poniedziałek, 30 stycznia, 2023
Strona głównaKulturaKoniec złotej ery streamingu. Giganci popełniają cyfrowe samobójstwo

Koniec złotej ery streamingu. Giganci popełniają cyfrowe samobójstwo

Spadek jakości produkcji, rozdrobnienie na rynku oraz antykonsumenckie praktyki. Te trzy czynniki sprawiają, że korzystanie z serwisów streamingowych staje się coraz mniej przyjemne. Cierpią nie tylko widzowie skazani na gnioty, ale też twórcy, których dzieła życia lądują w koszu jako odpisy podatkowe.

Kiedyś jedna opłata za kablówkę, potem jedna za Netflixa. Dzisiaj fan telewizji ma naprawdę przechlapane (Fot. Unsplash)

Koniec z dzieleniem kont i haseł, czyli co się dzieje w Netflixie?

Netflix, zmagający się od dawna z zahamowaniem wzrostu ilości użytkowników, postanowił strzelić sobie w stopę, wypowiadając wojnę dzieleniu haseł przez użytkowników. Każdy, kto korzystał z serwisu, najprawdopodobniej współdzielił konto z kilkoma osobami z kręgu swojej rodziny albo znajomych. Według regulaminu Netflixa mogą to robić tylko „osoby mieszkające razem”, a dzielenie kont przez innych generuje „ogromne straty finansowe”. Wiele wskazuje na to, że koniec tego dobrego.

The Wall Street Journal donosił, że w 2023 r. w USA zamierza wysyłać kod weryfikacyjny na e-mail głównego użytkownika, który będzie aktywny 15 minut – jeśli nie zdążymy na czas, albo wykryte zostaną inne nieprawidłowości (np. logowanie z różnych adresów IP), Netflix zaproponuje nam albo wykupienie dodatkowej subskrypcji, albo rezygnację z multikonta. Nie wiadomo, co z osobami, które np. korzystają z serwisu z dwóch różnych adresów.

I naprawdę, trzeba być korporantem z głową we własnej dupie, żeby nie przewidzieć, jaki będzie rezultat takiej polityki. Straty finansowe to bzdura, bo bardzo wiele osób płaci za serwis tylko dzięki temu, że mogą rozłożyć kosztowną miesięczną subskrypcję na kilka osób. A trzeba płacić za droższe warianty dostępu, jeśli chce się oglądać materiały w dobrej jakości na dużym ekranie – bo opcja na jedno stanowisko przewiduje tylko jakość 720p. Jasne, części osób nie będzie się chciało ściągać materiałów z pirackich stron i przełknie problemy z dostępem, ale wielu użytkowników po prostu przejdzie do innych serwisów, które stanowią już dziś godną konkurencję wobec Netflixa.

Tego typu memy już wkrótce będzie można oglądać tylko w archiwach.

Rozbicie dzielnicowe, czyli ile streamingów trzeba wykupić

Jeszcze kilka lat temu wszystko, co mogło interesować polskiego widza, znajdowało się na dwóch streamingach oferujących zagraniczne seriale oryginalne – Netflixie i HBO. Swoje treści oferował też Player, Ipla czy TVP.pl, jednak serwisy w tym czasie produkowały głównie robione od kalki wyroby serialopodobne (nie, żeby nadal tego nie robiły…). Dwóch gigantów kusiło dużymi, mocnymi markami, jak „House of Cards” czy „Gra o Tron”, które stanowiły rewolucję w stosunku do gniotów, którymi karmiły widzów polskie telewizje.

Natomiast jeśli dziś otworzymy dowolny ranking najlepszych seriali zeszłego roku, to produkcje będą najprawdopodobniej mniej więcej po równo rozłożone między Netflixa, HBO, Canal+, Apple TV i Disney+, a przecież są jeszcze Prime Video, Viaplay czy wchodzący wkrótce do Polski SkyShowtime, nawet nie wspominając o treściach na YouTube Premium. Tak naprawdę rywalizacja o atencję widza jest potężna i chyba nikomu poza zawodowymi krytykami nie starcza już czasu ani pieniędzy, żeby oglądać wszystko wszędzie. A każdy z tych serwisów ma w ofercie perełki, z którymi warto spędzić czas, i które ze względu na system licencji nie zostaną udostępnione innym graczom.

Póki co Netflix nadal króluje w polskim domu trzymając w garści 40% rynku, ale rosnące ceny, spadająca jakość i wspomniana perspektywa walki z dzieleniem kont sprawia, że szybko może się to zmienić. Szczególnie błyskotliwe wejście na rynek miał u nas Disney+, ale jeśli ktoś nie przepada ani za animacjami tego studia, ani za Marvelem, ani też za uniwersum Gwiezdnych Wojen, to raczej będzie miał problem, by znaleźć tam coś dla siebie. Tak naprawdę jedyny sposób na rozdrobnienie streamingów jest taki, że można wykupić dostęp do jednej platformy, obejrzeć interesujące nas produkcje, a potem zrezygnować i przejść na kolejne. Rozbicie dzielnicowe nie sprzyja jednak interesom konsumenta, który musi odpowiednio się orientować na takim rynku.

Rujnowanie franczyz, czyli Geralt przewraca się w grobie

A jeśli nadal pozostaniemy przy „starych serwisach”, to nad ich merytoryczną polityką idzie załamać ręce. Chociażby to, co zrobili włodarze Netflixa ze światem Geralta z Rivii, woła o pomstę do nieba. Już pierwszy sezon „Wiedźmina” miał swoje zgrzyty, ale koniec końców dało się go oglądać. Jednak w drugim materiał źródłowy został postawiony na głowie, a twórcy z Lauren Schmidt na czele zaproponowali własną historię.

Wyszło naprawdę źle, a to, co zadziało się podczas prac nad 3. sezonem, sprawiło, że Henry Cavill poinformował, że rezygnuje z dalszej współpracy (krążą plotki, że poszło właśnie o kwestie artystyczne, scenarzyści mieli bowiem nabijać się z książek Sapkowskiego). Do tego można dodać fatalnie oceniony prequel „Wiedźmin: Rodowód krwi”, w którym twórców interesowała tylko reprezentacja mniejszości, a nie scenariusz.

Czy ktoś wyciągnął z tego wnioski? Czy ktoś wpadł na pomysł, żeby wywalić Lauren Schmidt na zbity pysk i próbować uratować franczyzę? E tam, „Wiedźmin” obok „Squid Game”, „Wednesday”, „Dahmera” i „Stranger Things” jest jedną z chętniej oglądanych pozycji ostatnich lat. To sprawiło, że studio podjęło decyzję, po której redaktor Marcin Pietrzyk z Filmwebu napisał, że fani Geralta z Rivii zwymiotują.

Nie dość, że powstanie 4. sezon „głównego” serialu już z Liamem Hemsworthem w roli głównej, to otrzymamy więcej spin-offów. Czeka nas kolejna po (akurat niezłej) „Zmorze wilka” animacja oraz „serial familijny”. Z punktu widzenia polskiego widza – o ile kiedyś mogliśmy marzyć o tym, że lubiana przez nas franczyza doczeka się wysokobudżetowej ekranizacji, dziś życzyłbym sobie, by korporacyjni scenarzyści zostawili nasze światy w spokoju.

Netflix ogólnie idzie w trend wyciskania swoich franczyz jak cytryn, o czym świadczą choćby takie niepotrzebne kolejne sezony i spinoffy hitowego „Domu z papieru” (wiedzieliście, że powstał koreański remake?). Dostajemy do tego także nawał produkcji niskiej jakości, takich jak głupawe romansidła w rodzaju „Bridgertonów” albo „Emily w Paryżu”, albo wręcz masę reality show, do których przyzwyczaja nas „klasyczna” telewizja.

To bardzo prosty rachunek – zaproszenie kilku gamoni na tropikalną wyspę oraz nagranie ich randkowych perypetii jest dużo tańsze, niż organizacja profesjonalnego planu filmowego, a wyklikać się może równie dobrze. No ale dobra: każdy dzięki temu może znaleźć coś dla siebie, a nie wszyscy chcą oglądać bardziej ambitne produkcje. Szkoda, że czasem właśnie te lądują w śmietniku z naprawdę kuriozalnych powodów.

Kasowanie produkcji i traktowanie twórców jak śmieci

Tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy HBO anulowało „Westworld”, a Netflix „Inside Job” i „1899”. Jasne, można zrozumieć, że podstawowym celem istnienia produkcji telewizyjnych jest zarabianie pieniędzy, a chociażby ten pierwszy ze wspomnianych seriali przy bardzo dużych kosztach był coraz słabszy z sezonu na sezon. Historia przedstawiona w „Westworld” pozostanie niedokończona, i to mimo tego, że konstrukcja umów i tak podobno przewiduje wypłacenie aktorom gaży za niepowstałą, 5. część serialu.

HBO i jego nowa spółka matka robią jednak coś dużo, dużo gorszego, niż tylko anulowanie seriali. Produkcje są wykorzystywane nie jako dobro kulturowe, tylko jak papier wartościowy, który można wykorzystać w celu manipulacji podatkowych. Warner Bros przeprowadziła fuzję z Discovery, tworząc jedną spółkę – Warner Bros Discovery Inc. (w skrócie WBD), na czele której stanął szef tej drugiej firmy, David Zaslav. Dyrektor uznał, że należy przeprowadzić połączenie platformy streamingowej Discovery+ z HBO Max (które z kolei powstało… dopiero równo rok temu). W efekcie czego nie dość, że „Westworld” nie doczeka się kontynuacji, to by zaoszczędzić, poniesione już koszty zostaną wpisane w straty, a sama produkcja zostanie usunięta z platformy.

Podobny los spotkał też inne produkcje, które znalazły się we władaniu nowo powstałej superkorporacji – seriale „Nierealne” i „Final Space” czy filmy „Scoob! Holiday Haunt” i „Batgirl”. Ten ostatni to o tyle kuriozalny przykład, że w produkcję z Leslie Grace i Michaelem Keatonem wpompowano ponad 90 milionów dolarów. Film był już niemal gotowy, ale nie trafi ani do kin, ani na streaming, ani też nigdzie, poza jakimś dyskiem twardym leżącym w czyimś biurku w siedzibie firmy, ponieważ korporacja uznała, że koszt jego produkcji też potraktuje jako stratę dla celów podatkowych – a w efekcie tego nie będzie można na nim więcej zarabiać. Pragnący zachować anonimowość aktor pracujący na planie filmu napisał do mediów tak:

Jestem bardzo urażony tym, co się stało i czuję się okropnie z powodu reżyserów i Leslie Grace, z którymi wspaniale się pracowało, a także wszystkich techników. To było ogromne, satysfakcjonujące wyzwanie, aby zrobić ten film podczas covidu i zimnej pogody w Glasgow. Żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia dla takiego imbecyla jak David Zaslav. Jego tchórzostwo zapiera dech w piersiach. Cieszę się, że mogłem w tym uczestniczyć i życzę wszystkiego najlepszego wszystkim zaangażowanym – poza garniturami z Warner Bros. Ale oni wszyscy zostaną wymienieni prędzej niż później.

Podobna sytuacja spotkała wspomniany już „Final Space”. Twórca tej animacji Olan Rogers poinformował, że ze względu na nietypową sytuację licencyjną serial był udostępniany kilku podmiotom, w tym Netflixowi, jednak prawa autorskie do niego należą do Adult Swim, czyli… do Warner Bros Discovery. Produkcja także posłużyła do odpisu podatkowego, a po wygaśnięciu jej licencji dla Netflixa, nie będzie można jej już legalnie obejrzeć. Olan Rogers podał nawet, że ostatni, 3. sezon nie ma fizycznej kopii, co oznacza, że jeśli WBD nie zmieni zdania, to produkcja będzie dostępna tylko w takich wersjach, w jakich zostanie pobrana z sieci przez piratów. „Próbuję to przełknąć, ale to trudne z uwagi na to, jak bardzo to absurdalne”, kwituje Rogers.

Z tego punktu widzenia należy wznowić dyskusję o piractwie internetowym i zadać pytanie, czy w obliczu tego, że dany film czy serial może w każdym momencie zniknąć z serwisów streamingowych, piraci mimochodem nie stają się kustoszami cyfrowej pamięci? Korporacje płaczą, że użytkownicy okradają je, kopiując z sieci produkcje, co samo w sobie jest dyskusyjne. Ale kogo właściwie okradamy, jeśli z uwagi na zawiłości prawne serial zostaje bez przyczyn artystycznych odłożony na półkę i nikt na nim legalnie nie zarabia? A może powinny wręcz powstać legalne, publiczne albo prywatne inicjatywy, których celem byłoby ratowanie dóbr kultury przed chciwością korporantów w rodzaju Davida Zaslava?

Czytaj także:

Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze