poniedziałek, 26 września, 2022
Strona głównaPieniądzeKto zarobił na wojnie w Afganistanie?

Kto zarobił na wojnie w Afganistanie?

Pierwszy raz zabrałem się za pisanie tego tekstu w maju. Wówczas wiedzieliśmy, że wojska USA opuszczą Afganistan i spodziewaliśmy się, że Talibowie prawdopodobnie ruszą do ataku. Historia zaskoczyła jednak wszystkich. Tak samo w Waszyngtonie, jak i w Warszawie.

Jan Kulczyk i jego firma CENTAR zainwestowali w 2011 roku w wydobycie złota w Afganistanie (fot. snl.no/Wikimedia/Pixabay)

Tamten tekst zaczynałem od budowy paraleli między wojną w Wietnamie i tą w Afganistanie. To porównanie, które może pozostać niezmienione, a co więcej, po wydarzeniach ostatnich kilku miesięcy zyskało na znaczeniu. Z obu teatrów działań Amerykanie wychodzą po wielu latach obecności i z obu odchodzą z niczym. W mediach za oceanem można usłyszeć, że Talibowie to nowy Wietkong, sama operacja była wyrzucaniem pieniędzy w błoto, a kolejni proamerykańscy politycy zamiast stabilizować sytuację w regionie, przynosili serię rozczarowań.

Obie wojny były też niepopularne społecznie, choć tu znacząca jest różnica skali. Doświadczenie wojny w Wietnamie naprawdę wstrząsnęło amerykańską opinią publiczną. W przypadku wojny w Afganistanie – głównie po zabiciu Osamy bin Ladena – mówiono, że skoro osiągnięto strategiczne cele, to nie ma sensu kontynuować tak drogiej imprezy.

No właśnie, nie ma co porównywać wojny w Wietnamie z tą w Afganistanie jeśli chodzi o liczbę ofiar, bo ta pierwsza była dużo straszniejsza. Ale pod względem wydanych pieniędzy o jakieś porównanie możemy się pokusić.

Według raportu Congressional Research Service konflikt w Wietnamie kosztował amerykańskich podatników 843 miliardy współczesnych dolarów. Z kolei naukowcy z Brown University wyliczyli, że niemal 20 lat wojny w Afganistanie oznaczało koszt (wdech) 2 bilionów 261 miliardów dolarów i iluś tam set milionów, na które nikt nie będzie zwracał uwagę, w momencie gdy mowa o liczbach możliwych do przedstawienia tylko przy pomocy potęgowania.

Oczywiście wyliczenia z wojny w Afganistanie były łatwiejsze do wykonania. Przez lata koszta wojny wzrosły m.in. ze względu na lepszą opiekę, jaką mają weterani po powrocie do kraju lub inwestycje, które są dokonywane na miejscu. Warto jednak zapytać, kto zarobił na wojnie w Afganistanie, gdy państwo traciło pieniądze.

1. Zbrojeniówka

Armia amerykańska outsource’uje i zleca zewnętrznym firmom niemal wszystko: logistykę, gotowanie, sprzątanie czy pranie. Wszystko czego potrzebuje amerykański żołnierz na obczyźnie dostanie od usługodawców.

Największym z nich jest zbrojeniówka. Wystarczy spojrzeć na akcje takich koncernów jak Lockheed Martin czy General Dynamics żeby zobaczyć, że w ciągu ostatnich 20 lat – korzystając na wojnach w Iraku i w Afganistanie – te firmy weszły do innej ligi. Dodajmy do tego, że ich kursy skaczą po każdym głośnym zamachu terrorystycznym. Jeszcze do niedawana na samego Lockheeda Amerykanie wydawali więcej pieniędzy niż dostaje ich urząd skarbowy. W perspektywie nowego wyścigu zbrojeń pomiędzy USA i Chinami poważnie rozważyłbym inwestowanie w ten sektor.

Na wojnie zarobiły też prywatne firmy ochroniarskie czy raczej „paramiliatrne”. Mowa choćby o niesławnej korporacji BlackWater. Jej właściciel Erik Prince – zupełnie niepodobny do kapitana Princa z Call of Duty – służył niegdyś w Navy Seals, choć raczej jako logistyk niż żołnierz. Firmę założył w 1997, tak jakby dobrze wyczuwał przyszłą koniunkturę. Oficjalnie BlackWater miała trenować żołnierzy, ale gdy wybuchła wojna okazało się, że bardziej potrzebna będzie na miejscu, gdzie angażowano ją do niebezpiecznych akcji zbrojnych, także na terytorium Pakistanu. Do dziś ogromnym plusem używania tej jednostki jest fakt, że gdy ginie jakiś jej pracownik, to opinia publiczna traktuje to jako śmierć najemnika, a nie członka US Army.

Minusem są skandale związane z użyciem broni wobec cywilów, czy po prostu masakry, bo trudno inaczej nazwać to co wydarzyło się we wrześniu 2007 roku w Bagdadzie. Wtedy pracownicy BlackWater zastrzelili 17 Irakijczyków. Późniejsze śledztwo wykazało, że jako tako usprawiedliwić można strzelanie do trzech z nich. Pozostali trafili pod lufy karabinów bo znaleźli się w złym miejscu i czasie. W styczniu bieżącego roku Donald Trump podejmując jedną z ostatnich decyzji jako prezydent USA zdecydował ułaskawić czterech żołnierzy, którzy dopuścili się tamtej zbrodni.

Mający złą prasę Prince decydował się często zmieniać nazwę firmy. Blackwater przerobił na Xe Services, a tą na Academi. Rozgłos sprawił, że usługami firmy nie byli zainteresowani wyłącznie Amerykanie. Najemnicy Princa ochraniali pola naftowe na Bliskim Wschodzie i szkolili tajwańską policję. Podobno – podczas kadencji Donalda Trumpa – Prince stał się na tyle silny, że był bliski przekonania prezydenta do pełnej prywatyzacji misji w Afganistanie, wycofania żołnierzy i całkowitego zastąpienia ich najemnikami.

2. Logistycy

Nie muszę dodawać, że na wojnie zyskiwały firmy logistyczne, takie jak KBR. Ale ciekawszym od amerykańskich gigantów, którzy dorobiwszy się na wojnach śmiało myślą o podboju kosmosu są przypadki lokalsów, którzy zyskiwali na okupacji. Kimś takim był opisany przez New Yorkera Hikmatullah Shadman. To młody chłopak, który wyróżniał się znajomością angielskiego i szybko został tłumaczem i przewodnikiem dla Amerykanów. Nowe znajomości pozwoliły mu założyć firmę transportową, której US Army zlecało kontrakty. Do dziś Shadman zarobił ponad 160 milionów dolarów.

Część z tej kwoty będzie musiał jednak oddać Amerykanom. Tamtejszy Departament Sprawiedliwości ustalił, że afgański przedsiębiorca wielokrotnie wystawiał wysokie faktury za usługi, które nie były wykonane, a jego ciężarówki woziły powietrze. Ujawniono także, że pieniądze płacone afgańskim firmom często szły do kieszeni Talibów. Działo się tak dlatego, że lokalni logistycy płacili ukrytym w górach bojówkom żeby te nie atakowały ich transportów. W ten sposób wojna napędzała się w nieskończoność.

Cwaniactwo i łapownictwo zawsze były stałą częścią konfliktów zbrojnych. Za czasów Ronalda Reagana armii zdarzało się wystawiać faktury za młotek na 400 dolarów. Problem polega na tym, że nowa taktyka zakładała, że na kraje trzeciego świata nie tylko się najeżdża, ale także go odbudowuje, a to dostarcza pretekstu do ciągłego wydawania.

Takie podejście może i miałoby jakiś sens gdyby nie druga wojna Ameryki toczona w tym samym czasie, czyli ta w Iraku. Kiedy – chcąc dorwać się do tamtejszej ropy – administracja Georga W. Busha zdecydowała się zaatakować Saadama Hussajna, to Afganistan zszedł na drugi plan.

Od tej pory pieniędzy nie starczało ani na zapewnienie bezpieczeństwa ani na dofinansowanie rządu Karzaja, który radził sobie najlepiej jak potrafił, czyli tworząc korupcyjno/oligarchiczno/mafijną strukturę.

Z kolei Talibowie uciekli do sąsiedniego Pakistanu skąd skutecznie przeprowadzali kontrofensywę. W tym kraju znalazł się także Osama bin Laden, który przebywał tam aż do śmierci.

3. Poszukiwacze surowców

Na wojnie zyskiwali więc głównie wymienieni przeze mnie podwykonawcy, ale też wiele firm z całego świata, które pchały się do Afganistanu skuszone tamtejszymi kruszcami. Do takich poszukiwaczy szczęścia należał m.in. Jan Kulczyk, którego firma CENTAR zainwestowała w 2011 roku w wydobycie złota w Afganistanie.

Nie wiedzieć czemu ten temat nie był często poruszany w polskich mediach, ale jeśli wierzyć doniesieniom Finanacial Timesa, to CENTAR najpierw podpisał z rządem największe kontrakty na wydobycie złota w historii Afganistanu, później miał dziwne problemy z licencją wynikające z natury tamtejszej administracji, a następnie firmowy sprzęt został przejęty przez Talibów, którzy zyskami raczej się z rodziną Kulczyków nie podzielą. W ten biznes razem z Kulczykiem wszedł bank JP Morgan i wydawać by się mogło, że inwestorzy rozumieją jakie podejmują ryzyko. Od początku wykupione przez nich złoża były pilnowane przez osobną mikro-armię uzbrojonych po zęby żołnierzy, gotowych na starcie z lokalnymi watażkami.

Trudno powiedzieć czy Kulczykowie na ten inwestycji zdążyli cokolwiek zarobić. Inwestycjami tych obieżyświatów zajmiemy się jeszcze w innych tekstach. Pewnym natomiast jest, że ktokolwiek położy łapy na afgańskich surowcach, ten nie umrze biedny. Ich wartość szacowana jest na bilion dolarów. To właśnie w nich leżą podstawy finansowania talibskiej dyktatury i to one są powodem, dla których pomocne dłonie wobec nowego rządu w Kabulu wyciągają tak Chiny, jak i Katar.

Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze