wtorek, 25 stycznia, 2022
Strona głównaEkologiaNowy niemiecki rząd. Zagrożenie dla Polski?

Nowy niemiecki rząd. Zagrożenie dla Polski?

Już wkrótce za naszą zachodnią granicą zostanie oficjalnie uformowany nowy rząd, składający się z przedstawicieli socjalistycznej SDP, ekologicznych Zielonych i liberalnej FDP. Nowym kanclerzem zostanie piastujący w poprzedniej koalicji stanowisko wicekanclerza Olaf Scholz. Środowiska lewicowe i liberalne nad Wisłą zacierają ręce, zaś prawica bije na alarm - tym razem wydaje się jednak, że rację może mieć ta ostatnia. Istnieje ryzyko, że ta koalicja skomplikuje polskie położenie geopolityczne w następnej dekadzie.

Przypomniało mi się intro „Wściekłych psów” Tarantino. Miejmy nadzieję, że nie patrzymy na takich łotrów, jak w tym filmie (Facebook)

Przedstawiono już prawie dwustustronicowe porozumienie między partiami, które ma pełnić funkcję umowy koalicyjnej. Jej najważniejsze postulaty to chociażby:

  • rozpoczęcie podejść pod obowiązek szczepień na covid,
  • ułatwienie procesu naturalizacji dla migrantów,
  • przyspieszenie cyfryzacji kraju,
  • rozwój produkcji samochodów elektrycznych,
  • walka z podwyżkami czynszów i program budownictwa socjalnego,
  • przyznanie czynnego prawa wyborczego szesnastolatkom,
  • legalizacja marihuany,
  • ułatwienie procesu tranzycji dla osób transpłciowych.

Odłóżmy na chwilę na bok ostatnie dwa punkty. Z naszego punktu widzenia sprawą o większym znaczeniu są niemieckie plany dotyczące transformacji energetycznej. A tu zaczyna robić się groźnie, mimo, że na to na pierwszy rzut oka nie wygląda. Podstawowym postulatem jest przyspieszenie dekarbonizacji kraju, której termin wyznaczono na rok 2030. Wcześniejsza koalicja przebąkiwała o latach 2035/2038 – różnica jest zasadnicza. Niestety, dojście do władzy Zielonych oznacza również, że w pierwszej kolejności ostatecznie wygaszony zostanie program energetyki jądrowej kraju. To może nastąpić już w przyszłym roku.

Tymczasem w obecnym miksie energetycznym RFN węgiel znajduje się na pierwszym miejscu, przed energią wiatrową i atomową właśnie. Umowa koalicyjna przewiduje, że do 2030 roku 80% energii będzie zaś miało pochodzić z OZE. To wygląda oczywiście dobrze na papierze, ale gorzej z rzeczywistością. Już w pierwszej połowie 2021 r. emisje niemieckiego sektora energetycznego znacznie wzrosły – z uwagi na restart gospodarki po obostrzeniach pandemicznych roku poprzedniego. Wszystko niestety wskazuje na to, że przez najbliższą dekadę dziurę powstałą w produkcji energii, a wywołaną zamknięciem elektrowni atomowych, będzie pokrywać gaz ziemny. Zgadnijmy zaś, skąd ten gaz się weźmie?

Stąd.

Perłą w niemieckiej koronie energetycznej ma zostać gazociąg Nord Stream 2 – umożliwiający bezpośredni i szybki import surowca do kraju, z pominięciem dotychczasowych dróg tranzytowych biegnących przez wschodnią Europę. Cały ten stan rzeczy stoi w stuprocentowej sprzeczności z tym, co powinno być polską racją stanu przez najbliższe dziesięciolecie. Oprócz wciąż szalejącej pandemii koronawirusa, jednymi z najgroźniejszych zagrożeń dla Polski są obecnie wzrost globalnych temperatur oraz coraz bardziej agresywna polityka zewnętrzna Rosji.

Tymczasem, nawet jeśli utrzymanie 80% udziału OZE w miksie jest możliwe (a wiele wskazuje na to, że nie – z uwagi chociażby na problemy z magazynowaniem energii i zależności od warunków pogodowych), to planowana polityka niemieckiego rządu tylko te zagrożenia wzmacnia. Nie bez powodu Niemcy uruchamiają obecnie coraz więcej nowych elektrowni gazowych, które teoretycznie mają pokryć różnice w okresie przejściowym – ale będą też zabezpieczeniem na czas, w którym nie będzie wiać albo świecić słońce. Tę samą funkcję mógłby spełniać czysty i bezpieczny atom – no, ale nie tego nie zrobi.

Zastąpienie emisji z węgla emisjami z gazu jest niekorzystne dla nas wszystkich i kłóci się z tym, co stanowi długofalowy cel niemieckich polityków. Z kolei uruchomienie na pełną skalę Nord Stream 2 umożliwi Rosji dokonywanie także na Polsce bezprecedensowych szantaży energetycznych. To nie jest fikcja – Ukraina oraz Mołdawia obecnie są poddane w taki sposób naciskom ze strony Kremla. Sytuacja tej drugiej stała się na tyle zła, że uruchomiła import gazu… z Polski. Niemcy w ten sposób wciskają Putinowi i jego klakierowi Łukaszence broń do ręki. Gdzie tu mowa o europejskiej, czy chociażby o dobrosąsiedzkiej, solidarności?

Nie można też pominąć tutaj kolejnego czynnika, jakim jest agresja nowego rządu wobec programów atomowych państw ościennych. Umowa koalicyjna przewiduje, że koalicja ma zwalczać „niebezpieczne” reaktory jądrowe znajdujące się w pobliżu granic RFN. Polityce znajdują oparcie w raporcie przygotowanym przez Zielonych, który przewiduje nierealistyczne warianty katastrofy w potencjalnej polskiej elektrowni jądrowej, która to miałaby przyćmić Czarnobyl i Fukushimę razem wzięte.

Tymczasem nawet reakcyjny rząd PiSu zdaje sobie już sprawę z konieczności rozpoczęcia procesu dekarbonizacji, w którym energetyka atomowa ma odgrywać kluczową rolę. Pisaliśmy na naszych łamach o tym, dlaczego to po prostu najlepszy pomysł. Można tu się domyślać, że w każdym scenariuszu potencjalna polska elektrownia jądrowa zostanie uznana za „niebezpieczną”. Ale jeśli szukacie faktycznie groźnej metody produkcji energii, to poczytajcie o tym, ile osób rocznie umiera na choroby płuc wywołane paleniem węgla, bo od atomu obecnie nikomu nic się nie dzieje.

Tymczasem pozostanie przy węglu z każdym rokiem staje się coraz bardziej nieopłacalne ze względu nie tylko na szkodliwość emisji, ale też koszt wykupywania przez Polskę do nich uprawnień, a tu ceny nie przestają rosnąć. Szczęśliwie dla nas tę niebezpieczną politykę może w pewien sposób skontrować rząd Francji. Emmanuel Macron zapowiedział już, że Francja planuje rozbudowę swojej sieci atomowej. W podobnym tonie wypowiada się rząd Holandii.

Z pewnością dojdzie tu do sporu na dużą europejską skalę. Oczywiście polski rząd nie ma wyjścia i musi się opowiedzieć po stronie Francji – zapowiedział to zresztą już premier Morawiecki. Niemniej jednak sytuacji nie ułatwi nam choćby toczony z uporem maniaka spór z Unią o praworządność, który nie służy niczemu, a jedynie obniża naszą wiarygodność w obliczu prawdziwych problemów do rozwiązania (a fikcyjna „dekomunizacja” sądów do nich nie należy).

Nie wpadajmy w panikę i nie mówmy jeszcze o piątym rozbiorze Polski czy też o kolejnym pakcie Ribbentrop-Mołotow. Zobaczymy jednak, jakie będą konsekwencje takiego, a nie innego wyboru Niemców w ostatnich wyborach. Już dziś wydaje się, że nowa umowa koalicyjna oznacza grobowe wieści chociażby dla Ukrainy, dla której Rosja szykuje prawdopodobnie kolejne destabilizujące kroki. Przebąkuje się o planowanym zamachu stanu fundowanym przez opcje prorosyjskie czy też o nowych działaniach militarnych.

Nie można tu wykluczyć planu całkowitego odcięcia Ukraińców od dostaw rosyjskiego surowca. Uruchomienie Nord Stream 2 oznacza także zmniejszenie zysku z opłat pobieranych przez Ukrainę za przesył. MFW szacuje, że oznacza to stratę wielkości miliarda dolarów rocznie. Z niemieckiej perspektywy Kijów leży gdzieś na peryferiach świata – ale już silna, niezależna Ukraina to fundament polskiej racji stanu i nie przykryje tego żadna perspektywa zapalenia sobie jointa na Potsdamer Platz.

Bartłomiej Król
Prawnik z Bałut. Autor nieodżałowanego bloga "Krytyka Królika" oraz współzałożyciel kolektywu artystycznego "Dwa Nazwiska". Stara się nie być mentalnym dziadem, chociaż nie zawsze mu to wychodzi. Od stycznia 2022 r. stały współpracownik portalu TrueStory.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

1 KOMENTARZ

  1. Zgadzam się, sądy w Polsce chodzą na imprezy Tuska, wykonują jego polecenia jak by był królem a dodatkowo wypuszczają przestępców, którzy zabijają, niszczą i obrażają normalnych Polaków, tylko dlatego że są z klubu lewicowo-liberalnego, a kasa idzie z Niemiec. Tak wreszcie trzeba wypieprzyć ten lewacki układ przestępczy !!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze

WordPress Cookie Plugin by Real Cookie Banner