czwartek, 28 października, 2021
Strona głównaLifestyleJesień industrialnego średniowiecza. FELIETON SIEMIONA

Jesień industrialnego średniowiecza. FELIETON SIEMIONA

Są nas miliony, setki milionów, a będzie coraz więcej. Abyśmy niczego nie podpalili i nie narobili głupstw, uśmierza się nasze lęki, aspiracje i nadzieje za pomocą seriali, wczasów all inclusive, piwa i miękkich narkotyków, a przede wszystkim populistycznych zapewnień, że w istocie jesteśmy solą ziemi i nic o nas bez nas. Na razie łykamy te fikcje jak tuczone gęsi. Na razie.

Przemysłu nie ma. Trzeba zmienić pracę, wziąć kredyt i pracować w usługach (fot. Pixabay)

To nie żart – razem z jesienią przyszła do nas Pani Dezindustrializacja. Wymówić jej imię może i trudno, ale urodę poznać łatwo. Dlaczego w sklepie z rowerami samo chińskie badziewie? Bo bydgoskie zakłady rowerowe porosła trawa, a nawet i drzewka. Dlaczego fabryka foteli biurowych zwalnia 60 procent pracowników? Bo komponenty przyjadą z Azji. Dlaczego szewc nie podzeluje mi moich biznesowych półbutów, za które dałem tysiaka? Pani Dezindustrializacja pozamykała i szewca. Ale to nie koniec jej figli. Dlaczego w środku pandemii podrożały ropa, gaz i złoto? Bo ich zasoby się kończą, więc zanim się skończą, będzie coraz drożej. Kiedy zaś ropy i gazu zabraknie, nastąpi kolejna faza dezindustrializacji.

Pułapka off-shoringu

Czy będziemy pod kuchnią palić suchym krowim nawozem, jak w Indiach? Pewnie nie, bo do tego czasu krów – przynajmniej w przemysłowych hodowlach – też już nie będzie. A czy będziemy wtedy z konieczności jeździć wszyscy na rowerach? Może tak – a może i Azję dosięgnie dezindustrializacja, więc rowerowe komponenty nie zejdą z taśm produkcyjnych i nikt ich nie dowiezie przez oceany. „I skończy się babci sranie” jak mawiał w podobnych okolicznościach jeden z moich sędziwych krewnych.

Pół wieku temu wszystko wydawało się Zachodowi (czyli i nam dzisiaj) bardzo proste: ponieważ przemysł kopci i hałasuje, a związki zawodowe wciąż domagają się podwyżek, trzeba fabryki przenieść na drugi koniec świata, gdzie taniej. A gdzie będziemy wtedy pracować? W usługach – brzmiała odpowiedź. Ale nie u szewca, tylko w biurach podróży czy w bankach. A potem już wszystko samo poszło, z tym skutkiem, że na przykład w USA głównym produktem eksportowym stał się dolar amerykański. Stany Zjednoczone drukują dolary, sprzedają je światu pod postacią obligacji rządowych, a za uzyskany kapitał kupują w Chinach plastikowe zabawki. Ten rodzaj dezindustrializacji to tak zwany off-shoring.

Pani D i tak Cię znajdzie

Są jeszcze inne jej rodzaje, np. pamiętna z czasu pierwszego rządu Solidarności dezindustrializacja strukturalna, kiedy to wszystkie fabryki w Łodzi zbankrutowały naraz. Fakt, że – informacja z mediów – w Rosji wyczerpują się pokłady złota to dezindustrializacja surowcowa w ataku. A jest jeszcze dezindustrializacja ekologiczna, na przykład kiedy przychodzi zamknąć kopalnię odkrywkową kradnącą wodę czterem województwom, albo kiedy gruchnie reaktor w Czernobylu, dezindustrializując kawał Ukrainy i Białorusi na sto lat i dłużej.

Skoro jednak tak, to – powtarzając za klasykiem terroru rewolucyjnego – „co robić?” Jak bronić się, będąc obywatelem społeczeństwa przemysłowego, przed takiegoż społeczeństwa zmierzchem? Taktyki są różne. Radykałowie szykują zapasy konserw i amunicji, mając nadzieję na przetrwanie końca świata w niedostępnych górach Montany. Bankowcy robią uprawnienia na kierowanie wózkiem widłowym, na wypadek redukcji po robotyzacji tradycyjnej bankowości. Co młodsi i bardziej gibcy w stawach próbują sił jako roztańczeni tik-tokerzy czy inni zabawiacze mas. Urzędnicy starają się jeszcze niżej trzymać głowę i tyłek – a nuż nie odstrzelą ich jeszcze tym razem? Górnicy szykują płonące opony. Są to wszystko gesty rozpaczliwe. Gdzie zatem szukać nadziei?

Ratunek dla Ludzi Niepotrzebnych

Dobrą siostrą złej Pani Dezindustrializacji ma być krańcowo jej przeciwna re-industrializacja. Zamiast trującej huty cynku: ekologiczna wytwórnia wachlarzy z syntetycznych piór. Zamiast plującej dymem elektrowni: majestatyczne rzędy wiatraków. Zamiast robotniczego znoju, społeczeństwo wiedzy, komponujące po pracy (lekkiej i budującej osobowość) symfonie skrzypcowe, jak w Manifeście komunistycznym Marksa i Engelsa. Może tak będzie.

Na razie jednak podstawowym produktem dezindustrializacji jesteśmy my: ludzie niepotrzebni systemowi, zbędni przy produkcji (której już nie ma) i zbędni jako konsumenci. Ludzie Niepotrzebni. Są nas zdezindustrializowane miliony, setki milionów. Co gorsza, jest nas coraz więcej, więc póki co, abyśmy niczego nie podpalili i nie narobili głupstw, uśmierza się nasze lęki, aspiracje i nadzieje za pomocą seriali, wczasów all inclusive, piwa i miękkich narkotyków, a przede wszystkim populistycznych zapewnień, że w istocie jesteśmy solą ziemi i nic o nas bez nas. Na razie łykamy te fikcje jak tuczone gęsi. Tak jest – na razie.

Piotr Siemion
Pisarz i prawnik. Autor powieści "Niskie łąki" i "Finimondo" oraz dzienników "Dziennik roku węża". Tłumacz literatury amerykańskiej m.in. prozy Thomasa Pynchona.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

1 KOMENTARZ

  1. Rzetelny opis skutku. No prawie. Brakuje kilku zdań czym jest na tym etapie „rozwoju” cywilizacji pseudo pandemia.
    Czekam na rzetelny opis przyczyny, wraz z nazwiskami mędrców świata zachodniego którzy zadecydowali jakieś trzy o pół dekady temu o napychaniu dipy chinolom tanimi kredytami i technologiami.
    Tutejsza cywilizacja czeka na nową doktrynę ekonomiczną, na takiego nowego Keynesa. Może jakiś mix jogurtowy ze szkołą austriacką?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj
This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner