niedziela, 14 lipca, 2024
Strona głównaPieniądze4 przyczyny utraty pieniędzy przez Disneya. Lista subiektywna

4 przyczyny utraty pieniędzy przez Disneya. Lista subiektywna

Korporacyjny gigant, jakim niewątpliwie jest „The Walt Disney Company”, ogłosił redukcję zatrudnienia. W planach jest zwolnienie siedmiu tysięcy pracowników. Bob Iger, szef firmy, tłumaczy, iż zwolnienia mają za zadanie zmniejszyć ponoszone koszty i usprawnić biznes. Postaram się przybliżyć kilka powodów, dla których Disney ostatnimi czasy traci swoje pieniądze.

MODOK jest postacią, która idealnie odzwierciedla sytuację Disneya / fot. kadry z filmów

Jak już wspomniałem, Disney stanowi kolosa zbudowanego z wielu pomniejszych firm. Same zapowiadane zwolnienia mają wpłynąć na działy takie jak Disney Entertainment, Disney Parks, Experiences and Products oraz tak zwane działy korporacyjne. A to dopiero pierwsza faza. Stacja telewizyjna ESPN, która także należy do Myszki Miki, póki co nie doczekała się cięć budżetowych, jednak jej pracownicy zakładają, że jeszcze nadejdzie ich czas.

Wszelkie szczegóły zwolnień są utrzymywane w tajemnicy. Wiadomo natomiast, że chodzi o około 5,5 miliardów dolarów generowanych wydatków, z czego 3 miliardy Disney przeznacza na produkowanie treści. Szacuje się, że liczba zwolnionych osób odpowiada trzem procentom ogólnej kadry pracowniczej. Należy jednak zauważyć, że stan finansowy, przez który korporacja zmuszona została do zastosowania tak radyklanych kroków, wynika w większości z jej nieprzemyślanych decyzji. Prezentuję Wam zatem mój subiektywny zbiór przyczyn takiego stanu rzeczy.

1. Superbohaterowie stracili swoją moc

O tym problemie pisałem już przy okazji recenzji „Mecenas She-Hulk”. Wedle artystów graficznych wykupiony przez korporację Marvel stanowił ciężki orzech do zgryzienia, jeśli chodzi o prowadzenie dialogu na linii zleceniodawca-wykonawca. Terminy były napięte, a wymagania duże, stąd końcowe efekty wyglądały mizernie. W wielu nowych filmach z uniwersum MCU widać, że niektóre sceny są lepsze, a inne gorsze pod względem CGI, a to naprawdę razi widza w oczy.

Nowe filmy i seriale MCU są po prostu brzydkie, a sposób ich wykonania może uświadomić fanowi historii superbohaterskich, że nie jest on szanowany. Wystarczy choćby wspomnieć o „Thor: Miłość i grom”, który przypomina jakieś sklecone na szybko scenki z teledysku bez większego ładu i składu. Wiele tych widowisk szybko trafia na streaming i według mnie taki krok świadczy o tym, że zarobkowo nie radzą sobie one w kinach. Nowy Ant-Man przez wielu komentatorów jest nazywany finansową klapą i trudno się temu dziwić. Serwis Variety wyliczył, że film ma na koncie 470 mln dolarów z całego świata po sześciu tygodniach wyświetlania, czyli na równi z innymi dziełami Marvela, tyle że podczas pandemii. Prawdopodobnie wpomponowane w produkcję pieniądze mają dużą szansę się nie zwrócić.

To pokazuje, że ludzie domagają się wyższego poziomu takich rozrywkowych widowisk. Nie wystarczą im marne efekty i nastawienie na dzieci (trzecią część Ant-Mana porównuje się do „Małych agentów”, co brzmi dość niejednoznacznie). Nie chcą tanich masówek. I mówię to jako osoba, która bardzo lubiła ten świat i która oglądała większość filmów z Avengersami. Teraz po prostu już mi się nie chce, bo wiem, że tylko się zdenerwuję.

Bardzo ładnie się to prezentuje, o ile zamknie się oczy.

Ponadto w MCU panuje niestety natarczywe powiązanie wszystkiego ze wszystkim, także za pośrednictwem seriali, na które nie mam czasu. Jeśli zatem pod koniec filmu „Wesele Adama i Ewy” nie zauważyłeś pijanego wujka Włodka, nie zrozumiesz, jakie motywacje w „Weselu Romana i Danusi” będzie mieć ta nikczemna postać. A najlepiej jeszcze obejrzeć serial „Komunia Krzysia”, bo tam wszystko wyjaśniają w dziesięciu odcinkach.

2. LGBT i Chiny – nie da się ich pogodzić

Kolejną kwestią są postacie LGBT w dziełach serwowanych przez Disneya. Absolutnie nie mam z tym żadnego problemu. Nie uważam, aby ukazanie przykładowo zakochanych w sobie kobiet miało być gorszące. Bo w sumie dlaczego? Są jednak dwa kluczowe problemy.

Po pierwsze, zazwyczaj takie postaci nie odgrywają w większości sensownej roli. Wytwórni zależy na tym, aby tylko je pokazać i odznaczyć, że wykonano dobrą robotę. Stąd wielu wspomina o „wciskaniu na siłę mniejszości”. Wydawać by się mogło, że skoro ukazywanie par homoseksualnych zyskało akceptację Myszki Miki, to firma aktywnie wspiera takie osoby. Otóż nie.

I tu mamy zgrzyt numer dwa. Disneyowi nie zależy na szczęściu kogokolwiek, choć kreuje się jako magiczna instytucja pełna radości i uśmiechu. Gej jest okej, o ile przynosi dochód. Tak samo Chiny, które przecież nie uznają osób homoseksualnych. Chiński sąd w 2021 roku zadecydował nawet, że homoseksualizm można nazwać zaburzeniem psychicznym, co stanowi „opinię akademicką”. Mimo to Disney nadal funkcjonuje w Chinach, dostosowując swoje dzieła tak, aby nie obrazić partii rządzącej. A tę może urazić nawet taki detal jak zawarta w filmie „Doktor Strange: W multiwersum obłędu” skrzynka pocztowa gazety powszechnie uznawanej za niepoprawną politycznie.

W aktorskiej „Mulan” z 2020 roku w głównej roli obsadzono Liu Yifei, która otwarcie popierała działania policji przeciwko protestującym Chińczykom. Jednocześnie plan zdjęciowy do filmu realizowano bardzo blisko obozów – nie bójmy się tak tego nazwać – koncentracyjnych dla Ujgurów. Bardzo postępowy ten Disney. Bierze każdą opinię pod uwagę. I może jeszcze w latach 90. oraz wcześniej takie incydenty by przeszły, ale teraz niemal każdy ma dostęp do Twittera i Facebooka.

3. Dojenie krowy do cna

Disney nie ma też oporów przed położeniem swoich rąk na całkowicie martwych seriach, byle tylko na nich zarobić. Kupno 20th Century Fox podyktowane było w głównej mierze chęcią uzupełnienia świata MCU o postacie takie jak Fantastyczna Czwórka czy X-Meni. Drugi powód stanowili Simpsonowie. Obecnie jednak serial o żółtej rodzince nie reprezentuje sobą nawet połowy poziomu starych sezonów.

Korporacja wydobywa również z odmętów swojej biblioteki stare twory takie jak choćby „Willow” i po kilkudziesięciu latach tworzy ich kontynuacje serialowe. Projekt ten uchodzi za tak nieudany, że pierwszy sezon staje się jednocześnie ostatnim. Widzowie narzekają na słabą prezentację postaci i świata przedstawionego oraz na to, że widowisko z jednej strony nie porywa dzieci, a z drugiej nie powoduje w żaden sposób nostalgii dorosłych.

O „Gwiezdnych wojnach” wypowiadać się subiektywnie nie będę, ponieważ stanowią one dla mnie temat zupełnie obcy. W opinii wielu internautów jednakże tylko garstka nowych filmów i seriali z tego uniwersum zasługuje na jakąkolwiek uwagę, natomiast reszta jest odcinaniem kuponów.

4. Aktorskie adaptacje starych kreskówek

Sam pomysł na ponowne nakręcenie swoich największych klasyków, i to w formie filmów aktorskich, brzmi całkiem nieźle. W głównej mierze można by uznać, że to taka próba zaszczepienia u nowego pokolenia sympatii do tych samych bohaterów, których i my polubiliśmy w dzieciństwie. Tylko czy właściwie większość tych kreskówek naprawdę aż tak się zestarzała, by okazać się nieprzystępną dla współczesnych dzieci?

Ludzie narzekają na remaki tego rodzaju, nazywając je odgrzewanymi kotletami. I rzeczywiście, w trójwymiarowym „Królu lwie” wiele scen zostało po prostu odtworzonych. Są jednak tacy malkontenci, którzy mają wręcz odwrotną opinię: według nich nie powinno się w remakach zbyt wiele zmieniać, a we wspomnianej „Mulan” porzucono historię z animacji na rzecz prezentacji chińskiej legendy. Niektóre pomysły wydają się dobre – na przykład opowiedzenie o losach dorosłej już Alicji w Krainie Czarów czy przedstawienie znanej historii z perspektywy złej wiedźmy czy Cruelli. Duża część tych dzieł zdaje się mimo wszystko nie posiadać na siebie pomysłu. Niektóre, jak na przykład „Pinokio”, od razu trafiają na streaming.

Kontrowersji dodają również pewne decyzje co do castingu. Ludziom ewidentnie nie pasowała postać „Małej Syrenki” odgrywanej przez czarnoskórą Halle Bailey. Rasizm? Zapewne w wielu wypadkach tak, jednak uważam, że niektórzy zbulwersowani mają rację. Bo Urszula i Książę Eryk wyglądają identycznie jak w animacji z 1989 roku, natomiast Arielka już nie. Trudno jest winić odtwórczynię jej roli, natomiast osobiście odnoszę wrażenie, że Disney umyślnie zastosował taki krok, by „nieważne jak mówili, byle mówili” i w ten sposób zyskać rozgłos. Co bardziej złośliwi zachęcają nawet wytwórnię, aby taki sam krok podjęła przy adaptacji Tarzana.

Pomijając już wspomnianą kwestię, wizualnie ten film w sekwencjach podwodnych będzie po prostu bardzo brzydki

Natomiast trailer „Piotrusia Pana i Wendy” ujawnia, że w Nibylandii oprócz chłopców mieszkają również dziewczynki. Czy czepianie się tego jest seksizmem? Nie do końca, bo jeśli ktoś przeczyta oryginalną książkę, zrozumie, dlaczego pojawienie się Wendy w Nibylandii było czymś niezwykłym. To ma o wiele szerszy kontekst, który w takim przedstawieniu gdzieś się zatraca.

Podsumowując, główny problem Disneya polega na tym, że tworzy on po prostu bardzo słabe produkcje przy mentalności przeciętnej korporacji. Nowe filmy reprezentują niską jakość wizualną i scenariuszową, często bazując na popularnej marce, z którą coś trzeba zrobić. Wszystko to jest ugrzecznione i niestrawne, zdolne zniechęcić nawet największego fana. Stosunkowo niedawno Disney oficjalnie uznał, że będzie się skupiać na markach-pewniakach takich jak „Toy Story” czy „Kraina Lodu”. Wygląda to tak, jak gdyby brakowało pomysłów na coś nowego i jakby nawet Pixar nie potrafił tego problemu rozwiązać.

Czytaj także:

Sebastian Jadowski-Szreder
Sebastian Jadowski-Szrederhttps://www.jadowskiszreder.pl/
Youtuber i pisarz, twórca zbioru opowiadań "Incydenty Antoniego Zapałki", hobbystycznie zbieracz filmów i pasjonat horrorów, a także starych gier. Główną sferą jego zainteresowań jest popkultura z wyraźnym zaakcentowaniem elementów retro.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze