czwartek, 7 lipca, 2022
Strona głównaEkologiaWyrzucasz jedzenie = szerzysz wściekliznę

Wyrzucasz jedzenie = szerzysz wściekliznę

Wścieklizna w stolicy robi się coraz większym problemem. Kilka dni temu mieszkańcy Mazowsza dostali na swoje telefony specjalny alert bezpieczeństwa, ostrzegający przed chorobą. Jednak lekarstwa na wściekliznę jak nie było, tak nie ma. Czy jest w takim razie sposób, by ograniczyć jej rozprzestrzenianie?

Wściekliznę – która jest nieuleczalną chorobą – przenoszą głównie dzikie zwierzęta np. lisy czy szczury (Pixabay)

Spacer z psem to zasadniczo dość relaksujące zajęcie. Ale ja ostatnio często wracam z takich spacerów mocno zirytowana. Nie tylko zresztą ja – tak mnie, jak i mnóstwo osób, które wraz z ich podopiecznymi regularnie spotykam w psim parku irytuje dokładnie to samo.

Wścieklizna w Warszawie. Uważajcie na swoje psy

Źle było już przed świętami, teraz sytuacja jest jeszcze gorsza. Z dwóch powodów: minionych świąt i kolejnego rozporządzenia wojewody mazowieckiego.Te dwa powody są ze sobą zresztą nierozerwalnie powiązane i osoba wojewody nie ma tu nic do rzeczy. Ale od niej zacznijmy.

Do województwa mazowieckiego i na teren Warszawy z przytupem powróciła wścieklizna. Już jakiś czas temu na wejściu do parków w mojej okolicy pojawiły się ostrzeżenia, aby unikać kontaktu z dzikimi zwierzętami, które w nich mieszkają: jeżami, wiewiórkami. Żeby psy prowadzać jedynie na smyczy i koniecznie zaszczepione. Niedawno pojawiła się też informacja o wydanym przez wojewodę nakazie szczepienia nie tylko psów, ale i kotów. Bo rozprzestrzeniająca się na terenie miasta i województwa wścieklizna ani myśli zwolnić. Dziś zresztą przyszedł mi w tej sprawie na telefon alert RCB. 

W tej sytuacji trudno działania wojewody uznać za nadmiarowe. Wścieklizna jest chorobą wirusową, w pierwszej kolejności atakuje układ nerwowy. I jest u zwierząt zawsze śmiertelna, również dlatego, że nie ma na nią leku. W Polsce jest zresztą absolutny zakaz leczenia zwierząt podejrzanych o wściekliznę – to po prostu zbyt duże ryzyko.

Wścieklizna może się zresztą przenosić ze zwierząt na ludzi. Rzadko kogo udaje się uratować po wystąpieniu pierwszych objawów – to pojedyncze przypadki. Jedyna realna i naprawdę skuteczna broń, jaką przeciw wściekliźnie mamy to szczepienia. I cały szereg środków ostrożności, jak te wymieniane na parkowych ogłoszeniach. 

Szczury w Warszawie mają lepiej niż w Szanghaju

Szczepi się też zresztą dzikie zwierzęta. Na terenie mojego osiedla rozsypano karmę dla żyjących tu dziko lisów, która taką szczepionkę zawiera. Problem w tym, że na moim osiedlu dziko żyją nie tylko lisy, które tę szczepionkę zjedzą. Znacznie więcej jest na nim żyjących nie tylko dziko, ale i wyjątkowo dostatnio szczurów, z którymi – jak żali się administracja – nie sposób się uporać. 

– U mnie wystawili te plastikowe klatki deratyzacyjne z trutką – opowiada właścicielka sznaucerki Neli – Ale już następnego dnia były połamane. 

U mnie nie są. Nie są też jednak specjalnie skuteczne. A skąd to wiem? Z obserwacji. Podczas odbywanych późną nocą spacerów z psem zdarza mi się bowiem regularnie szczury widywać. Jeszcze częściej zdarza się, że widzi i czuje je mój pies, którego kilkukrotnie tylko gruba jak końska lonża smycz i wyciągane przeze mnie z kieszeni psie ciasteczka powstrzymały przed rzuceniem się za którymś w szaleńczy pościg po warszawskiej Pradze. 

Przez chwilę zastanawiałam się zresztą, skąd w Warszawie tyle szczurów. Widywałam je regularnie w Szanghaju, ale nie na osiedlu, gdzie mieszkałam. To o tyle dziwne, że dwa piętra pod moim mieszkaniem była duża i popularną restauracją. Wchodziło się do niej od strony ulicy, podczas gdy wejście do części mieszkalnej było na tyłach budynku i prowadziły do niego zewnętrzne schody. Pod schodami znajdowały się drzwi do magazynów i restauracyjnej kuchni. Na samych schodach, pracownicy tejże restauracji ogłuszali, a potem zabijali i czyścili ryby, które klienci wybierali sobie do konsumpcji z restauracyjnego akwarium. Schody były wiecznie brudne, ale nigdy nigdzie nie było widać żadnych resztek. Zjadało je stado hołubionych tak przez pracowników restauracji, jak i mieszkańców mojego szanghajskiego osiedla kotów.

Odpowiedź na pytanie, skąd tyle szczurów w Warszawie, szybko pomógł mi znaleźć nie kto inny, jak właśnie mój pies. To on uzmysłowił mi, ile jedzenia wala się w tym mieście dosłownie po ulicach. Nie dlatego, że rozwłóczą je ze śmietników wrony i gawrony – nie. Wala się, bo ludzie je beztrosko na te ulice wywalają.

Colesław i zgniła sałatka w karmniku dla ptaków

– Poszedłem kiedyś do sąsiada – opowiada mi właściciel Maksia w chwilę po tym, jak wyrwał mu z paszczy zdobyczną, nadpleśniałą kromkę chleba – Wprowadza mnie do pokoju, rozmawiamy, na biurku stoi sobie talerz z niedokończoną kanapką. Ja patrzę, a sąsiad bierze tę kanapkę i bez namysłu ją fruuuu, za okno. „Panie Tadeuszu, do cholery, co pan robi?”, się go pytam w ciężkim szoku. „A jakieś ptaszki sobie zjedzą”.

Aha, takie z wąsami i długim, nagim ogonem najprędzej. 

– Schudła 8 kilo w ciągu tygodnia – żali się właścicielka Lajli, biszkoptowej labradorki – Coś zeżarła i się zatruła. Wymioty, biegunka, odwodnienie, wszystkie elektrolity w chaosie, była dosłownie na granicy, lała mi się przez ręce. Bardzo cierpiała i bardzo była biedna. Trzy noce z rzędu nie spałam, żeby czuwać. Teraz biedna jestem ja, bo na leczenie poszedł majątek. Ale dobrze, że wyzdrowiała. 

Niektórzy stali bywalcy lokalnego psiego parku, witają się informacją o tym, co dziś „serwują” w czymś, co w zamyśle projektantów miało być karmnikiem dla ptaków.

– Dzisiaj jest zepsuta sałatka jarzynowa. Nawet mój żarłok jej nie ruszył.

– Została ze świąt.

– Pewnie tak, ale co tam w zeszłym tygodniu robił colesław?

Komu, w środku stolicy Polski, się wydaje, że dobrym sposobem na pozbycie się nadpsutego jedzenia jest karmnik dla ptaków w lokalnym parku? Jaki gołąb, jaka sikorka, jaki gawron połasi się na sałatkę colesław? 

 – Kiedyś widziałem, jak kobieta wyrzucała z gara na trawnik skwaśniały bigos – mówi wzburzony opiekun uroczej Belli – „Ale co pani robi?”, się jej zapytałem. „A jakiś bezpański piesek sobie zje!” W tym mieście od lat, do cholery nie ma bezpańskich psów! A jeśli nawet by były, to kto je z zatrucia będzie leczył? Cieszy się pani, że się przyczynia do śmierci jakiegoś zwierzęcia w męczarniach? 

Bo ta sałatka jarzynowa i colesław trafiają do tego parkowego „karmnika” pomimo tego, że stoi tam ogromna tablica informująca, czym należy ptaki karmić. I na tej liście nie ma żadnej z tych sałatek. 

Na moim osiedlu, gdzie gros mieszkańców stanowią osoby starsze, co krok rozwieszone są informacje, że ptaków nie należy karmić starym chlebem i bułkami, bo to dla nich szkodliwe.

Wyrzucasz jedzenie na trawnik? Karmisz szczury i szerzysz wściekliznę

– Kojarzy pani to miejsce za przystankiem autobusowym? – zapytał mnie kiedyś znajomy właściciel trzech przyjaznych kundelków – To, gdzie na trawniku stoi tablica „nie karmić gołębi”? 

– To, gdzie wiecznie wala się pieczywo?

– Tak – potwierdził – Szedłem tamtędy wczoraj w nocy z psami. Jak doliczyłem się setnej kromki, setnej, to przestałem liczyć. I wcale nie policzyłem wszystkich.  

Dzisiaj, nie chcąc przy okazji każdego spaceru siłować się z własnym psem, podniosłam z trawnika pod blokiem cały płat nadpsutego łososia, półkilogramowe opakowanie mielonego mięsa i pudełko z niedojedzonym hummusem i z obrzydzeniem wyrzuciłam do kosza. Całego miasta jednak nie posprzątam, sałatki jarzynowej ani bigosu rękami z trawnika nie zbiorę. 

Dwie rzeczy są za to dla mnie całkowicie jasne: po pierwsze, odruch niemarnowania jedzenia to nie jest zły odruch. Dziwi jedynie, że w epoce, kiedy go w sklepach nie brakuje i nie zabraknie, tak głęboko w wielu tkwi potrzeba kupowania i przygotowywania posiłków jak dla pułku wojska. I skoro tak głęboko tkwi, to może przydałyby się jasne wytyczne, co z nadmiarem żywności robić?

Polecamy:

– Za to powinny być mandaty – poirytowana wyznałam sąsiadce – Za wywalanie resztek żywności na trawniki, do parku, na ulicę.

– Powinny – zgodziła się ze mną pani Ala, która swojego Bolka wyprowadza tylko w kagańcu – Ale kto by je miał wlepiać?

Ja. Ja bym je wlepiała. I nie miałabym absolutnie żadnego zrozumienia i jeszcze mniej litości. I nie mam wątpliwości, że z ogromną chęcią wlepiałaby je też opiekunka terierki o imieniu Maszeńka:

– Chlew, dosłownie chlew tu urządzili – ze smutkiem pokiwała dzisiaj głową widząc pod parkowym ogrodzeniem kolejny, plastikowy pojemnik z kluskami z rosołu – Ale tam, trzy przecznice dalej, jest w sumie jeszcze gorzej. 

W ten sposób sami tej wściekliźnie pomagamy. Sami, własnoręcznie, te szczury do siebie zapraszamy. I dopóki to się nie zmieni, również walka ze wścieklizną będzie walką z wiatrakami, na której wszyscy ucierpią i nikt nie zyska. Również – a może przede wszystkim – te dokarmiane poświątecznym bigosem i sałatką colesław dzikie, miejskie zwierzęta.

Czytaj też:

Urszula Kuczyńska
Urszula Kuczyńska: lingwistka i ekonomistka, aktywistka klimatyczna i publicystka, prowadzi bloga "Z energią", którego możecie znaleźć pod tym adresem: https://www.facebook.com/urszulakuczynskazenergia
ARTYKUŁY POWIĄZANE

3 KOMENTARZE

  1. No, przydałyby się kary administracyjne. Nakładane na zasadzie podpier*alania sąsiada przez sąsiadów. Zero litości. Dopiero wtedy ludzie się oduczą robić z miejskich parków i trawników chlew.

    • Ja rozumiem, że na polonistyce o tym nie uczą, ale to wiedza z liceum: otóż szczury nie są na wściekliznę odporne. I roznoszą ją również dlatego, że wolnożyjące w miastach koty, kuny, czy lisy na nie polują. Duh.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze