czwartek, 23 maja, 2024
Strona głównaPieniądzePrzyjdzie inflacja i nas zje - FELIETON SIEMIONA

Przyjdzie inflacja i nas zje – FELIETON SIEMIONA

To nie żart – Jeden z prorządowych publicystów naprawdę niedawno stwierdził, publicznie: „To, że ceny rosną nie oznacza, że jest inflacja. Inflacja jest wtedy, kiedy pieniądz traci wartość”. Alleluja, nie ma inflacji, moi mili. To tylko ceny rosną. Rok temu lałem wachę do baku swojego staregozłomka za pięćdziesiąt złotych i dzisiaj leję za te same pięć dych, więc pieniądz nie traci na wartości. Logiczne, prawda?

Pamiętacie żarty o Łotyszach i zimniokach? To nie żarty. To politbiuro drukuje pieniądze po nocach

„Inflacja u nas jest, ale w Niemczech jest tak samo wysoka”, wtóruje mu jeden z wiceministrów. Czytaj: tam jest dopiero kryzys! Akurat mówił to urzędnik od kultury i dziedzictwa, więc można mu wybaczyć luki w wykształceniu ekonomicznym (w Niemczech inflacja wynosi obecnie 4,1 proc., a w Polce ponad 6 proc.). A moja własna mądrość życiowa podpowiada, że inflację poznaję po tym, że płacę dzisiaj sto złotych za zwykłe strzyżenie za pięć dych, które kosztowało dwadzieścia złotych w czasach, kiedy miałem jeszcze włosy.

Dobra inflacja czy zła inflacja?

Jak jest naprawdę z tą inflacją? Dobra ona, czy zła? I co to w ogóle takiego? Na pierwszy rzut oka, inflacja jest zjawiskiem pozytywnym. Pod moją Biedronką pan w potrzebie poprosił mnie nie o „złotóweczkę”, jak zwykł dotychczas, a o całe dwa złote. Jednym słowem, bardziej mnie szanują. Dzięki wyśrubowanym cenom paliw na stacjach, państwowy monopol osiąga rekordowe zyski. Czyli znowu – dobrze!

Popularny Olej Kujawski nie kosztuje już 6 zł, jak latem, tylko 9 z groszami. A to super, bo oznacza niezbicie, że taki olej jest bardzo dla nas cenny. Dzięki inflacji milionowe kary płacone co dzień przez Polskę Unii Europejskiej za nieporozumienia z kopalnią odkrywkową i obsadą sądów można będzie wkrótce uznać za śmieszne groszaki. Naści, Unio, nażryj się naszymi miedziakami. Hłe, hłe.

Z drugiej strony – jest się czego bać. Poproście babcię, żeby była taka miła i wygrzebała dla was z bieliźniarki ukryty tam na czarną godzinę banknot o nominale miliona złotych. Był w obiegu do 1995 roku i można było za niego kupić butelkę dobrej whisky (której i tak nie było w sklepach). W czasach hiperinflacji czyli w okolicach 1990 roku wszyscy Polacy byli milionerami, ale jakoś nie czuli się od tego bogatsi.

Ile wynosiła wtedy stopa inflacji, czyli wartość, o jaką w ciągu roku topniała aluminiowa złotówka? W 1991 roku wynosiła ona 70,3 proc., by rok później skurczyć się do 43 proc. W ciągu roku Polak mógł więc wówczas zostać multimilionerem – pod warunkiem, że zaczynał rok jako miliarder. Lecz był to i tak wielki postęp wobec roku 1990, w którym inflację obliczono na blisko 586 procent. Mówiąc obrazowo, każda złotówka w ciągu 12 miesięcy zmieniała się w dwudziestogroszówkę. Zapytajcie babci, a dostanie apopleksji na samo wspomnienie.

Tyle było narzekania na reformę Balcerowicza, a dzięki niej prawie każdy był milionerem (fot. Wikimedia)

Kto trzyma wajchę od inflacji?

Skoro inflacja jest taka ważna, narzuca się pytanie podstawowe: kto trzyma wajchę od inflacji? Od czyjej decyzji zależy, czy hotdog, który dziś – bez sosiwa – kosztuje 3 złote, za rok będzie kosztował trzy trzydzieści, czy też może trzysta trzydzieści? W większości gospodarek takim wajchowym jest bank centralny. Kiedy trzeba podkręcić gospodarkę, na przykład aby się znalazło dość pieniędzy na nowe inwestycje, bank (mówiąc obrazowo) puszcza w ruch maszyny drukarskie i – voila! – w gorące łapki gospodarki sypią się pieniążki. Kiedy trzeba inflacji ściągnąć cugle, maszyny zwalniają, robi się trudniej o kredyt… a inflacja spowalnia.

Albo nie spowalnia. Wszystko na świecie byłoby prostsze, gdyby faktycznie o niezmiernie skomplikowanych procesach decydowała grupka mądrych i światłych ludzi ze szczytu piramidy władzy. W takim stanie rzeczy za inflację odpowiadałyby rząd z bankiem centralnym – i kropka. Ale tak przecież nie jest.

U nas także Rada Polityki Pieniężnej w całej swej mądrości nie przewidziała, i przewidzieć nie mogła, połączonych skutków rządowej hojności socjalnej, zamrożenia gospodarki przez epidemię, zduszenia inwestycji przez biurokrację i skarbówkę, zatkania się światowych łańcuchów dostaw, braku tajwańskich układów scalonych, i tak dalej, i tak dalej. Teraz sternicy gospodarki na chybił trafił kręcą wielkim kołem to w lewo, to w prawo. Ich wpływ na kurs inflacyjnej nawy jest coraz mniejszy, za to ostre rafy z każdym miesiącem coraz bliższe.

Adam Glapiński – prezes NBP. To on trzyma w Polsce wajchę od inflacji? (fot. Twitter NBP)

Ekonomiści mówią: cierpliwości

W tym stanie rzeczy każdy rozsądny człowiek (oprócz tych wierzących, że władza wie, co robi) musi uznać, że, cytując zaprzyjaźnionego pana spod Biedronki, „najwyższa pora spierdalać”. Od inflacji, rzecz jasna, a więc od pieniądza. Co jednak następuje, kiedy coraz liczniejsze rzesze rzucają się na aktywa inne niż pieniądz? Ot, na nieruchomości, na Bitcoiny, co bardziej zdesperowani nawet na złoto i dzieła sztuki?

Wszyscy ci ludzie zaciskają w dłoniach gorące pieniądze, których muszą się pozbyć w związku z czym wszystkie tzw. alternatywne aktywa drożeją. I nie trochę, tylko horrendalnie. Metr kwadratowy mieszkania w Warszawie kosztuje dziś przeciętnie 14 tys. złotych. A skoro dobra drożeją, to pieniądz jeszcze bardziej traci na wartości, toteż za chwilę wszystko będzie jeszcze droższe. Jak tu żyć, jak tu rodzić dzieci? Niedługo banknotami będzie się opłacało tapetować salon. Ratunku!

Póki co, światowi znawcy ekonomii nie wpadają w panikę. Doradzają spokojnie czekać – na wygaśnięcie pandemii, odbudowę łańcuchów logistycznych, kolejne decyzje banków centralnych. „Cierpliwości”, brzmi ich przesłanie.

Kto więcej zarabia, temu inflacja niestraszna

Tyle, że na cierpliwość i pokorę wobec figli Lady Inflacji stać głównie tych spośród nas, którzy są syci, posiadają sztabki złota w sejfie i kolekcję win w piwniczce, mają gdzie mieszkać, a w razie potrzeby po prostu przeniosą się do Nowej Zelandii (to ponoć bardzo modny plan ewakuacyjny wśród miliarderów). Pozostali zaczynają przebierać nogami. Czy już czas splądrować Biedronkę, myślimy, czy już czas podpalić Narodowy Bank Polski? I czy cokolwiek może to jeszcze zmienić?

W panikę nie wpadają także różnej maści eksperci, którzy mówią, że „strach przed inflacją napędzany jest przez neoliberalny dogmat”. To słowa Rafała Wosia, który przecież politykiem partii rządzącej nie jest i jeszcze niedawno swoje teksty o gospodarce publikował w renomowanych magazynach. Woś uważa, że wraz z inflacją rosną przecież pensje, więc wszystko gra. Jeśli chcecie więcej zarabiać, musicie więcej wydawać – woła do nas z łam „Tygodnika Solidarność”.

Czytaj też:

Zgoda, tylko czy aby na pewno ten przypływ podniósł wszystkie łodzie? Z pewnością więcej zarabiają dziś posłowie, ministrowie, samorządowcy i prezydent. Nie jestem jednak pewien, czy na taki sam wzrost mogli w ostatnich latach liczyć pracownicy budżetówki. A olej, jedni i drudzy, kupują pewnie ten sam.

Polecamy:

Piotr Siemion
Piotr Siemion
Pisarz i prawnik. Autor powieści "Niskie łąki" i "Finimondo" oraz dzienników "Dziennik roku węża". Tłumacz literatury amerykańskiej m.in. prozy Thomasa Pynchona.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze