wtorek, 30 listopada, 2021
Strona głównaPracaDlaczego nauczyciele są podzieleni? Trzy powody

Dlaczego nauczyciele są podzieleni? Trzy powody

Dość często można w różnych internetowych przepychankach przeczytać komentarze o tym, że nauczyciele nie mówią jednym głosem. Że są środowiskiem, które nie potrafi się zjednoczyć. Jest zbyt podzielone, żeby cokolwiek ugrać. Trudno się z tym nie zgodzić. Z czego jednak ten podział wynika?

Przemysław Czarnek dzieli polskich nauczycieli, ale to nie tylko on sprawia, że nie ma wśród nich jedności (fot. ifoolyou/gov.pl)

Przyczyny braku solidarności wśród nauczycieli są trzy. Choć powodów do zawodowego buntu jest wiele, niektórzy wolą siedzieć cicho i się nie wychylać. Mogliśmy obserwować to podczas strajku szkolnego. Wielu z nas wywiesiło wtedy białą flagę.

Nie wszyscy są antypisem

Problemem nie są tylko sympatie polityczne. Chociaż w przypadku Polaków lepiej byłoby napisać „antypatie”. Wolimy walczyć przeciw czemuś, niż stać murem za czymś. W przypadku walki o lepszą edukację jest podobnie. Nikt tak dobrze nie jednoczy, jak wspólny wróg. Może się wydawać, że dla środowiska nauczycielskiego rolę przeciwnika, któremu wspólnie chciałoby się dołożyć, czy strącić go ze stanowiska, pełnić będzie Przemysław Czarnek.

Ale nie wszystkim on przecież przeszkadza. Jeśli dobrze poszukać, jeśli zechcemy wyjrzeć poza własną piaskownicę, może okazać się, że to tu, to tam zdarzają się głosy poparcia dla poczynań ministra. Marcin Stiburski, nauczyciel fizyki, w wywiadzie udzielonym „Polska The Times” pytany o propozycję zwiększenie pensum o cztery godziny oraz wprowadzenie dodatkowych ośmiu godzin w ramach tzw. dostępności, odpowiada jednoznacznie: „Według mnie to są bardzo dobre propozycje.” Trudno więc ogłosić pospolite ruszenie, skoro części dobrze tam, gdzie są, i nie zamierzają się stamtąd ruszać.

Ten facet w sukience niektórych nie wkurza

Nauczycieli wyraźnie dzieli także religia. Religia dzieli cały kraj, ale w wielu zawodach nie zaznacza ona tak wyraźnie swojej obecności. Można po prostu nie podejmować tego tematu. Jedni wznoszą modły do Peruna, inni do Jahwe, ale robią to po godzinach pracy. Tymczasem w szkole do spraw religijnych jest specjalna persona. Zaś sama religia stanowi oddzielny przedmiot.

To powoduje ciągłą obecność problemu, ale z drugiej strony utrudnia krytykę zjawiska. Choć w zamkniętych gronach mogą dość powszechne wydać się głosy o usunięcia tego przedmiotu, to warto pamiętać, że w środowisku nauczycieli mamy także katechetów. Ich etaty są pewniejsze niż wielu przedmiotowców, na przykład fizyka. Religia to aż dwie godziny w tygodniu w każdej klasie. Próba mówienia przez nauczyciela krytycznie o obecności religii w szkole może okazać się mówieniem źle o części środowiska, na co kilka razy zwrócono mi już uwagę w trakcie najróżniejszych rozmów, nawet tych dotyczących strajków. Tymczasem pozbycie się katechezy mogłoby okazać się niezłą oszczędnością, w końcu — zgodnie z niektórymi raportami — kosztuje nas to na poziomie całego kraju około półtora miliarda rocznie. I choć głosy krytyczne wśród nauczycieli są częste, to znam pokoje nauczycielskie, w których wiszą krzyże lub portrety Jana Pawła II.

Tzw. Fajny ksiądz: zmora wielu pokoi nauczycielskich

Antypatie polityczne i religijne powodują podziały, które są dość powszechnie dostrzegane. Rzadziej zwraca się uwagę na fakt, że właściwie mówienie o nauczycielach jako jednolitej grupie jest zakłamaniem już na samym początku. Choć może wydawać się, że wszyscy uczący wykonują podobną pracę, to codzienna praktyka pokazuje tak naprawdę zupełnie coś innego. Praca nauczycieli uczących różnych przedmiotów skrajnie się różni. Rzadko jednak wspomina się o tym w trakcie — modnej ostatnio — dyskusji o pensum.

Praca nauczyciela przygotowującego do egzaminu jest wyjątkowa

Może to zepsuje komuś spójną wizję świata, ale praca nauczyciela przedmiotu, z którego na konkretnym etapie edukacji jest obowiązkowy końcowy egzamin, zdecydowanie różni się od pracy innych nauczycieli. Szczególnie w czasach, w których wymagania różnych grup dotyczące samej edukacji okazują się skrajnie odmienne i nie wszystkim rodzicom tak bardzo zależy na rozwoju dziecka jak na wynikach zdawanych przez nie egzaminów.

Nauczyciele najczęściej ulegają presji, w wyniku czego pracują więcej. Ćwiczą, powtarzają, opracowują kolejne karty pracy, które pomogą uczniom zrozumieć materiał. Każdy, kto choć trochę pobył w szkole, świetnie sobie zdaje sprawę, ile czasu pochłania praca nauczycielom matematyki, angielskiego oraz polskiego. Pensum mają niestety takie samo jak inni, na przykład wspomniany katecheta. Na razie to osiemnaście godzin, niedługo może — dzięki ministrowi Czarnkowi panującemu nad czymś, co złośliwi nazywają polską edukacją — dwadzieścia dwie. Aby osiągnąć etatowe czterdzieści — jest jeszcze co robić.

Czy wszyscy nauczyciele pracują tyle samo?

Czy jednak nauczyciele wszystkich przedmiotów po wyjściu z sali pracują tyle samo? Czy równo rozkładają się obowiązki wuefisty oraz polonisty? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, jak wygląda przygotowanie się do zajęć z religii, plastyki czy wychowania fizycznego. Wiem za to trochę o tym, co wychodząc naprzeciw oczekiwaniom, starają się robić poloniści. Już samo sprawdzanie wypracowań to przygoda jakich mało. Bo to właściwie jest nie tylko sprawdzanie. Praca nad umiejętnościami ucznia związanymi z budowaniem tekstu nie polega na oznaczeniu dobrze/źle. To połączenie pracy redakcyjnej z próbą wyjaśnienia, nad czym uczeń musi pracować.

Dokładne przeanalizowanie każdego zdania oraz omówienie błędów w sposób przejrzysty dla ucznia pochłania bardzo dużo czasu. O wiele łatwiej przygotować test, w którym odpowiedź jest poprawna lub błędna. Dla przykładu z układu rozrodczego żaby albo z odmiany rzeczownika przez przypadki. Jeśli dodać, że niektóre uczniowskie prace przypominają bardziej niezamierzone połączenie poezji konkretnej z poezją eksperymentalną niż wypracowanie, to powoli zaczniemy sobie uświadamiać, dlaczego nauczyciela języka polskiego zdaje się jednak czymś wyjątkowym. A przecież nie samymi pracami pisemnymi człowiek żyje.

Oprócz pracy redakcyjnej czeka polonistę coroczne przypominanie sobie lektur szkolnych albo zapoznanie się z nowo wrzuconymi do spisu. I nie, nie jest to czytanie dla przyjemności. Nie każdy filolog rozpływa się nad frazą Sienkiewicza lub losami chłopców z Kamieni na szaniec. Co gorsza samo czytanie tym razem nie wystarczy, bo w lekturze trzeba pogrzebać, dokładnie się jej przyjrzeć. Czy tych godzin będących różnicą między etatowymi czterdziestoma i pensum wystarczy? Nie wydaje mi się.

Zobacz też:

Możemy się tutaj oczywiście zacząć przerzucać. Wymieniać obowiązki innych przedmiotowców, ale większość tych przedmiotowców doskonale rozumie, że poloniści obłożeni są zadaniami, które oszczędzone są innym nauczycielom, a pensję nalicza im się w ten sam sposób.

Czy warto jakoś zróżnicować płacę zależnie od wykonywanej na rzecz szkoły pracy? Czy warto uwzględnić przygotowania do egzaminów oraz specyfikę konkretnego przedmiotu, gdy mówimy o wynagrodzeniu? Czy lepiej czekać, aż poloniści przestaną sprawdzać wypracowania i będą robić wyłącznie testy, a potem wraz z matematykiem oraz anglistą oleją wyniki egzaminów i wszyscy zaczną pracować zgodnie z oczekiwaniem społecznym tylko tyle godzin, ile przewiduje pensum?

To może okazać się krok w dobrym kierunku. Skoro na razie nie zapowiada się, żeby nauczyciele pogodzili się w sprawach politycznych i religijnych, to niech chociaż pensje wynikają bezpośrednio z nakładu pracy. No co? Pomarzyć nie wolno?

Polecamy:

Michał Domagalski
Pisarz. Autor "Poza sezonem" (nominacja do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius oraz do Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny) oraz "za lasem/". Publicysta. Sporadycznie nauczyciel.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj
This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner