wtorek, 30 listopada, 2021
Strona głównaPodróżePrypeć. Nowe miasto dla człowieka radzieckiego. REPORTAŻ

Prypeć. Nowe miasto dla człowieka radzieckiego. REPORTAŻ

Prypeć zbudowano, by uciec przed historią. Zbudowano ją jako Nowe, Idealne Miasto dla Nowego, Radzieckiego Człowieka. I wydawało się, że pomyślano o absolutnie wszystkim. O żłobkach, przedszkolach i szkołach. O eksperymentalnym gospodarstwie rolnym na obrzeżach miasta, organizacji ruchu ulicznego, zdrowiu, sporcie, kulturze i rozrywce. Historię złożono w kostkę i odłożono gdzieś w kąt - tylko po to, by całe miasto, cały region, musiały się z nią 26 kwietnia 1986 roku czołowo zderzyć i zostać jej zakładnikami już na zawsze.

Znak przed wjazdem do Prypeci (fot. Urszula Kuczyńska)

Zanim tam pojechałam, wielokrotnie pytałam różnych, mądrzejszych ode mnie osób, dlaczego powstała Prypeć. Zawsze dostawałam tę samą odpowiedź: powstała po to, aby budowniczowie i pracownicy Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej mieli gdzie mieszkać. Ale zupełnie nie o to mi chodziło, więc próbowałam drążyć dalej: dlaczego powstało zupełnie nowe miasto? Dlaczego po prostu nie rozbudowano Czarnobyla? Przecież ten już istniał, miał drogi, port rzeczny, całą infrastrukturę. Od niego zresztą wzięła nazwę sama elektrownia. Dlaczego więc zdecydowano o zbudowaniu czegoś zupełnie od zera?

Czarnobylska Elektrownia Jądrowa stoi 18 kilometrów od miasta Czarnobyl. Prypeć zaczęto budować w odległości 4 kilometrów od niej. Dlaczego? – pytałam i najczęściej słyszałam „nie wiem” albo „no właśnie, bo było bliżej”. A dla mnie było jasne, że to nie mogło być tak. Jak było – nikt jednak nie potrafił mi dokładnie powiedzieć.

Ale się dowiedziałam. A raczej – zrozumiałam, dlaczego właśnie tak musiało być. Wystarczyło wybrać się do Czarnobyla. A potem – powłóczyć po opuszczonej Prypeci.

To od początku.

Czarnobyl. Początki

A konkretnie – do roku 1193. To data, która widnieje na znaku przy wjeździe do Czarnobyla. To data ważna, bo choć wykopaliska archeologiczne wskazują, że osada działała na tym terenie już w X wieku, to z tego roku – z 1193 – pochodzi pierwsza wzmianka o istnieniu samego Czarnobyla. Kronika Hipackowska wspomina, że tutejszą wieś odwiedził wówczas przy okazji polowania Ruryk Rościsławicz. Wieś musiała więc należeć do Rusi Kijowskiej. W połowie wieku XIV, znalazła się już w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego a w kilkadziesiąt lat po zawiązaniu unii lubelskiej – trafiła w granice polskiej Korony jako prywatne dobra rodu Sapiehów. W wieku XVIII została stałą rezydencją starosty żmudzkiego – Jana Mikołaja Chodkiewicza. Ten bardzo ją rozbudował.

Znak przy wjeździe do Czarnobyla (fot. Andrzej Urbański)

W połowie XVIII wieku do Czarnobyla zaczęli też przybywać staroobrzędowcy. Potrafili wykorzystać świetne położenie miasta na skrzyżowaniu lądowych i wodnych szlaków handlowych i zamienić je w zaplecze spożywcze i gospodarcze dla samego Kijowa. Pod koniec XIX wieku, kiedy Czarnobyl wraz z innymi terenami byłej Rzeczpospolitej Obojga Narodów znalazł się pod zaborem rosyjskim, Żydzi stanowili już 60% mieszkańców miasteczka. A Czarnobyl, będąc siedzibą dynastii cadyków Twerskich, stał się jednym z najważniejszych ośrodków chasydyzmu na terenie carskiej Rosji.

Niestety, wybuch rewolucji październikowej oznaczał dla starozakonnych mieszkańców Czarnobyla początek serii pogromów. W najpoważniejszym, w 1919 roku, z rąk oddziałów chłopskich atamana Struka zginęło 150 żydowskich mieszkańców miasta. Nic jednak nie dorównało horrorowi wydarzeń okresu okupacji hitlerowskiej, kiedy najeźdźcy dokonali masowego mordu na czarnobylskich żydach. Ich zbiorowa mogiła, skromnie pobielona, ozdobiona pamiątkową tabliczką w dwóch językach, znajduje się na miejscowym cmentarzu.

Leśny cmentarz

Czarnobylski cmentarz to zresztą jedno z najpiękniejszych i najciekawszych miejsc w mieście. Na pierwszy rzut oka, niewiele różni go od polskich nekropolii a jednak – różni go wszystko.

Cmentarz jest stary, ale zadbany. Utrzymane są alejki i przejścia między rzędami mogił – a jednak ten cmentarz to las. To zielone drzewa i bujne krzewy, do których nie dobierze się żaden chciwy zarobku proboszcz. Ten cmentarz to życie po życiu, życie po śmierci, która okazuje się tutaj – jak w prawdziwym życiu – demokratycznie ekumeniczna. Bo widać na tym cmentarzu i krzyże rzymskich katolików, i prawosławnych chrześcijan, i czerwone sowieckie gwiazdy wierzących w międzynarodowy komunizm ateistów, i gwiazdę Dawida na zbiorowej mogile pomordowanych przez nazistów starozakonnych.

Cerkiew św. Eliasza w Czarnobylu (fot. Urszula Kuczyńska)

Totalitarne ideologie i reżimy nie lubią historii. Boją się jej. Boją się historii prawdziwej; takiej, jaką naprawdę była. Tworzą ją na nowo, sklejają ze starannie wybranych skrawków i fragmentów, próbując malować nowy obraz świata. Próbują lepić z gliny nową pamięć, rzeźbić nowego człowieka. I to właśnie czarnobylski cmentarz uzmysłowił mi, dlaczego powstała Prypeć.

Nowego, Sowieckiego Człowieka nie dałoby się tak idealnie i kuliście ulepić na ziemi pamiętającej prawie tysiąc lat własnych dziejów; na liczących dziesięć wieków wieloetnicznych i wielowyznaniowych mogiłach tych, którzy tam przez lata wspólnie żyli i gospodarowali.

Nie dałoby się, pomimo że władze sowieckie dołożyły wszelkich starań, by ślady historii Czarnobyla zatrzeć. W latach 30-tych zniszczono podominikański kościół ufundowany w Czarnobylu jeszcze przez Sapiehów. Ocalały jedynie piwnice, w których Sapiehowie spoczywają do dziś w towarzystwie członków zacnego rodu Chodkiewiczów.

Miasto cadyków

Nie dałoby się, pomimo rozbiórki drewnianych synagog i zamiany tej murowanej – przy ulicy Lenina 26 – w biuro wojskowe i magazyn. To zresztą właśnie Sowieci ostatecznie przepędzili chasydów z Czarnobyla. Według danych z 1926 roku, Żydzi stanowili niecałe 40% ludności miasteczka – w porównaniu z 60% jeszcze kilka dekad wcześniej.

Kiedy Sowietów zabrakło – chasydzi do Czarnobyla wrócili. Nie na stałe, rzecz jasna. Wracają jednak regularnie, by odwiedzać groby dwóch cadyków, które staraniami nowojorskich gmin i we współpracy z zarządem Zony osłonięto w latach 1990-tych ceglanymi ohelami. Przybysze z USA czczą pamięć cadyka Menchema Nachuma Twerskiego (1730-1797) i jego syna, Mordechaja ben Nachuma (1770-1837), którego ośmiu synów zostało cadykami w innych miastach Ukrainy.

To dojmujące uczucie: stać na ziemi, o której się wie, że była żydowskim cmentarzem a teraz stoi na niej szkoła, w której od 1986 nie rozległ się żaden dzwonek na lekcję. Szkoła, do której od 35 lat nie wszedł żaden uczeń; w której od 35 lat żadna uczennica nie dowiedziała się o pobycie Lenina w Poroninie, choć pomnik Włodzimierza Ilicza – niewzruszony niczym same Tatry – stoi zaledwie kilkaset metrów dalej, w samym centrum Czarnobyla.

Pomnik Lenina w centrum Czarnobyla (fot. Andrzej Urbański)

Nie wiem, co sprawiło, że podniosłam z ziemi kamyk, by żydowskim zwyczajem położyć go przy grobie Menchema, ku pamięci. Nie wiem, co sprawiło, że poczułam, że w tej ciszy powinien rozlec się jakiś dźwięk. I był to dźwięk mojego łamiącego się głosu, który zaśpiewał w nieznanym mi języku dawno już zapomnianą piosenkę. Piosenka kończy się tak, jak się zaczyna: „szalom aleichem”, niech pokój będzie z tobą.

I ze mną ten pokój był. Opuszczałam Czarnobyl przeniknięta nim do głębi, otulona grubą warstwą długiej, skomplikowanej i nieoczywistej historii miasteczka niczym ciepłym, wełnianym kocem.

Prypeć. Miasto Nowego Radzieckiego Człowieka

Tymczasem w sierpniu 2021, w samej Prypeci było bardzo gorąco. Trzeba było ten koc historii z siebie zdjąć, złożyć w schludną kosteczkę i schować do plecaka.

To po to powstała Prypeć. By zacząć od nowa. By móc starannie skonstruować nową pamięć i Nowego Radzieckiego Człowieka. Prypeć nie była zwykłym, sowieckim miastem. Jej mieszkańcy nie byli przeciętnymi mieszkańcami Sojuza.

Prypeć zaczęła powstawać 4 lutego 1970 roku, prawa miejskie nadano jej dekadę później. Była sztandarowym projektem sowieckich planistów. „Atomowe miasto przyszłości” miało stanowić o ostatecznym triumfie radzieckiego komunizmu nad logiką zachodniego kapitalizmu. Stworzono miejsce doskonałe, z licznymi atrakcjami i wizją świetlanej przyszłości. Przede wszystkim zaś – stworzono miasto świetnie zaopatrzone, w którym standard życia daleko odbiegał od siermiężnych realiów innych ośrodków ZSSR.

Pomyślano o wszystkim: o tym, by największe osiedla mieszkaniowe powstawały na obrzeżach, co zmniejszało ruch w centrum miasta tworząc z niego przyjazne miejsce; o hotelu „Polesie” dla odwiedzających Prypeć oficjalnych delegacji, o kawiarni „Prypeć”, której francuskie okna, w części restauracyjnej, wychodziły na rozległy plac u zbiegu ulic Igora Kurczatowa, Przyjaźni Narodów i Nadbrzeżnej a z drugiej – w części, gdzie sprzedawano proste desery i napoje – na taras z widokiem Zalew Janowski i rzekę. W kawiarni odbywały się też dancingi. Pozostałości wystroju kawiarni „Prypeć”: tkanin, którymi pokryte były ściany i przede wszystkim wyjątkowych witraży, wykonanych w niezwykle pracochłonnej i unikalnej technice, która sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z ręcznie tkanym gobelinem a nie szkłem, budzą podziw i dziś – w czasie, kiedy po pustym wnętrzu hula wiatr a przez wybite okna zagląda do środka bujna i dzika natura.

Witraże w kawiarni Prypeć (fot. Urszula Kuczyńska)

To pozostałości witraży podziwiałam chyba najdłużej. Może dlatego, że mam do witraży sentyment? Kiedy byłam dzieckiem, jeździłam z babcią do Krakowa – w odwiedziny do jej młodszego brata. Był franciszkaninem, przez długie lata opiekował się w kościele swojego zakonu zakrystią. Z tych wyjazdów pamiętam ogrom przestrzeni, w której snuł się zapach kadzidła i topiącego się wosku, poczucie własnej kruchości w obliczu wieku i potęgi otaczających mnie kościelnych naw.

Najlepiej jednak pamiętam światło. Grało na posadzce i ścianach tego ogromnego wnętrza. Przepuszczone przez pełne ruchu i emocji witraże Wyspiańskiego lizało ciepłym językiem pochylone głowy nielicznych, zgromadzonych w kościele wiernych. Kontrast pomiędzy ekspresją na dziełach Wyspiańskiego a ciszą, spokojem i skupieniem panującymi w świątyni zawsze wprawiał mnie w lekkie drżenie. Wprawia mnie w nie zresztą do dziś.

I wydawałoby się, że nie może być odleglejszego porównania niż to pomiędzy witrażami Wyspiańskiego w kościele krakowskich franciszkanów a fragmentami witraży Wiktora Aleksandrowicza Blinowa, które ostały się w kawiarni „Prypeć”. Te drugie, również barwne i ekspresyjne, to jednak dzieło socrealistycznego ateisty. Choć jest na nich Słońce, są planety, kwiaty i kobiety, nie ma w nich nic nadprzyrodzonego, żadnego boskiego pierwiastka. A jednak w parze z pustym, zrujnowanym wnętrzem; w parze z chrzęstem podeszw stąpających po wybitym ręką czasu szkle, z wiatrem wiejącym od rzeki, która za plecami i naturą, która w pustkę wnętrza kawiarni „Prypeć” weszła i rozgościła się w niej na dobre, te witraże wzbudziły we mnie ten sam dreszcz. Dreszcz spowodowany obcowaniem z tajemnicą czasu i wieczności; zagadką, obok której nie sposób jest obojętnie przejść.

W Prypeci było też kino i szkoła muzyczna, i stadion sportowy. Był dom kultury z salą koncertową i sceną, której deski tak spróchniały, że już nie sposób po nich stąpać. Był lunapark z diabelskim młynem i dwupiętrowy dom handlowy, którego zaopatrzenie musiało budzić straszliwą zazdrość wśród przybyszy z innych zakątków Sojuza.

Oglądając to wszystko uświadomiłam sobie jedno: że ja, w przeciwieństwie do większości turystów napawających się post-apokaliptycznym klimatem opuszczonej Prypeci, widzę w niej przede wszystkim życie.

Dom handlowy w Prypeci (fot. Urszula Kuczyńska)

Prypeć nie oznacza „śmierć”

Widzę dzieci bawiące się w salach rozlicznych żłobków i przedszkoli i młode matki pchające wózki z niemowlętami wśród słynnych na cały ZSSR prypeckich alei róż. Widzę ojców wracających do mieszkań w szesnastopiętrowcach na obrzeżach miasta. Widzę jak zdejmują z wieszaków w przedpokoju smycz i zjeżdżają windą wyprowadzić psy. Psy nie miały łatwo w kwietniu i maju 1986 roku. Prawie 50 000 mieszkańców Prypeci ewakuowano po wybuchu reaktora w trybie natychmiastowym, mówiąc im, że wyjeżdżają na trzy dni. Większość nie miała nawet czasu się spakować. Po więcej rzeczy pozwolono im wrócić nie wcześniej niż w sześć miesięcy po katastrofie.

Prypeć to nie jest jednak wcale napawające grozą, opustoszałe miasto duchów. Nie. W sierpniowym słońcu i upale, to raczej miasto zatrzymane w pół kroku. I jeśli jakieś duchy po nim krążą to te pozostawionych bez opieki czworonogów, z których jeden wciąż czeka na ostatniej kondygnacji Fujiyamy Bis na powrót swojego pana.

W 2020 roku, Anna Korolewska – dyrektorka ds. naukowych Narodowego Muzeum Czarnobylskiego w Kijowie – zorganizowała spotkanie dla dawnych mieszkańców Prypeci. Zjawiło się kilkudziesięciu z nich, w tym byli pracownicy Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Nie spodobała im się transmisja wydarzeń artystycznych, które z okazji obchodów 50-lecia miasta zorganizowano na głównym placu pustego miasta. Nie chcieli też rozmawiać o katastrofie ani o traumie ewakuacji. Chcieli wspominać Prypeć, jaką pamiętają. Chcieli opowiedzieć o mieście, które zachowali w swej pamięci. A w tej pamięci Prypeć to miasto młodości – nie tylko ich młodości, a młodości po prostu. Średnia wieku mieszkańców w 1986 roku wynosiła zaledwie 26 lat.

Jest jednak jedno takie miejsce w Prypeci, które przypomina o tragicznych wydarzeniach z nocy 26 kwietnia 1986. To zacienione – również latem – chłodne wnętrze prypeckiego szpitala. Plątanina zejść i korytarzy, pustych szybów wind towarowych, uchylonych drzwi, na których wciąż wiszą tabliczki z nazwami zabiegów, jakie za nimi wykonywano i medycznych specjalizacji. To parapety, na których walają się puste szklane butelki po odczynnikach i podłogi, na których porozrzucane są puste fiolki po lekach. To piwnica, do której zasypano większość wejść, ale nie takie przeszkody pokonywał już mój zdeterminowany i ciekawski duch. Bo te przeszkody trzeba pokonać, aby ze schyloną głową, przy świetle latarki-czołówki, trafić z licznikiem Geigera w dłoni na długi hall, gdzie w jednym z ostatnich pomieszczeń wciąż leżą rzucone niedbale, na chaotyczną stertę, ubrania strażaków, których wysłano do akcji gaśniczej w płonącej elektrowni. Wysłano ich jak stali, bez osłon, bez potrzebnego sprzętu, bez informacji o tym, że pożar nie dotyczy miliona zwykłych elementów obiektu a tego jednego kluczowego – reaktora. Wszyscy zginęli.

Wciąż bardzo napromieniowany but strażacki (fot. Urszula Kuczyńska)

Zdjęte z nich kurtki, koszule i spodnie, zzute z poparzonych promieniowaniem nóg wysokie buty były w momencie ewakuacji miasta zbyt aktywne, by w ogóle myśleć o tym, żeby je z pomieszczenia w piwnicy szpitala ruszyć. Zostały.

I dopiero kiedy przyłożyłam licznik Geigera do podeszwy skórzanego buta o rozmiarze 43, dopiero kiedy poziom promieniowania sprawił, że pikanie dozymetru zamieniło się w praktycznie ciągły dźwięk zrozumiałam tę jedną, kluczową dla mnie rzecz.

Prypeć zbudowano, by uciec przed historią. Zbudowano ją jako Nowe, Idealne Miasto dla Nowego, Radzieckiego Człowieka. I wydawało się, że pomyślano o absolutnie wszystkim. O żłobkach, przedszkolach i szkołach. O eksperymentalnym gospodarstwie rolnym na obrzeżach miasta, organizacji ruchu ulicznego, zdrowiu, sporcie, kulturze i rozrywce. Historię złożono w kostkę i odłożono gdzieś w kąt – tylko po to, by całe miasto, cały region musiały się z nią 26 kwietnia 1986 roku czołowo zderzyć i zostać jej zakładnikami już na zawsze.

Urszula Kuczyńska
Urszula Kuczyńska: lingwistka i ekonomistka, aktywistka klimatyczna i publicystka, prowadzi bloga "Z energią", którego możecie znaleźć pod tym adresem: https://www.facebook.com/urszulakuczynskazenergia
ARTYKUŁY POWIĄZANE

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj
This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner