czwartek, 6 października, 2022
Strona głównaPolitykaDzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Oshiya pilnie poszukiwani

Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Oshiya pilnie poszukiwani

Do Polski z Ukrainy przyjechało już 700 tysięcy dzieci w wieku szkolnym, a niemal co dziesiąte już zapisało się do polskich szkół. O ile już wcześniej były one przepełnione, o tyle teraz można już myśleć nad zatrudnieniem kogoś na wzór oshiya, czyli upychaczy pasażerów z tokijskiego metra.

Polskie szkoły już wcześniej były one przepełnione, o po przyjęciu dodatkowych kilkudziesięciu tysięcy uczniów z Ukrainy można już myśleć nad zatrudnieniem kogoś na wzór oshiya, czyli upychaczy pasażerów z tokijskiego metra (fot. Facebook/YouTube)

Limity liczby dzieci do dzieci w grupie przedszkolnej zwiększono do 28 i aż do 29 klasach I-III szkoły podstawowej. Czytanie relacji nauczycieli w sieci i prowadzenie zajęć języka polskiego jako obcego dla dzieci w szkole podstawowej, doprowadza do kilku wniosków dotyczących polskiego systemu edukacji. Mówiąc ogólnie:

Nie radzi sobie

I właściwie trudno się dziwić – przyzwyczaił nas do tego. I najróżniejsze androny plecione przez ministra są tutaj tylko wierzchołkiem góry lodowej, z której moglibyśmy pośmiać, gdyby nie dziwne przeświadczenie, że konsekwencje zderzenia z nią wcale nie będą należały do przyjemności. Dla przykładu, minister wyraża nadzieję, że już niebawem dzieci z Ukrainy wrócą do swoich domów. 

Nadziei to i może można pozazdrościć, ale przywoływanie jakiegokolwiek skrawka rzeczywistości udowadnia, jaka ona jest płonna. Cóż jednak rzeczywistość? Czarnek trzyma się pewnie tego, że Kaczyński zaapelował do społeczności międzynarodowych, żeby zmusiły Putina do wycofania się. A siły słowa, w szczególności prezesa PiS, nie da się przecenić.

Przynajmniej w polskiej edukacji. Dużo się mówi, wprowadza papierowe zmiany, tworzy protokoły i sprawozdania… I dzięki temu wszystkiemu od razu widać, że jest lepiej. To, że nie jest, to najwyraźniej wina rzeczywistości, która nie umie się dostosować do określonych wymagań. Przecież dopychanie kolejnych uczniów bez tworzenia nowych oddziałów na kartce wygląda dobrze. W praktyce – czekamy na oshiya.

Równe traktowanie, czyli niech rybka wejdzie na drzewo

W polskich szkołach pojawiają się dzieci z Ukrainy. Nauczyciele dwoją się i troją, żeby pogodzić ze sobą najróżniejsze elementy. Bo choć akcja już trwa, to nie wiadomo, czego się spodziewać. Niektóre sprawy można by w obecnej sytuacji pominąć, jak choćby dostosowywanie wymagań i ocenianie. Nikt tego od góry nie ma zamiaru wprowadzić. 

Dodatkowo pojawiły się pierwsze osoby oburzone na coś, co w swoim mniemaniu odczuwają jako niesprawiedliwość lub nierówne traktowanie. Równością ma być stosowanie tych samych wymagań dla osób, które właśnie uciekły z kraju objętego wojną i nie znają języka polskiego jak i uczniów, którzy w naszym systemie edukacji funkcjonują od przedszkola.

To przypomina trochę stary satyryczny rysunek, na którym od rybki w akwarium, słonia, małpki i innych zwierząt oczekuje się, że będą rywalizować we wchodzeniu na drzewo. I o ile ta grafika była synonimem polskiej oświaty, to jednocześnie wyśmiewała ją przez wyolbrzymienie. Teraz niektórzy chcą urzeczywistnić. Brak sensownych systemowych rozwiązań powoduje, że rzucone mimochodem komentarze wybrzmiewają coraz głośniej.

Tymczasem w szkołach przybywa dzieci z Ukrainy 

Dzieci ze swoimi niełatwymi historiami. I na samym doświadczeniu wojny się tutaj nie kończy. Pamiętajmy, że nie zawsze słowo dziecko oddaje pełnię zjawiska. Często to młodzież ze swoimi pierwszymi towarzyskimi doświadczeniami, rodzinnymi problemami. Rozbici, niepotrafiący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. To nie są maluchy, które chętnie pokolorują obrazek i rozwiążą krzyżówkę. 

Ilu z nich trafiło do szkoły, która bierze udział w konkursie „Wołyń – pamięć pokoleń”, odbywającym się pod patronatem ministra, który zamiast odwołania został przedłużony?

Ich wszystkich umieszcza się w szkołach już nie tyle na chybił-trafił, ale raczej na jebał-to-pies. Nikt nie potrafi nad tym zapanować, bo znowu zapanować musieliby ci na dole -nauczyciele. Od góry nie proponuje się żadnych realnych rozwiązań. Warto jednak pamiętać, że doba nauczycieli ma także dwadzieścia cztery godziny. 

Że mimo wszystko nie są maszynami, ale osobami, które muszą zadbać także o siebie. Wrócić do swoich domów, w których czekają ich prywatne zadania i problemy. Częstokroć są to ludzie, którzy po godzinach pracy także pomagają uchodźcom. Nie samą pracą żyją. I dobrze by było, gdyby w pracy to pracodawca zorganizował to, co do pracodawcy należy.

Jakoś to będzie. Bo będzie, prawda?

Tymczasem nauczyciele we własnym zakresie znowu załatwiają materiały, znowu poświęcają swój czas, znowu posiłkują się własnym sprzętem. Tym razem najczęściej telefony służą za tłumaczy, żeby w ogóle można się z uczniem dogadać. Czasami pomagają uczniowie, którzy przybyli do Polski już wcześniej. Chwała im za to! Ale czy naprawdę na tym naprawdę ma polegać rola szóstoklasistki, żeby być dorywczo tłumaczką?

Polecamy:

Liczenie na to, że uczniowie i nauczyciele sami sobie poradzą, jest tak naprawdę kolejną porażką systemu edukacji, na której ucierpią najbardziej dzieci i młodzież. Porażką, która wynika z tego, że poprzednich nikt nie potraktował poważnie. Liczono, że to nauczyciel rozwiąże wszelkie szkolne problemy. Rozwiąże?

Czytaj też:

Michał Domagalski
Pisarz. Autor "Poza sezonem" (nominacja do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius oraz do Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny) oraz "za lasem/". Publicysta. Sporadycznie nauczyciel.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze