poniedziałek, 5 grudnia, 2022
Strona głównaEkologiaNowy niemiecki rząd. Zagrożenie dla Polski?

Nowy niemiecki rząd. Zagrożenie dla Polski?

Już wkrótce za naszą zachodnią granicą zostanie oficjalnie uformowany nowy rząd, składający się z przedstawicieli socjalistycznej SDP, ekologicznych Zielonych i liberalnej FDP. Nowym kanclerzem zostanie piastujący w poprzedniej koalicji stanowisko wicekanclerza Olaf Scholz. Środowiska lewicowe i liberalne nad Wisłą zacierają ręce, zaś prawica bije na alarm - tym razem wydaje się jednak, że rację może mieć ta ostatnia. Istnieje ryzyko, że ta koalicja skomplikuje polskie położenie geopolityczne w następnej dekadzie.

Przypomniało mi się intro „Wściekłych psów” Tarantino. Miejmy nadzieję, że nie patrzymy na takich łotrów, jak w tym filmie (Facebook)

Przedstawiono już prawie dwustustronicowe porozumienie między partiami, które ma pełnić funkcję umowy koalicyjnej. Jej najważniejsze postulaty to chociażby:

  • rozpoczęcie podejść pod obowiązek szczepień na covid,
  • ułatwienie procesu naturalizacji dla migrantów,
  • przyspieszenie cyfryzacji kraju,
  • rozwój produkcji samochodów elektrycznych,
  • walka z podwyżkami czynszów i program budownictwa socjalnego,
  • przyznanie czynnego prawa wyborczego szesnastolatkom,
  • legalizacja marihuany,
  • ułatwienie procesu tranzycji dla osób transpłciowych.

Odłóżmy na chwilę na bok ostatnie dwa punkty. Z naszego punktu widzenia sprawą o większym znaczeniu są niemieckie plany dotyczące transformacji energetycznej. A tu zaczyna robić się groźnie, mimo, że na to na pierwszy rzut oka nie wygląda. Podstawowym postulatem jest przyspieszenie dekarbonizacji kraju, której termin wyznaczono na rok 2030. Wcześniejsza koalicja przebąkiwała o latach 2035/2038 – różnica jest zasadnicza. Niestety, dojście do władzy Zielonych oznacza również, że w pierwszej kolejności ostatecznie wygaszony zostanie program energetyki jądrowej kraju. To może nastąpić już w przyszłym roku.

Tymczasem w obecnym miksie energetycznym RFN węgiel znajduje się na pierwszym miejscu, przed energią wiatrową i atomową właśnie. Umowa koalicyjna przewiduje, że do 2030 roku 80% energii będzie zaś miało pochodzić z OZE. To wygląda oczywiście dobrze na papierze, ale gorzej z rzeczywistością. Już w pierwszej połowie 2021 r. emisje niemieckiego sektora energetycznego znacznie wzrosły – z uwagi na restart gospodarki po obostrzeniach pandemicznych roku poprzedniego. Wszystko niestety wskazuje na to, że przez najbliższą dekadę dziurę powstałą w produkcji energii, a wywołaną zamknięciem elektrowni atomowych, będzie pokrywać gaz ziemny. Zgadnijmy zaś, skąd ten gaz się weźmie?

Stąd.

Perłą w niemieckiej koronie energetycznej ma zostać gazociąg Nord Stream 2 – umożliwiający bezpośredni i szybki import surowca do kraju, z pominięciem dotychczasowych dróg tranzytowych biegnących przez wschodnią Europę. Cały ten stan rzeczy stoi w stuprocentowej sprzeczności z tym, co powinno być polską racją stanu przez najbliższe dziesięciolecie. Oprócz wciąż szalejącej pandemii koronawirusa, jednymi z najgroźniejszych zagrożeń dla Polski są obecnie wzrost globalnych temperatur oraz coraz bardziej agresywna polityka zewnętrzna Rosji.

Tymczasem, nawet jeśli utrzymanie 80% udziału OZE w miksie jest możliwe (a wiele wskazuje na to, że nie – z uwagi chociażby na problemy z magazynowaniem energii i zależności od warunków pogodowych), to planowana polityka niemieckiego rządu tylko te zagrożenia wzmacnia. Nie bez powodu Niemcy uruchamiają obecnie coraz więcej nowych elektrowni gazowych, które teoretycznie mają pokryć różnice w okresie przejściowym – ale będą też zabezpieczeniem na czas, w którym nie będzie wiać albo świecić słońce. Tę samą funkcję mógłby spełniać czysty i bezpieczny atom – no, ale nie tego nie zrobi.

Zastąpienie emisji z węgla emisjami z gazu jest niekorzystne dla nas wszystkich i kłóci się z tym, co stanowi długofalowy cel niemieckich polityków. Z kolei uruchomienie na pełną skalę Nord Stream 2 umożliwi Rosji dokonywanie także na Polsce bezprecedensowych szantaży energetycznych. To nie jest fikcja – Ukraina oraz Mołdawia obecnie są poddane w taki sposób naciskom ze strony Kremla. Sytuacja tej drugiej stała się na tyle zła, że uruchomiła import gazu… z Polski. Niemcy w ten sposób wciskają Putinowi i jego klakierowi Łukaszence broń do ręki. Gdzie tu mowa o europejskiej, czy chociażby o dobrosąsiedzkiej, solidarności?

Nie można też pominąć tutaj kolejnego czynnika, jakim jest agresja nowego rządu wobec programów atomowych państw ościennych. Umowa koalicyjna przewiduje, że koalicja ma zwalczać „niebezpieczne” reaktory jądrowe znajdujące się w pobliżu granic RFN. Polityce znajdują oparcie w raporcie przygotowanym przez Zielonych, który przewiduje nierealistyczne warianty katastrofy w potencjalnej polskiej elektrowni jądrowej, która to miałaby przyćmić Czarnobyl i Fukushimę razem wzięte.

Tymczasem nawet reakcyjny rząd PiSu zdaje sobie już sprawę z konieczności rozpoczęcia procesu dekarbonizacji, w którym energetyka atomowa ma odgrywać kluczową rolę. Pisaliśmy na naszych łamach o tym, dlaczego to po prostu najlepszy pomysł. Można tu się domyślać, że w każdym scenariuszu potencjalna polska elektrownia jądrowa zostanie uznana za „niebezpieczną”. Ale jeśli szukacie faktycznie groźnej metody produkcji energii, to poczytajcie o tym, ile osób rocznie umiera na choroby płuc wywołane paleniem węgla, bo od atomu obecnie nikomu nic się nie dzieje.

Tymczasem pozostanie przy węglu z każdym rokiem staje się coraz bardziej nieopłacalne ze względu nie tylko na szkodliwość emisji, ale też koszt wykupywania przez Polskę do nich uprawnień, a tu ceny nie przestają rosnąć. Szczęśliwie dla nas tę niebezpieczną politykę może w pewien sposób skontrować rząd Francji. Emmanuel Macron zapowiedział już, że Francja planuje rozbudowę swojej sieci atomowej. W podobnym tonie wypowiada się rząd Holandii.

Z pewnością dojdzie tu do sporu na dużą europejską skalę. Oczywiście polski rząd nie ma wyjścia i musi się opowiedzieć po stronie Francji – zapowiedział to zresztą już premier Morawiecki. Niemniej jednak sytuacji nie ułatwi nam choćby toczony z uporem maniaka spór z Unią o praworządność, który nie służy niczemu, a jedynie obniża naszą wiarygodność w obliczu prawdziwych problemów do rozwiązania (a fikcyjna „dekomunizacja” sądów do nich nie należy).

Nie wpadajmy w panikę i nie mówmy jeszcze o piątym rozbiorze Polski czy też o kolejnym pakcie Ribbentrop-Mołotow. Zobaczymy jednak, jakie będą konsekwencje takiego, a nie innego wyboru Niemców w ostatnich wyborach. Już dziś wydaje się, że nowa umowa koalicyjna oznacza grobowe wieści chociażby dla Ukrainy, dla której Rosja szykuje prawdopodobnie kolejne destabilizujące kroki. Przebąkuje się o planowanym zamachu stanu fundowanym przez opcje prorosyjskie czy też o nowych działaniach militarnych.

Nie można tu wykluczyć planu całkowitego odcięcia Ukraińców od dostaw rosyjskiego surowca. Uruchomienie Nord Stream 2 oznacza także zmniejszenie zysku z opłat pobieranych przez Ukrainę za przesył. MFW szacuje, że oznacza to stratę wielkości miliarda dolarów rocznie. Z niemieckiej perspektywy Kijów leży gdzieś na peryferiach świata – ale już silna, niezależna Ukraina to fundament polskiej racji stanu i nie przykryje tego żadna perspektywa zapalenia sobie jointa na Potsdamer Platz.

Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

1 KOMENTARZ

  1. Zgadzam się, sądy w Polsce chodzą na imprezy Tuska, wykonują jego polecenia jak by był królem a dodatkowo wypuszczają przestępców, którzy zabijają, niszczą i obrażają normalnych Polaków, tylko dlatego że są z klubu lewicowo-liberalnego, a kasa idzie z Niemiec. Tak wreszcie trzeba wypieprzyć ten lewacki układ przestępczy !!!

Skomentuj Bolek Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze