czwartek, 6 października, 2022
Strona głównaKulturaSerialeTatuaż ze Stranger Things a Holokaust. Twórcy przesadzili?

Tatuaż ze Stranger Things a Holokaust. Twórcy przesadzili?

Nowy, 4. sezon "Stranger Things" od Netflixa, co typowe dla tej popkulturowej bomby, przywrócił do życia masę motywów i toposów, o których zapomnieliśmy - choćby wykorzystany kilka razy "Running up That Hill" Kate Bush wrócił na listy przebojów. Zagorzali fani znów tatuują sobie wzór, który główna bohaterka, Eleven, ma w pamiątce po tajnym, rządowym ośrodku. Niektórzy bowiem wskazują, że taki rysunek na ciele przypomina tatuaże z Auschwitz i trzeba upaść na głowę, żeby go wykonać.

Czy tatuaż inspirowany tropem, który jest z kolei pośrednio inspirowany historiami nazistowskich obozów koncentracyjnych, to przesada? (Fot. materiały prasowe/Wikimedia)

Tatuaże z numerem. Były w Auschwitz i są w „Stranger Things”

Jak wiedzą ci, którzy oglądali, cała sprawa rozchodzi się o numerek 11, który główna bohaterka serialu, jako uciekinierka z tajnego rządowego ośrodka, ma na ręce. Połączenie takiego tatuażu z Holokaustem stanowi tzw. pars pro toto – skojarzenie z tylko jednym motywem łączonym z danym zagadnieniem powoduje jego automatyczne powiązanie z całością. Akurat tak się składa, że dokładnie taki sam rodzaj oznaczenia był stosowany tylko w jednym miejscu okupowanej przez nazistów Europy, za to w takim, które wywarło najpoważniejszy wpływ na świat.

No bo przez obozy wchodzące w skład kompleksu Auschwitz przewinęło się ok. 1,3 mln osób, z czego co najmniej 865 tys., głównie pochodzenia żydowskiego, zostało zamordowanych od razu po przyjeździe. Obóz stał się właściwie synonimiczny z nazistowską machiną zagłady, która najpierw polegała „jedynie” na izolowaniu i fizycznym wyniszczaniu elementów niepożądanych w totalitarnym państwie niemieckim, a następnie także na fizycznej likwidacji całych grup etnicznych.

Standardowym oznaczeniem w hitlerowskich obozach koncentracyjnych były różnokolorowe trójkąty, przyszywane na więziennych pasiakach. Czerwony był przeznaczony dla więźniów politycznych, zielony dla kryminalnych, różowy dla homoseksualistów, żółty (właściwie dwa żółte w kształcie gwiazdy Dawida) dla Żydów i tak dalej. Na naszywce znajdowała się też litera wskazująca na narodowość więźnia, a dopiero pod trójkątem doszywany był jego numer identyfikacyjny. Tylko w Auschwitz powyższy numer był tatuowany na ciele więźnia, standardowo na lewym ramieniu, rzadziej na lewej piersi.

Tatuowanie, jak wskazują badacze, miało pod Oświęcimiem raczej charakter pragmatyczny, choć oczywiście stanowiło także kolejne poniżenie dla więźniów. Nadzorujący obóz funkcjonariuszze SS wymyślili, że oznaczenie numeru na ciele osadzonych jest koniecznedo tego, by można było przeprowadzić identyfikację także po ściągnięciu obozowego łachmanu. A wiadomo, Ordnung muss sein, papiery musiały się zgadzać. Zasadniczo tatuaż był umieszczany po zewnętrznej części przedramienia, chociaż od 1943 r. zdarzały się też przypadki umieszczania go po drugiej stronie.

Tatuaże robiono tylko tym więźniom, którzy byli rejestrowani i trafiali do obozowych robót. Osoby przeznaczone tylko do obozu zagłady Birkenau, które były mordowane wkrótce po wyjściu z pociągu, nie trafiały nawet do obozowej kartoteki. Podobnie procedury oszczędzano niektórym „wyższym” kategoriom więźniów – w szczególności etnicznym Niemcom. Tatuaż z numerem zrobiono tylko części osadzonym z ponad 400 tys., którzy zostali zarejestrowani w Auschwitz. Cała reszta z 1,3 mln więźniów trafiła do gazu.

„Stranger Things”. Popkulturowy odkurzacz wciągnął trochę za dużo?

A co to ma wspólnego z „Stranger Things”, jednym z najpopularniejszych seriali Netflixa? W świecie tego serialu, który stanowi jeden wielki popkulturowy tygiel, znalazło się także miejsce na topos szalonych naukowców, prowadzących chore eksperymenty medyczne, także na ofiarach, które sobie niczym na to nie zasłużyły. To akurat trop znacznie starszy od nazizmu, bo w kulturze pojawił się już co najmniej we „Frankensteinie” Mary Shelley z 1818 r.

Serialowy projekt MKUltra, czyli tajna rządowa operacja, wskutek której główna bohaterka „Stranger Things” została umieszczona w zamkniętym ośrodku, jest bezpośrednio wzorowana na prawdziwym projekcie prowadzonym przez CIA w latach 1953-1973. Jednak w odróżnieniu od prawdziwej historii, tu pojawia się naukowiec o jednoznacznym nazwisku Martin Brenner, a króliki doświadczalne, w tym nasza postać, utraciły swoją tożsamość, stając się tylko numerami. Ba, wytatuowanymi na ich ciele na przedramieniu.

A to oznacza, że gdyby się uprzeć, to od początku można było zarzucić serialowi holocaust exploitation, czy też tabloidyzację Holokaustu. Czy wykorzystanie tych kilku motywów jest do tego wystarczające? Nie oszukujmy się, w światowej kulturze tatuaż z numerem na przedramieniu to jednak jeden z motywów, który razem z napisem „Arbeit macht frei” czy pasiakiem najsilniej zakorzenił się w wyobraźni odbiorców. Oczywiście już po początkach serialu zaczęły się pojawiać zrobione w ten sposób tatuaże, podobnie zresztą jak wielu ludzi nazwało swoje dziecko Eleven. Obecnie, jak możemy zauważyć w social mediach, trend wraca.

Brak opisu.
Po co mi ta nauka historii, pójdę sobie popracować w social mediach, Instagram jest moim życiem…

„Stranger Things”. Sezon 4 kręcony w dawnym więzieniu Gestapo

Producenci serialu mogliby się od tego łatwo odciąć, ale sami sobie strzelają w stopę. Otóż okazuje się, że część nowego, czwartego sezonu serialu kręcona była w więzieniu na Łukiszkach w Wilnie. To obiekt, który był wykorzystywany w celach penitencjarnych przez polską służbę więzienną, a potem przez NKWD. Jednak w międzyczasie zajmowało go też niemieckie Gestapo, które wykorzystywało je jako obóz przejściowy dla nadbałtyckich Żydów przed wysłaniem ich na zagładę. ZSRR, a potem Litwa korzystało z obiektu do 2019 r., co umożliwiło filmowcom wejście do lokacji.

Obecnie zaś w tym miejscu otworzono lokal oferujący nocleg w pokoju przypominającym scenografię z serialu. Ta paralela nie pomaga w ewentualnym odcięciu się od kulturowego dziedzictwa nazizmu. Na domiar złego, zarządcy social mediów serialu chyba nie uważali na lekcjach historii (albo nie mieli omawianego Holokaustu, chociaż to akurat mniej prawdopodobne) i otwarcie repostują wspomniane fanowskie tatuaże na swoich kontach. Oczywiście, serial nic wspólnego z nazizmem nie ma. Zresztą fikcyjny Martin Brenner i jego ludzie są pokazani jako jednoznacznie źli. Samo wykorzystywanie pewnych motywów nie jest niewłaściwe, ale ta otoczka, która osmozą dostaje się do realnego świata, jest już niestosowna.

Jakie są wnioski? Być może powinno się zastanowić dwa razy, zanim dokona się permanentnej decyzji na podstawie popkulturowej mody. Wprawdzie tatuaż z numerem może nie jest aż tak głupi, jak nazwanie dziecka „Daenerys” (która w ostatnich odcinkach „Gry o Tron” okazała się furiatką i wymordowała pół stolicy), można go też raczej łatwo zakryć albo usunąć. Ale pozostaje on na granicy dobrego smaku, a dla współczesnych Żydów może (i jak popytać, pewnie jest) być obraźliwy.

Czytaj również:

Dodajmy jeszcze, że wielu z ocalałych z Auschwitz traktowało później obozowe tatuaże jako źródło swojej siły – często analogiczne, z tymi samymi numerami, robiły sobie ich dzieci czy wnukowie. Podobnie zresztą, jak słowa „nigga” czy „queer”, pierwotnie obraźliwe dla odpowiednio czarnych i osób LGBT, zostały przez te grupy przejęte znaczeniowo i stanowią obecnie przyczynek do dumy. Ale to porównanie nie sprawia, że wytatuowanie sobie numeru 11 na przedramieniu to przestaje być głupi pomysł.

Polecamy:

Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze