środa, 17 sierpnia, 2022
Strona głównaNostalgiaSkoki narciarskie. Dlaczego już mnie nie jarają?

Skoki narciarskie. Dlaczego już mnie nie jarają?

Risto Jussilainen. Bracia Matti i Jussi Hautamaeki. Roar Ljoekelsoey. Tommy Ingebrigtsen. Z jakiegoś powodu pokręcone nazwiska tych zawodników, których oglądałem na skoczniach narciarskich świata kilkanaście lat temu, wyryły mi się po wewnętrznej stronie czaszki. Obecnie jednak nie mam pojęcia co się dzieje w tej dyscyplinie sportu. Kamil Stoch zdobył medal na którejś olimpiadzie? Pomimo tego, że transmisje zawodów przyciągają miliony Polaków kibicujących naszym, mnie to już nie jara – postanowiłem zastanowić się, dlaczego.

Piotr Żyła przestaje uśmiechać się tylko wtedy, gdy słyszy, że ktoś nie lubi skoków narciarskich. Albo jego (fot. Wikimedia CC BY-SA 3.0 AT)

Zacznijmy od tego, że skoki narciarskie, podobnie jak wiele indywidualnych dyscyplin sportowych, nie należą do najbardziej porywających dla niezależnego fana. Część główna zawodów składa się łącznie z 80 skoków – odpowiednio 50 i 30 w pierwszej i drugiej turze. Nie oszukujmy się – znaczna większość zawodników nie ma większych szans na zwycięstwo.

Panom spoza czołówki już dziękujemy

Kiedy oglądałem ten sport, zazwyczaj w toku sezonu krystalizowały się czołówka i peleton, a cała reszta stanowiła dla nich tło. Niewiele traciło się włączając zawody od połowy, bo i tak wiadomo było, że sympatyczni skoczkowie koreańscy czy kazachscy szybciej przegrają z siłą grawitacji niż Austriacy czy Norwegowie. Sam skok to jedynie kilka sekund, jego powtórka w slow-motion kolejnych kilkanaście, natomiast cała reszta to pokazywanie min lekko zatroskanych zawodników na górze skoczni i zrelaksowanych na jej podnóżu. 

Prawdziwe emocje zaczynały się zaś dopiero na skokach czołówki i to, owszem, ogląda się w dalszym ciągu całkiem przyjemnie. Natomiast proces ten trwa co najwyżej kilka minut, zaś cała transmisja zawodów potrafiła zabierać i dwie godziny. Jeśli nie znasz wszystkich zawodników, oglądanie ich występów cię nie interesuje – i vice versa. Zdarzało się i tak, że na zawody przyjeżdżał jakiś dominator, który dosłownie odskakiwał całej reszcie – wygrywał kwalifikacje, serię pierwszą i drugą. Kimś takim bywał złoty dzieciak Gregor Schlierenzauer (ostatnio ze smutkiem przyjąłem wiadomość, że z powodu trapiących go kontuzji zakończył karierę). Wtedy jednak taki facet odbierał cały smak zawodów, zwłaszcza w sytuacji, w której nie był Polakiem.

Element patriotyczny niewątpliwie jest jednym z głównych czynników, dla których Polacy gromadzą się zimami przed telewizorem po niedzielnym schabowym, albo też marzną godzinami pod zeskokiem z pomazanymi w nazwy miejscowości flagami. Obecnie, z tego co kojarzę, mamy całkiem solidną kadrę. Za moich czasów jednoosobową reprezentację stanowił potężny Adam Małysz. Postaci takie jak Tonio Tajner, Tomek Pochwała czy Robert Mateja nadawały głównie do tworzenia o nich proto-memów wysyłanych sobie pocztą e-mail albo potem na gadu-gadu. 

https://www.skijumping.pl/content/Foto%202000-2001/Harrachov%202001/22.jpg
Fani polskiego herosa (skijumping.pl)

Adam Małysz bohaterem z baśni

Przed Orłem z Wisły tak naprawdę skoki nie miały popularności masowej. Marcin Napiórkowski w „Mitologii współczesnej” stawia tezę, że Małyszowi jakimś cudem udało się trafić idealnie w archetyp bohatera heroicznego. Wąsaty miłośnik bułek z bananem wydawał się mieć same cechy pozytywne i absolutnie żadnej negatywnej. Zasłynął on niesłychaną walecznością, determinacją, hartem ducha, a przy tym wielką skromnością. Osiągnął on finalny sukces, wykonując czyn niedostępny dla zwykłych śmiertelników (trzy Kryształowe Kule z rzędu!).

Niebagatelne znaczenie ma też oczywiście to, że jego główni przeciwnicy – Martin Schmitt i Sven Hannawald – pochodzili ze znienawidzonych w polskich mitach Niemiec, które też organizowały znaczącą ilość konkursów. Tak naprawdę widzowie w czasach małyszomanii oglądali na żywo samopiszącą się baśń według struktury Władimira Proppa. W niej to trener Tajner odgrywał starego mentora, Hannawald miażdżący w Turnieju Czterech Skoczni – pozorny sukces antagonisty, legendarny skok Małysza w Willingen – przełomowy moment będący zarodkiem ostatecznej wygranej i tak dalej.

Wydawałoby się, że taki Kamil Stoch to idealny następca Małysza. Sportowo już dawno temu prześcignął swojego dawnego mistrza. Jednak wydaje mi się, że różnica w strukturze polega na braku konkretnego przeciwnika. Zgodnie z analizą Proppa, co wie też każdy czytelnik komiksów superbohaterskich, to właśnie główny łotr jest najważniejszy w uzupełnieniu roli protagonisty.

Po upadku Schmitta i Hannawalda (po ich klęsce z Małyszem nie odegrali już w skokach większych ról) antagonistą Orła z Wisły mógł być jeszcze kolejny Niemiec Severin Freund albo Norweg (też Germanin) Anders Jacobsen. Tymczasem Stoch skacze i wygrywa od tak dawna, że ta struktura wraz z jej podtekstami uległa znacznemu rozmyciu. A skoro z nikim nie walczy, to po co ta walka? Ja też z kolei dotarłem do punktu, w którym „naszość” czy „mojość” nie jest jedyną wystarczającą cechą do tego, bym sympatyzował z danym zawodnikiem, gdy wyróżniają go ponadto negatywne cechy – na przykład sposób, w jaki Piotr Żyła potraktował swoją eks-żonę.

Kiedyś to były takie skoki! A teraz jestem dziadem i bolą mnie plecy, więc już mi się tak nie podobają.

Tajemniczy panowie z budki i rekompensaty za wiatr

Kolejnym czynnikiem wydaje mi się to, że nie rozumiem zasad oraz metodyki tego sportu i tu chyba wielu czytelników podzieli tę opinię. Pamiętam proste zasady – belkę ustawiano w jednym miejscu, każdy skakał i ten, kto skoczył najdalej i się nie wywalił, właściwie wygrywał. Kontrowersyjne już wtedy bywały tylko doliczane „noty za styl”, które udzielali tajemniczy sędziowie siedzący w jakiejś budzie koło skoczni. Nikt ich nigdy nie widział, a z ich okienek wystawały tylko flagi.

Nigdy nie dowiedziałem się, jakie stosowano właściwie kryteria oceny, poza lądowaniem telemarkiem – czyli najpierw na jedną, a potem na drugą nogę. Nie wiem też, jakie kwalifikacje mieli ci ludzie poza kumplowaniem się z szefem Pucharu Świata Walterem Hoferem. Oczywiście zdarzały się sytuacje, w której Hannawald dostał maksymalne noty, mimo że o mało się nie zabił, a Małyszowi zabrali punkty, mimo że skoczył z gracją baletnicy, ale stanowiło to margines.

Obecnie zaś do punktacji danego skoczka dolicza się punkty „za wiatr” i „za belkę”. Wiatr wiejący bowiem od dołu skoczni unosi zawodnika, tworząc pod nim naturalną poduszkę powietrzną, zaś z góry skoczni w jego plecy spycha go szybciej na dół. Może i tak jest uczciwiej, chociaż akurat Małysz jakoś seryjnie wygrywał niezależnie od tego, w którą stronę powiało.

Nie chodzi o to, że ktoś obecnie ręcznie steruje punktami za wiatr, ale wręcz przeciwnie – system przyznawania punktów za wiatr jest oparty na czujnikach wyłączonych spod ludzkiej kontroli, a z uwagi na to mogą się pojawić co do niego wątpliwości. W obecnej formule zawodów często zdarzają się spore wartości przyznane lub odjęte któremuś ze skoczków – co w przypadku czołówki może decydować o zwycięstwie albo porażce.

Może być zdjęciem przedstawiającym stok narciarski
Sport, w którym – podobnie jak w kolarstwie – przebitki na ładną przyrodę potrafią być ciekawsze niż same zawody (FIS Ski Jumping / Facebook)

Magia skoków? Raczej niejasne reguły

Punkty za belkę dają kolejną możliwość wpływania na punktację zawodników. Oczywiście chodzi o to, jak długi będzie najazd zawodnika na skoczni – im wyższa belka, tym większa energia kinetyczna skoczka, którą następnie może przekuć na odległość skoku. Dawniej całe zawody odbywały się z tej samej wysokości, a jej zmiana powodowała konieczność rozpoczęcia od początku.

Obecnie jednak, jeśli ktoś zacznie skakać za daleko (na każdej skoczni zeskok kończy się wypłaszczeniem, wylądowanie na którym będzie niebezpieczne dla zawodników), belkę się obniża, przyznając kolejnym zawodnikom rekompensaty punktowe. I odwrotnie, jeśli zawodnicy nie osiągają sensownych odległości, można im nieco pomóc, przedłużając rozbieg, ale odejmując punkty. Rekompensaty te jednak nie mają dobrego przełożenia na te punkty, które zyskuje się za odległość i często jest tak, że skoczek, któremu obniżono belkę, właściwie wypada z rywalizacji.

Chciałbym też dowiedzieć się czegoś o technice samego sportu. Rozumiem podstawową fizykę, która rządzi skokiem, ale dlaczego niektórzy zjeżdżają w dół szybciej, a skaczą bliżej, a inni odwrotnie? Jak dużą rolę odgrywa przy tym prawidłowe nasmarowanie nart? Dlaczego niektórzy w trakcie skoku są wychyleni tak, że zrównują się nosem z nartami, a inni są wygięci jak pałąk i czy to nie wpływa na odległość skoku?

Co jakiś czas pojawiają się informacje o nowych, cudownych kombinezonach albo wiązaniach do butów. Jak to się dzieje, że ich użycie zwiększa aż tak parametry zawodników? I tak dalej. Komentatorzy zawodów często wygłaszają jakieś frazesy o prędkości, wybiciu czy wysokości skoku, ale czy sami w ogóle wiedzą, o czym mówią?

Noriaki Kasai. Ten facet potrafił w locie trzymać głowę poniżej linii nart

Pokolenie stracone dla skoków

Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym usiadł i z pasją obejrzał całe zawody w skokach narciarskich. Nie chciałbym postulować rozwiązań, które mogłyby utrudnić i tak dosyć ekstremalną konkurencję. I bez robienia w locie sztuczek czy innych dodatkowych udziwnień można spaść z kilku metrów na twardy, ubity śnieg. Może jednak światowa federacja powinna zastanowić się nad rozwiązaniami, które pozwolą dyscyplinie utrzymać atencję coraz młodszej widowni, oczekującej raczej stałego utrzymywania poziomu bodźców.

Czytaj też:

Skoki w Polsce mają się wprawdzie świetnie, co pokazują statystyki – w ubiegłym sezonie 2020/2021 pojedyncze zawody oglądało przeciętnie ok. 4 milionów (!) widzów. Wykupienie wyłącznych praw telewizyjnych do większości konkursów przez TVN może ściągnąć dodatkowych widzów, jako że stacja ma jednak mniejszy negatywny elektorat niż TVP.

Dostępne dane są dosyć skąpe, jeśli chodzi o grupy wiekowe osób oglądających skoki. Wszystko wskazuje jednak na to, że statystyczny widz tej dyscypliny to osoba starsza niż młodsza. Najczęściej oglądany pozostaje Turniej Czterech Skoczni z unikatową mechaniką rywalizacji – skoczków łączy się w pary, ten z gorszym wynikiem odpada. Może tędy droga do urozmaicenia tego sportu?

Polecamy:

Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze