poniedziałek, 27 maja, 2024
Strona głównaPolitykaAfera Pegasusa. Dlaczego to nie jest polskie Watergate?

Afera Pegasusa. Dlaczego to nie jest polskie Watergate?

„Afera Watergate to przy tym pikuś” pisze na łamach Gazety Wyborczej Bartosz T. Wileński, a ja przecieram oczy ze zdumienia. Słynny amerykański skandal, który doprowadził do odejścia prezydenta Nixona przed zakończeniem kadencji, opierał się na innych dowodach i zeznaniach człowieka związanego z władzą. A nade wszystko, rozgrywał się w innej kulturze politycznej.

Jarosław Kaczyński nie stanie się Dickiem Nixonem polskiej polityki dopóki któryś ze skruszonych polityków PiS nie zacznie sypać (fot. Flickr)

Przypomnijmy: republikanin Richard Nixon wygrał wybory prezydenckie w 1972 roku, gdy już było wiadomo, że jego ludzie szukali haków na politycznych rywali. Grupę włamywaczy próbującą zamontować podsłuchy w budynku Watergate, w którym siedzibę miał waszyngtoński oddział Partii Demokratycznej nakryto na gorącym uczynku w czerwcu, a wybory miały miejsce jesienią. Dopiero publikacje „Washington Posta”, który powoływał się na „Głębokie gardło”, a więc swojego informatora w administracji Nixona, oraz powołanie komisji śledczej, doprowadziło do wszczęcia procedury impeachmentu przeciwko Nixonowi. Ten ostatecznie abdykował sam, chcąc uniknąć ostatetcznego upokorzenia.

Jeśli więc coś łączy obie afery – to tylko podsłuch. Wszystko wskazuje, że CBA – jedyny depozytariusz izraelskiego programu szpiegującego Pegasus – podsłuchiwało Krzysztofa Brejzę, Romana Giertycha i prokurator Ewę Wrzosek. Wiemy, że część danych z telefonu Brejzy trafiła do TVP. Dowodów na inwigilację dostarczyło Citizen Lab działające przy Uniwersytecie w Toronto. Trudno więc podejrzewać, aby ekspertyza została sfałszowana na potrzeby polskiej polityki. Sam Jarosław Kaczyński – pytany przez Interię o inwigilację – mówi, że nic o tym nie wie i poprosi o wyjaśnienia rząd.

Pegasus. Potrzebny jest kret

Dopóki jednak sondaże PiS nie runą w dół, a morale wśród pracowników CBA nie będą bliskie ziemi, trudno mówić, żebyśmy mieli do czynienia z aferą na miarę „polskiego Watergate”. Bez twardego wyznania: „Tak, robiliśmy to”, śledztwo nie ruszy z miejsca, a o komisji śledczej możemy wyłącznie pomarzyć. Władzy bardziej mogą zaszkodzić ludzie pokroju wiceminister Olgi Semeniuk, która wyznała, że nie ma nic przeciwko inwigilowaniu osób publicznych, niż sama afera.

W tej bowiem słowo występować będzie przeciwko słowu. Politycy PiS powiedzą, że kanadyjskie ekspertyzy są trefne, a CBA nie może zabierać głosu ws. działań operacyjnych. Nawet ujawnienie kolejnych telefonów z zainstalowanym oprogramowaniem nie zakończy festiwalu wzruszania ramionami ze strony rządowych oficjeli.

Do znalezienia twardego dowodu przeciwko PiS przyczynić może się także Zachód. W tym kontekście można rozpatrywać finał ustawy „lex TVN”, której Andrzej Duda jednak nie podpisze. Gdyby PiS wszedł na pełną ścieżkę wojenną z Amerykanami, ci mogliby uznać, że rzucą światło na kilka afer nad Wisłą i tym samym pogrążą rząd Prawa i Sprawiedliwości. Kto jak kto, ale pracownicy Pentagonu na pewno wiedzą kogo i jak inwigilujemy.

Schemat działania Pegasusa (źródło: Citizen Lab)

Czym właściwie jest Pegasus?

Pegasus, to nazwa która wielu z was może kojarzyć się albo z mitologicznym zwierzęciem, albo old-schoolową, ośmiobitową konsolą do gier. Tak samo nazywa się jednak izraelski program szpiegowski, który jest de facto perfidnym wirusem komputerowym, zbliżonym swoim działaniem do „trojana”. Oprogramowanie może znaleźć się na telefonie, gdy klikniemy w niebezpieczny link. Może to być albo wiadomość od niewidzianego od 20 lat znajomego, albo – i tu bardziej perfidny przypadek – zwykłe okienko reklamowe, które wyskakuje gdy chcemy przejść do streamu z meczu ulubionej drużyny. W tym drugim przypadku, istnieje spore ryzyko, że nawet się nie zorientujemy, co tak naprawdę znalazło się na naszym telefonie.

Pegasus może przeglądać esemesy, wiadomości z komunikatorów, zdjęcia, zrzuty ekranów, dane audio i wideo, to, jakie klawisze przyciskamy (to ostatnie stanowi jeden z bardziej bezczelnych sposobów dekodowania haseł bezpieczeństwa). Program może też przejąć kontrolę i samodzielnie włączyć kamerę wraz z mikrofonem. Co więcej, zdobyte w ten sposób dowody przestępstwa mogą być użyte przeciwko nam (na podstawie artykułu 168a kodeksu karnego, znowelizowanego w 2016 roku).

Polecamy:

O tym, że program dostał się w ręce CBA dowiedzieliśmy się najpierw od Najwyższej Izby Kontroli, która znalazła w papierach dziwny zakup opiewający na ponad 30 milionów złotych. Później specjaliści z Citizen Lab (ci sami, którzy ujawnili przypadki Brejzy, Giertycha i Wrzosek) poinformowali, że został zarejestrowany polski operator systemu o wiele mówiącym nicku ORZELBIALY.

Zobacz też:

Jan Rojewski
Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze