastycznego świata. Trzeba zaznaczyć, że choć Amazon przedstawia nam własną wariację na temat historii Śródziemia, realizm tolkienowskiego świata został zachowany – ludzie są odpowiednio brudni, krasnoludowie rubaszni, a elfowie nadęci.

Komu przeszkadzają czarni aktorzy w „Pierścieniach Władzy”?

Poszczególnym aktorom i aktorkom można przedstawiać różne zarzuty – niektórzy mają problem z mimiką, inni wypowiadają swoje kwestie w dość sztuczny i sztywny sposób (choć przyznaję, że ten dramatyczny, szekspirowski sposób prowadzenia dialogów jest nie tylko kanoniczny, ale również dobrze sprawdza się jako dopełnienie zamierzonej epickości dzieła). Ich kolor skóry jest jednak z aktorskiego punktu widzenia zupełnie nieistotny. Tolkienowscy puryści prześcigają się w argumentowaniu, że ta swego rodzaju „segregacja rasowa” jest nieodłączną cechą Śródziemia, a ingerowanie w nią to oznaka dominującej w USA politycznej poprawności.

W gruncie rzeczy nie dziwi mnie takie zacietrzewienie – ludzie często są skłonni do kwestionowania wszelkich prób wprowadzania zmian do ich wizji rzeczywistości – raz danej, raz przyjętej i raz na zawsze wyrytej w świadomości. Takie lenistwo poznawcze pominę jednak milczeniem. Cieszy mnie, że żyję w świecie, w którym możemy doświadczać różnych koncepcji i wariacji na temat świata wymyślonego w poprzednim stuleciu.

Czytaj także:

Dużo poważniejszym i bardziej usprawiedliwionym zarzutem jest sprzeciw wobec ufranczyzowienia wszelkich możliwych dzieł popkultury. Amazon obecnie ściga się o uwagę widzów razem z HBO Max, który co tydzień wypuszcza nowy odcinek „Rodu Smoka” – prequela „Gry o tron”. Harry Potter padł ofiarą miernych „Fantastycznych zwierząt”, a uniwersa Marvela i DC stały się oligarchicznymi konglomeratami kina komiksowego. Jako odbiorczyni kultury popularnej czuję się nieco osaczona przez tę wszechobecną komercjalizację – jednak wciąż nie na tyle, by wypiąć się na nią i konsekwentnie odmawiać jej przyjmowania.

Dwa pierwsze odcinki Pierścieni Władzy oceniam dobrze – choć nie są wolne od wad, zdecydowanie nie zasługują na zalanie morzem hejtu. Wystarczy przyjrzeć się kontrastowi pomiędzy ocenami krytyków a widzów na portalu Rotten Tomatoes. Dlatego też z zainteresowaniem będę śledzić dalsze losy młodego Śródziemia, a wszystkich zniesmaczonych taką wizją tolkienowskiego świata przestrzegam przed nadmiernym puryzmem, który w swojej skrajnej wersji może zamienić się w bardzo karykaturalny rodzaj fanatyzmu.

Polecamy:

Paulina Małańczuk
Czujna (nie mylić z czuła) obserwatorka kultury.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze