piątek, 19 kwietnia, 2024
Strona głównaPrawoBeata Pawlikowska bredzi o depresji, ale zrzutka na pozew przeciwko niej nie...

Beata Pawlikowska bredzi o depresji, ale zrzutka na pozew przeciwko niej nie jest lepsza

Beata Pawlikowska wygaduje straszne głupoty na temat depresji na podstawie szeroko krytykowanych badań, a ludzie, którzy traktują ją jak guru, łykają to jak pelikany. Z drugiej strony osoby, które wpłaciły na zrzutkę na "pozew" przeciwko niej, mogą poczuć się oszukani. Polskie prawo nie za bardzo pozwala, by cokolwiek z tym zrobić.

Beata Pawlikowska o depresji. Fałsz i nieścisłości

Znana influencerka Beata Pawlikowska w zeszłym tygodniu wrzuciła na Facebooka filmik zatytułowany „Depresja. Najnowsze badania naukowe”. Opowiadała w nim, że leki przeciwdepresyjne nie leczą depresji, ich mechanizm powoduje tylko tymczasowe zwiększenie stężenia serotoniny, która zresztą nie ma wpływu na rozwój depresji. Autorka nie wyssała swoich tez z palca, tylko powołała się na artykuł opublikowany w czasopiśmie naukowym „Molecular Psychiatry”.

Faktycznie taka publikacja, z której Pawlikowska wzięła swoje tezy, miała miejsce, jednak, o czym influencerka już nie mówiła, została ona szeroko skrytykowana przez środowisko psychiatryczne czy neurobiologiczne – z Polskim Towarzystwem Psychiatrycznym czy Royal College of Psychiatrists na czele. Naukowcy stwierdzili, że komentowany artykuł wysnuwa błędne wnioski i posługuje się przestarzałą metodyką. Nie można przykładowo twierdzić, że leki przeciwdepresyjne nie działają, bo robią to, tylko ich mechanizmy są złożone i nadal je poznajemy.

Pawlikowska twierdziła „nie zalecam niczego. Nie mówię, żeby przestać brać leki. Powiem tylko, jaka jest najnowsza wiedza dotycząca tego, jakie są efekty długotrwałego stosowania leków przeciwdepresyjnych”, co samo w sobie jest nadużyciem – tej wiedzy nie można uznać za najnowszą, a wręcz przeciwnie, opiera się na tezach sprzed kilkudziesięciu lat. Do szczegółowej analizy sprawy pod kątem medycznym zainteresowanych odsyłam na stronę demagog.org.pl. Również autorzy strony fakenews.pl nie pozostawiają złudzeń – wystąpienie Pawlikowskiej wprowadza w błąd, powiela nieprawdziwe informacje oraz manipuluje wynikami badań.

Pawlikowska po upływie doby usunęła filmik z Facebooka i przeprosiła (chociaż ze standardową gównoformułą „przepraszam osoby, które poczuły się urażone”, która zrzuca winę za krzywdzącą treść na odbiorcę). Przedstawiła się w nich jednak jako osoba zaszczuta („rozumiem, że wiele osób nie życzy sobie, żebym się wypowiadała na ten temat”). Szybko też napisała list otwarty, który opublikował „Press”, w którym twierdzi, że jest zastraszona i prześladowana. Tam też od samego początku padają kłamstwa – chociażby jej słowa „jestem dziennikarzem”.

Kult Beaty Pawlikowskiej, a nie dziennikarstwo

Beata Pawlikowska nie jest żadną dziennikarką, bo gdyby nią była, to skonfrontowałaby omawiane przez siebie badanie z głosem jakiegokolwiek eksperta, albo też odniosłaby się post factum do argumentacji obalającej jej twierdzenia, której przykłady znajdują się powyżej. To, co prezentuje Pawlikowska, to kaznodziejstwo, uprawiane na użytek ego rozbuchanego wyjątkowo nawet jak na standardy polskiego showbiznesu.

Oczywiste jest też to, że w grę wchodzi bardzo konkretny model biznesowy – influencerka nabiła pod omawianym filmikiem setki tysięcy wyświetleń na YouTube, handluje także własnymi książkami typu „102 sprawdzone sposoby na stres”, „Księga dobrych myśli” albo „Kody podświadomości”, oferuje również zdrową żywność. Na Facebooku ma 437 tys. obserwujących, a jej zasięgi są naprawdę imponujące.

Nie ma żadnego znaczenia, że Pawlikowska mówi w filmiku, że nie jest lekarzem ani naukowcem, nic nie rekomenduje, a informacje mają charakter edukacyjny i nie mają na celu zastąpienia indywidualnej porady medycznej udzielanej przez lekarza. To mowa-trawa na wypadek tego, gdyby ktoś chciał wyciągać wobec niej konsekwencje prawne. To jak ostrzeżenia umieszczane na paczce papierosów, że palenie zabija. Sekciarski charakter grup fanów Pawlikowskiej sprawia, że jej widzowie łykają wszystko, co mówi, jako prawdę o charakterze objawionym.

Boże jak sobie wyobrażę, co musiał przeżywać w tamtych latach mój wujek, który miał problemy z psychiką 🙁 Moja mama mi opowiadała, że jak wrócił ze szpitala to był tylko ciałem, a później zmarł ;( Cieszę się, że coraz więcej ludzi się budzi”, to komentarz użytkoniwczki Necia_art z YouTube’a. „Osobiście uważam, że depresja jest stanem skrajnego wykończenia psychicznego na skutek wielomiesięcznych zmagań z sytuacjami bardzo ciężkimi dla psychiki i tym samym obciążającymi wytrzymałość psychiczną. Uważam, też że tzw leki przeciwdepresyjne mogą bardziej szkodzić niż pomagać”, pisze zbuntowanyczlowiek613. Z kolei dmxp1618 cytuje Platona: „Za największego wroga ludzie mają tego, kto mówi im prawdę”. „Poszukiwania prawdy”, „przebudzenie się”, „bunt” to stałe motywy narracji przedstawianych w różnych społecznościach antynaukowych, od płaskoziemców przez antyszczepów.

Nie może też dziwić, że idąc za ciosem Pawlikowska zapowiedziała utworzenie „fundacji, w której światli naukowcy i empatyczni lekarze będą dzielić się wiedzą dotyczącą depresji, schizofrenii i innych dolegliwości umysłu i duszy”, zaprasza też internautów do współpracy. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że będzie to wiedza alternatywna, a skutkiem będzie tylko jeszcze większa dezinformacja i szkodzenie. Social media autorki to bardziej niż wystarczający dowód na to, że na tego typu usługi znajdzie się multum chętnych.

Typowa wypowiedź sekciarza z kultu Pawlikowskiej. Jesteś lekarzem? Schowaj ego i posłuchaj kobiety, która nie skończyła żadnych studiów, ale potrafi „łączyć kropki” (czytaj cytować wybiórczo wybrane artykuły).

Reakcją Pawlikowskiej na całą sytuację jest, i dalej będzie, dalsze okopanie się w swojej oblężonej twierdzy i konsekwentne ignorowanie tego, że zaprezentowane przez nią badania znajdują się pod silnym ogniem krytyki. Ponieważ całość zagadnienia jest zbyt skomplikowana, by można było łatwo wyrobić sobie własną opinię na temat tego, kto ma rację, reakcje widzów przypominają już typowe sekciarstwo. Osoby, które piszą Pawlikowskiej rzeczy typu „Tak Beatko, dobro, prawda i miłość zawsze zwyciężają zło, kłamstwo i nienawiść. Światło zawsze pokonuje mrok”, znajdują się w relacji członka sekty do swojego guru.

Influencerce pomaga także Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które treści z jej nagrania nazywa „ważnymi informacjami, których upowszechnianie jest w szeroko rozumianym interesie społecznym”. Dodajmy, że dyrektorem „Centrum Monitoringu Wolności Prasy” SDP jest Jolanta Hajdasz, współpracowniczka TVP i Radia Maryja, autorka słów „chciałabym publicznie podkreślić ogromne zasługi Tadeusza Rydzyka dla polskiego systemu medialnego, dla fundamentalnego we współczesnym świecie procesu, jakim jest komunikowanie masowe”, która wcześniej chociażby broniła filmików dezinformujących w sprawie pandemii koronawirusa. Instytucja ta w każdym razie nie ma wiele wspólnego z niezależnym dziennikarstwem.

Zrzutka na pozew przeciwko Pawlikowskiej to pomyłka

W odpowiedzi na dyrdymały Pawlikowskiej Polskie Towarzystwo Mediów Medycznych, stowarzyszenie prowadzone przez psychiatrę Maję Herman, zapowiedziało, że będzie walczyć z influencerką na drodze sądowej. Na portalu zrzutka.pl utworzono zbiórkę pieniędzy „na postępowanie w związku z treściami szerzonymi Panią Beatę P. (za szerzenie nieprawdziwych informacji, które stanowią zagrożenie dla życia i zdrowia osób)”. Zebrano ponad 32 tys. złotych, zanim PTMM ją wyłączyło.

Tu pojawia się jednak problem – jakie właściwie postępowanie? Maja Herman straszyła pozwem, ale czy to w ogóle ma sens? Pozwać można kogokolwiek o cokolwiek, ale żeby sprawa miała szansę powodzenia, trzeba spełnić kilka przesłanek. Upraszczając w pewien sposób, powód musi wykazać, że ma interes prawny w tym, żeby sprawa była rozstrzygnięta na jego korzyść. Mój kolega może mieć dłużnika, który nie chce mu oddać pieniędzy, ale ja nie mogę go pozwać, żeby zrobić to za niego. W podobny sposób nie ma obecnie przepisu, który pozwoliłby PTMM na skuteczne dochodzenia swoich praw przed sądem cywilnym. Każdy taki pozew byłby naprawdę mocno naciągany.

Z opisu przedmiotowej zrzutki wynika też jasno, że proponowanego rozliczenia zgromadzonej sumy nie konsultował żaden prawnik. Jeśli chcemy złożyć przeciwko komuś pozew, to naszym głównym kosztem, oprócz wynagrodzenia dla swojego prawnika, jest opłata sądowa od złożenia pozwu, a także ewentualne zaliczki na biegłych sądowych. PTMM przedstawiło natomiast na zrzutce.pl następujące rozliczenie (pis. oryginalna):

„Wycena: obsługa prawna: 0zł

Ekspertyza specjalistyczna ekspertka 1: cena 6-8TysPLN

Ekspertyza specjalistyczna ekspertka 2: cena 6-8tysPLN

Ekspertyza specjalistyczna ekspertka 3: cena 6-8tys PLN

Zabezpieczenie: 6 tysięcy na wypadek kosztów procesów przy przegraniu, praz zaliczek na opinie biegłych powołanych przez sąd.

Cała reszta pieniędzy jaka zostanie przekazana na telefon zaufania !”

Być może bardziej prawidłowym zachowaniem byłoby złożenie zawiadomienia do prokuratury, ale to, po pierwsze, może zrobić każdy za darmo i niepotrzebne są żadne zbiórki, a po drugie, najprawdopodobniej Pawlikowska nie popełniła jednak przestępstwa. Jednak jakaś konsultacja z prawnikiem musiała się odbyć, bo dalsza narracja Towarzystwa zeszła właśnie w tę stronę.

Maja Herman z PTMM nie odpowiedziała na nasze zapytania, o co właściwie chodzi z próbą wszczęcia postępowania sądowego. W rozmowie z Wirtualnemedia.pl mówiła, że będzie to „postępowanie z Kodeksu karnego, w imieniu Polskiego Towarzystwa Mediów Medycznych, nie jako osoba cywilna (sic)”. Po tej wypowiedzi na Facebooku napisała „Sprawa JEST DYNAMICZNIE ROZWIJAJĄCA SIĘ. Doszły nowe okoliczności, trwają rozmowy. Teraz prosimy o zaufanie ale teraz jest moment, że nie możemy publicznie o wszystkim mówić. Przyjdzie czas, że o wszystkim was poniformujemy„. Tak, działalność Pawlikowskiej jest szkodliwa, ale wiele wskazuje na to, że założenie zrzutki przez PTMM było co najmniej niefrasobliwe i przedwczesne, a teraz powstał problem. Na miejscu osób, które wpłaciły na nią pieniądze, zainteresowałbym się kwestią zwrotu środków. Podobne stanowisko zajęło kilku prawników, którzy wypowiedzieli się dla Wirtualnemedia.pl.

Beata Pawlikowska. Wolność słowa kontra bezpieczeństwo społeczeństwa

Cała sprawa Pawlikowskiej dotyczy granic wolności słowa oraz kwestii pozostawania social mediów poza czyjąkolwiek kontrolą. Teoretycznie sąd skazujący Pawlikowską w sprawie karnej mógłby orzec, że ma ona zakaz prowadzenia działalności influencerskiej w social mediach. W praktyce nie ma możliwości, by organ państwowy usunął jej z sieci szkodliwe posty. Walka Facebooka czy ogólnie firm reprezentujących big tech z dezinformacją to fikcja. A skutkiem tego, że prawo tak niewiele może w starciu z kampaniami dezinformacyjnymi, jest chociażby to, iż w Polsce porażką zakończył się program szczepień na covid.

Cała sprawa to też przyczynek do dyskusji o tym, jak bardzo społeczeństwo łaknie dobrostanu psychicznego. Być może nawet, o zgrozo, głupawy pop-coaching uskuteczniany przez Pawlikowską pomaga wielu osobom, a przynajmniej tym, którzy są gdzieś pomiędzy spokojem ducha a potrzebą porozmawiania z prawdziwym psychologiem. Jednak ludziom, którzy potrzebują prawdziwej pomocy, głoszone przez nią bzdury mogą tylko zaszkodzić. Gorzej, że ci, którzy ślepo wierzą w brednie szerzone przez Pawlikowską, mogą przez nią zrobić sobie poważną krzywdę.

Czytaj także:

Bartłomiej Król
Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze