wtorek, 27 lutego, 2024
Strona głównaHistoriaNATO musi zająć Kaliningrad. Inaczej nigdy nie będziemy mieć spokoju

NATO musi zająć Kaliningrad. Inaczej nigdy nie będziemy mieć spokoju

- Dlaczego w ogóle Kaliningrad jest rosyjski? Czemu Rosjanie zajęli enklawę oddaloną tyle kilometrów od jej macierzystych granic? - to pytania, które zadaje sobie obecnie wielu Polaków. Tym bardziej, że klarownej odpowiedzi nie umieliby udzielić ani współcześni, ani Polacy, którzy wjeżdżali do Królewca osiemdziesiąt lat temu.

Kaliningrad, a tak naprawdę Królewiec, od ponad 500 lat powinien leżeć w granicach Polski. Okazja na jego odzyskanie nadarzyła się po II wojnie światowej, ale uczestnicy konferencji poczdamskiej zgodzili się spełnić kaprys Stalina (fot. Pixabay/Google/Defence24)

Trwa wojna na Ukrainie. Choć teoretycznie Rosja ma przewagę na każdym polu, to dzielna ukraińska armia stawia jej opór. Stratedzy i analitycy rysują strzałki na mapach, mające obrazować ruch wojsk. A to strzałka z Białorusi wbija się prosto w Kijów, a strzałka z Naddniestrza w Odessę. Na mapie brakuje obwodu Kaliningradzkiego – piszę o nim w ten sposób, choć zżymam się, że w ogóle akceptujemy tę sowiecką nomenklaturę – ostatecznie, od setek lat w Polsce to miasto było nazywane Królewcem.

Jak Królewiec stał się Kaliningradem?

Królewiec był miastem niemieckim, hanzeatyckim, a pod polskie władanie wszedł jedynie teoretycznie jako lenno książęce na mocy traktatu krakowskiego. Gdyby trzymać się jego postanowień, to ziemie te powinny zostać trwale dołączone do Polski w 1618 roku. Niestety Zygmunt III Waza skupiony był bardziej na pozyskaniu szwedzkiej korony niż realizacji postanowień Hołdu Pruskiego i sprawa została odroczona ad acta. Później zresztą wielokrotnie odbijała się Polsce czkawką.

Najbardziej zaraz przed rozpoczęciem II Wojny Światowej, gdy hitlerowskie Niemcy domagały się stworzenia korytarza gdańskiego i poprowadzenia autostrady z Berlina do Królewca. Niezgoda na ten postulat dała III Rzeszy pretekst do rozpoczęcia wojny. W 1945 roku miasto szturmowane przez sowietów broniło się zaciekle, ale czekał je ten sam los, co każdej upartej, niemieckiej twierdzy. Ostrzał artyleryjski był niedokładny, rozpieprzał budynki mieszkalne i ostatecznie obrócił w perzynę 80 proc. zabudowy.

Królewiec został w dużej mierze zniszczony w czasie wojennych bombardowań, ale zostało tam też sporo miejsc, które cieszą oko (fot. Wikimedia)

Po ostatecznym zwycięstwie los Królewca był niepewny. Polacy wykorzystując tymczasowe bezkrólewie zajęli miasto i zaczęli wprowadzać tam swoją administrację. Zaraz później zostali jednak wyrzuceni na skutek postanowień konferencji poczdamskiej. A miasto zostało przemianowane na Kaliningrad – na cześć Michaiła Kalinina, radzieckiego polityka, którego podpis widniał na decyzji o rozstrzelaniu polskich oficerów w Katyniu.

Kaprys Stalina 80 lat później

Dlaczego Rosjanom tak bardzo zależało na Królewcu? Odpowiedź na to pytanie jest złożona. Stalin na pewno chciał mieć dostęp do bałtyckiego portu, który nie zamarza zimą. Teoretycznie mógł go mieć w ramach państwa polskiego lub litewskiej SRR, ale po prostu nie ufał na tyle kształtującemu się dopiero nowemu, europejskiemu ładowi. Co więcej, wiemy, że myślał już o kolejnej wojnie, a Kaliningrad otwierał mu dodatkowe możliwości ataku, czy to na Szwecję czy na Danię. I to niezależnie od Polaków, którzy mogliby zbuntować się wobec perspektywy III Wojny Światowej.

Tak więc chwilowa zachcianka generalissimusa i potrzeba polityczna sprzed 80 lat umeblowała nam Europę Środkowo-Wschodnią. Zniszczone miasto straciło niemiecki charakter i obrosło sowieckimi blokowiskami. Teoretycznie, trwale odłączyło się od swojego dziedzictwa, choć nie mając lądowego połączenia z Rosją, bardziej żyje marzeniami o wyjeździe do Trójmiasta niż do Moskwy. Zresztą robienie zakupów w Galerii Bałtyckiej było nawet przez chwilę dla Rosjan możliwe, na mocy traktatu o małym ruchu granicznym. Został on zamrożony wraz z agresją Rosji na Ukrainę w 2014 roku.

Rok temu taki filmik mógł budzić uśmiech politowania. Teraz warto się zastanowić, czy NATO powinno tolerować bazy wojskowe wroga de facto wewnątrz własnych granic

Dlaczego my to w ogóle tolerujemy?

Nadrzędną ideą Unii Europejskiej było do tej pory niesienie pokoju. Przymierze handlowe i zyski ze sprzedaży węgla i stali miały być ważniejsze niż jakiekolwiek konflikty o piędź ziemi. Zresztą żadne z dawnych zachodnioeuropejskich mocarstw nie garnęło się do wojaczki. Niemcy w obliczu zadłużonej Grecji woleli przejmować udziały w jej lotniskach czy firmach telekomunikacyjnych, niż wysyłać swoje krążowniki na Morze Egejskie.

Władimir Putin, właśnie po raz kolejny – wzorem swojego poprzednika – wypowiedział ten układ, chcąc jednocześnie nakreślić nową mapę Europy według swojego widzimisię. To polityka niemądra, rewizjonistyczna i nie mająca nic wspólnego z chęcią dorobienia się pokaźnych zysków. W dodatku polityka nieprzewidywalna, która w perspektywie niesie za sobą za sobą śmierć setek cywilów i setki tysięcy uchodźców. Polityka, która wymaga prewencji.

Czytaj też:

Zresztą, nawet jeśli Władimir Władimirowicz uda się już na zasłużoną wieczną wartę i spocznie tuż obok imiennika Lenina, Iskandery wycelowane w pięć europejskich stolic, zdolne do przenoszenia ładunków nuklearnych, zostaną w Kaliningradzie, czekające na kolejnego amatora przesuwania żołnierzyków na mapie.

Demilitaryzacja, denuklearyzacja i derusyfikacja. Oto czego jak najszybciej potrzebuje województwo królewieckie wraz ze swoją stolicą.

Polecamy:

Jan Rojewski
Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze