wtorek, 30 listopada, 2021
Strona głównaKulturaZjadanie bogów czyli papu Maty. FELIETON SIEMIONA

Zjadanie bogów czyli papu Maty. FELIETON SIEMIONA

To nie żart – mimo że od jaskiniowej przeszłości dzielą nas już tysiąclecia, nadal zjadamy swoich bogów. To, co w liturgii Mszy Świętej jest tylko wielką metaforą – „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy” – ma swój ziemski, krwisty odpowiednik. Pradawnym zwyczajem wciąż ustanawiamy sobie bogów, aby przed nimi kornie uklęknąć, a następnie ich pożreć, w nadziei na przyswojenie części ich boskiej energii czy innej many.

Od 18 października każdy może zjeść Matę w McDonald’s. Mata też może zjeść Matę i popić Matchą (fot. youtube.com/mcdonalds.com)
  • Krytycy archetypów mają twardy orzech do zgryzienia: ludzie współcześni – jak ich praprzodkowie – wciąż zjadają ustanowionych przez siebie bożków
  • Różni się tylko sposób konsumpcji – tysiące lat cywilizacji pozwoliły zmienić dosłowne zjadanie w symboliczne pożarcie
  • Od poniedziałku każdy może zjeść Matę w McDonald’s. „Zestaw Maty” to rytualna trójca: potrójny cheeseburger, średnie frytki oraz Vanilla Matcha Latte.

O czym mowa? Najpierw trochę tła. W ubiegłym stuleciu modna była gra w archetypy. Wybitni badacze – ale prócz nich także fantastyczni szarlatani – twierdzili, że jesteśmy skazani na wieczny powrót do tych samych sytuacji. Carl Gustav Jung, uczeń Freuda, twierdził wręcz, że wszystkie mity i bajki literatury światowej zawierają ściśle określone motywy, które pojawiają się zawsze i wszędzie. „Jednocześnie te same motywy spotykamy w fantazjach, snach, deliriach i urojeniach współczesnego człowieka. Drugi popularny autorytet z XX wieku, Joseph Campbell, poszedł dalej, dowodząc, że wszystkie mity ludzkości da się sprowadzić do jednaj opowieści, czyli „monomitu”. James Frazer w „Złotej gałęzi” opisywał trwały mit o świętym królu, którego należy zabić, aby zapewnić trwanie kosmosu.

Człowiek ubóstwiony, człowiek zjedzony

Sceptycy traktują pojęcie archetypu… sceptycznie. „Gdzie w człowieku gnieździ się ten odwieczny wzorzec, monomit, czy jak go zwać?” – pytają. Czy mamy szukać go w pamięci, w genach, w zapisach świętych ksiąg? Wydłubywać archetypy z ludzkiej duszy? W jaki sposób i jakimi narzędziami? Zamiast jednak mnożyć próżne pytania – podpowiadają inni – zasadniej będzie spojrzeć nie na to, co ludzkość pamięta, lecz na to, co ludzkość robi. Czy nadal, po tysiącach lat, w kolejnych eonach uparcie powtarzamy pewne wzorce? Stawiam tezę, że jeśli mowa o koronowaniu bożków, a następnie ich konsumpcji, sprawy nadal mają się dokładnie tak samo jak w naszych prapoczątkach.

Okładka jednego z najnowszych angielskich wydań książki „Złota gałąź” (fot. penguinbooks.com)

Pamiętacie Michaela Jacksona? Pamiętacie Jacko? Jego moonwalkową sławę, jego teledyski sprzed czterech dekad, jego oswojonego szympansa? Jego molestowanie kolejnych nieletnich chłopców i kolejne procesy? Jego dziwny zgon? Jego mit? Był Jacko postacią wielką, lecz potem runął, a jego szczątki pożarły tabloidy; papierowa prasa sensacyjna, jako że media społecznościowe dopiero w tamtym czasie raczkowały. Dla fanów Jacksona  (a kto nie był w swoim czasie jego fanem?) upadek gwiazdy miał wymiar mityczny. Oto prawdziwa wielkość upodlona i zhańbiona. Oto dramat, ale choć klęska i śmierć ulubieńca mas są rzeczywiste, właściwym dla tamtej sytuacji gatunkiem była raczej operetka, nie tragedia grecka. 

Chociaż migają flesze, a strażnicy moralności srogo poruszają wąsami, upadek Michaela Jacksona nie wzbudzał w miliardowej widowni litości i trwogi. Zamiast tego widzowie pukali się w czoło i pomrukiwali coś o rodzicach, którzy chyba wiedzieli, co robią, wysyłając swoje pociechy na kilkutygodniowe wakacje do sypialni pomylonego gwiazdora. Miliardowa widownia wyniosła Jacko na swoje ołtarze, a po pewnym czasie uruchomiła spłuczkę. Na uwielbienie i nieuniknione pożarcie czekała już przecież Britney, a za nią kolejne gwiazdy.

Bogowie są po to, by umierać na naszych oczach

We współczesnym świecie rola supergwiazdy wynika wprost z nowej hierarchii rzeczywistości. W odróżnieniu od nas, szaraczków przyssanych do netu, gwiazdor taki jak Jackson funkcjonuje jako symbol prawdziwego, pełnego istnienia, i to przy całej groteskowości tego bytu, zakładającego pomieszkiwanie z szympansem Bubbles w pałacu z kiczowatej bajki. Gwiazdor żyje więc za nas, szarych konsumentów i widzów, ale też za nas umiera. Jest naszą zbiorową własnością, co niesie ten skutek, że ubóstwiająca go zbiorowość może go także zabić, wysłać na śmiertelny pojedynek, upajać się kolejnymi epizodami męki, stacjami procesu. 

Oglądając półtorej dekady temu, jak Jacko tańczy na dachu czarnej terenówki przed gmachem sądu w Santa Barbara, czuliśmy ten sam dreszcz, co kiedyś na widok O.J. Simpsona w kajdankach albo zmiażdżonego mercedesa księżniczki Diany. Nowi bogowie są bowiem po to, byśmy ich mogli konsumować. Rytualnie zjadać. Bo tym sposobem, możemy sami żyć nadal.

Michael Jackson tańczy na dachu terenówki po jednej z rozpraw w sprawie jego nadużyć seksualnych wobec dzieci (fot. youtube)

Mata – półbóg instant. Kolej na następnego cielca do tuczenia

Piszę to wszystko, bo przecież i nad naszą szarą Wisłą sprawy niezmiennie mają się, hmm, archetypicznie. Wspomnijmy meteorytowo-gwiezdną karierę niejakiego Maty. To on wykrzyczał z miliona głośników gorzki bananowy rap o patointeligencji. To on, już uwielbiany, gromadził tłumy przed kolejnymi estradami. To o nim co wieczór stało na Plotku i Pudelku. To o nim napisał książkę jego własny ojciec, a trudno chyba o większy i bardziej niemożliwy komplement. 

Ale kiedy wydawało się, że przed dwudziestką Mata osiągnął już status półboga, nastąpiło to, co dawno przepowiedzieli Carl Jung z Jamesem Frazerem. Mianowicie, przebijając biznesową stratosferę, Mata podpisał kontrakt reklamowy z siecią McDonald’s. Jeśli podacie swoje dane osobowe, od poniedziałku 18 października będziecie mieli prawo spożywać jego ciało. Konkretnie, „zestaw Maty”. Jest to, jak to w rytuałach, oczywiście trójca: potrójny cheeseburger, średnie frytki oraz na popitkę Vanilla Matcha Latte.

Czytaj też:

Możecie sobie tutaj w komentarzach albo na ulicy debatować do woli o tym, czy kładąc się na czerwonej tacce Michał Matczak sprzedał swoje cztery litery złym mocom, czy też przeciwnie: dokonał heroicznego wyczynu godnego stronic jakiejś biznesowej „Złotej gałęzi”. Dla mnie – znawcy tajemnych historii – to, że koniec końców ubóstwiany Mata znajdzie się w naszej karcie dań było od początku oczywiste. Z archetypami nie ma żartów, prawda? Nie przewidziałem jedynie, że trajektoria Maty, od koronacji w świętym gaju po jego pożarcie, będzie tak dziwnie krótka, marne paręnaście miesięcy. Trudno, teraz znów musimy sobie wybrać kolejną gwiazdę do tuczenia. Tak każe archetyp.

Polecamy:

Piotr Siemion
Pisarz i prawnik. Autor powieści "Niskie łąki" i "Finimondo" oraz dzienników "Dziennik roku węża". Tłumacz literatury amerykańskiej m.in. prozy Thomasa Pynchona.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj
This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner