piątek, 12 sierpnia, 2022
Strona głównaPolitykaWojna nie ma w sobie nic z człowieka. FELIETON GAWINA

Wojna nie ma w sobie nic z człowieka. FELIETON GAWINA

Kilka migawek ze świata, który stanął w ogniu. W momencie, kiedy piszę te słowa, wszystko się dezaktualizuje. Dezinformacja eskaluje na niespotykane dotąd skale. To już nie tylko rosyjska propaganda – do tej mamy coraz bardziej ograniczony dostęp, gdy różnego rodzaju platformy telewizyjne i internetowe wycofują rosyjskie kanały i strony z oferty; to także wojenna propaganda sukcesu, potrzebna i pożądana, która osamotnionej w tym konflikcie Ukrainie podnosi i tak już wysokie morale.

Kto jeszcze miesiąc temu spodziewał się, że dopadnie nas oldskulowa, dwudziestowieczna wojna? (fot. Pixabay)

Osamotnionej, ponieważ pomoc pośrednia, także ta związana z dostarczaniem broni, stanowi unikanie odpowiedzialności za konflikt, już teraz, światowy, przynajmniej na poziomie symbolicznym. Chociaż biorąc pod uwagę rozmach i zaangażowanie prawie całego cywilizowanego świata – to już jest wojna światowa. Podejmowane na odległość i przez internet działania są działaniami bojowymi (zresztą takie prognozowano w przypadku konfliktów po 2000 roku). Tyle, że Ukraina potrzebuje przede wszystkim niezdalnego wsparcia militarnego.

Problem w tym, że mało kto spodziewał się działań w oldskulowym stylu wojen dwudziestowiecznych i staromodnych inwazji: napieramy, mimo wielkich strat w ludziach i wywieramy presję, atakując obiekty cywilne, nie wykluczając przedszkoli, szpitali i domów mieszkalnych. NATO i UE pozostają w szoku; niezmiennie wykluczając użycie własnych wojsk.

Dobrze, że Ukraińcy i Ukrainki to naród bojowy i nieustraszony; nie poddadzą się, jak chciałaby część pacyfistycznej lewicy. Jednak kategorie państwa i narodu nie zdeaktualizowały się na wschód od UE i myślę, że gdyby Rosja ruszyła dalej na Zachód, okazałoby się, że trzymają się mocno również w krajach obecnie frontowych. Unijne mogą być sobie wartości – tożsamość oddziałuje zdecydowanie bardziej lokalnie; ciężko z niej leczyć także przy wysokim poziomie globalizacji.

Niedobrze, że Rosjanie i Rosjanki to naród bojowy i zdemoralizowany. Nawet jeśli do walki wysyła młodzież, której wydaje się, że kogoś wyzwala, tudzież uczestniczy w szkoleniu (więc, w razie czego, na ukraińskiej stacji benzynowej można poprosić o paliwo), i nawet jeśli ta młodzież jest zdezorientowana, boi się, a w skrajnych wypadkach dezerteruje, to wciąż mamy do czynienia z jedną z najgroźniejszych armii świata, której dowództwo poświęci dowolną liczbę osób, by osiągnąć cel. Zburzy, zgwałci i zamorduje wszystko, co stanie na jej drodze.

Nie bawmy się w sztuczne podziały płciowe: walczą albo spierdalają wszyscy. Żołnierki i samotni ojcowie dziećmi, najszybsza fala uchodźcza od czasów wojen światowych. (W Ukrainie dość łatwo, za odpowiednią opłatą, można nabyć papier „niezdolny do służby wojskowej”; w Ukrainie dość szybko pojawiły się oddziały składające się z samych kobiet).

Niemieccy politycy są i byli zszokowani chyba w największym stopniu: oto sieć powiązań biznesowych, która wszystkim się opłacała, nie zapobiegła wojnie. Oto okazało się, że Putin kłamał zawsze, kiedy inni światowi przywódcy kłamali raczej sporadycznie. Oto zawalił się porządek świata, do którego może i Niemcy, nominalnie, dopłacali, ale który konserwował ich hegemonię. Najgorsza jest chyba świadomość, że lata wazeliniarstwa wobec rosyjskiej wierchuszki nie były w stanie powstrzymać rozwoju starotworu.

Język dyplomacji utknął w unijnym i natowskim gardle i raczej się nie otrząśnie. Najpierw strajk kobiet i osiem gwiazd, teraz globalne: „Putin chuj”. Język dyplomacji już nie wróci do uprzejmości z czasów wojen światowych i zimnych, żelaznych kurtyn i braterskich inwazji; Solidarności i okrągłych słów. Okrągłe słowa straciły moc; wiedźmy pro- i antyputinowskie mają coraz mniejsze pole manewru przy rzucaniu klątw i zaklęć tudzież budowaniu fortec energetycznych. Język stał się smutnym narzędziem, konserwującym brak przemian w ogólnoludzkiej mentalności, pierwotnym okrucieństwie, którego nikt nie wyplenił, a które w sytuacji pokoju dokarmiało się, nawet nie zawsze po cichu, drobnymi aktami codziennej przemocy, nie tylko przecież w popkulturze (kto ma dzieci, ten wie, jakie potrafią być bezwzględne i brutalne).

Czy wyłącznie Putin odpowiedzialny jest za agresję? Nie. Czy naród rosyjski, albo jakaś rosyjska społeczność, ponosi współwinę? I tak, i nie. Lata indoktrynacji robią swoje. Lata bezkarności również. Jednak na pewno nie wszyscy ślepo i bezmyślnie wykonują rozkazy. Za każdym dyktatorem stoi ogromne zaplecze zbliżonych do niego skurwysynów; i część ludzkiej mentalności, która dopuszcza takich skurwysynów, w imię jakiegoś rodzaju dumy i satysfakcji, do władzy.

Cała nadzieja w oddolnych rewolucjach i akcjach. Nie spodziewałem się, że hiperpoprawność polityczna zostanie wykorzystana w tak szczytnym celu. To jest prawdopodobnie najpoważniejsza przyczyna tak daleko idących sankcji, nakładanych na rosyjskiego agresora: w dobrym i słusznym duchu jest izolować, odcinać i marginalizować to, co rosyjskie. Oczywiście, jedną kwestią jest deklaracja sankcji, drugą – ich wdrażanie i egzekwowanie. Ale obserwując degrengoladę rubla i zamknięcie rosyjskiej giełdy, wniosek jest, na szczęście, jeden: te już wprowadzone zaczynają działać nawet szybciej i dotkliwiej, niż zakładano.

Kwadratowe słowa mają jeszcze moc, zwłaszcza w systemie opartym na kapitale: wystarczy jedna deklaracja, by uruchomić samospełniającą się przepowiednię. Truizm, który należy niezmiennie przypominać: w gospodarce wszystkie naczynia są połączone. Po uszkodzeniu / odłączeniu jednego – cierpią wszyscy. I będziemy cierpieć, nawet jeśli Putin nas nie najedzie. Z tego też należy zdać sobie sprawę. Począwszy od jeszcze wyższej inflacji, poprzez kolejne niedobory, również takie, które absurdalnie fundujemy sobie sami, wpadając w panikę i wykupując po kilkanaście kanistrów paliwa na głowę, a także wyciągając naprawdę bardzo grube z bankomatów. Nie idźmy tą drogą, nie dajmy się pokonać szaleństwem!

Spodziewałem się, że będziemy pomagać i wręcz się z tym obnosić, lansować tudzież klikać (i bardzo dobrze, należy rozpowszechniać podobne postawy!). Nie myślałem jednak, że stanie się to wręcz bezwzględnie egzekwowanym obowiązkiem, który przesłoni cały świat.

Groźne jest lekceważenie potencjalnego wybuchu realnej wojny na szerszą skalę, w państwie przyfrontowym. Właśnie wracałem z pewnego dużego miasta (nazwę utajniam ze względów strategicznych) pociągiem w towarzystwie kilku oficerów Wojska Polskiego. Rozmawiali prawie wyłącznie o mobilizacji. Znowu, jadąc do innego dużego miasta, tym razem autostradą, widziałem sporo samochodów wojskowych: ze sprzętem, przemieszczających się w kierunku wschodnim i pustych, wracających. Mężowie i partnerzy moich serdecznych koleżanek, którzy służą w Wojsku Polskim, już 24 lutego dostali informację o możliwych misjach przygranicznych.

Ale równie groźne jest lekceważenie pokoju. Nieśmy pomoc, angażujmy się, ale róbmy swoje: nie pokazujmy, że wojna nas zmienia. Nie pokazujmy, że solidarność i pomoc to nasze cechy jedynie w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Nie pozwólmy się zastraszyć, że od teraz inaczej się nie da. Właśnie do drzwi zadzwonił mi aktywista kampanii na rzecz poszerzenia wiedzy o autyzmie. Właśnie poprowadziłem zdalne warsztaty dla młodzieży z krakowskiej biblioteki. Ani słowa o wojnie, ani słowa o śmierci, ani słowa o wielkich narracjach, które nam grożą. Świadomość jest bardzo wysoka. Pomagajmy więc całym sercem, ale umysłem ogarniajmy szersze spektrum rzeczywistości, która wciąż nam każe walczyć również na innych frontach.

Zobacz też:

ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze