czwartek, 6 października, 2022
Strona głównaEkologiaMamy rekordową ilość prądu z wiatraków. Byłoby go dużo więcej gdyby nie...

Mamy rekordową ilość prądu z wiatraków. Byłoby go dużo więcej gdyby nie złe prawo

Wichury w ostatni weekend stycznia połamały drzewa i pozrywały trakcje elektryczne, ale też przyczyniły się do pobicia rekordu w pozyskaniu energii z wiatru. Kolejny bardzo wysoki wynik odnotowano już tydzień później. Niestety, złe prawo opóźnia rozwój tej technologii. Nowe wiatraki w Polsce praktycznie nie powstają.

Gdy w ostatni weekend stycznia orkan Nadia siał nad Polską spustoszenie, posiadacze elektrowni wiatrowych mogli liczyć zyski. Poziom energii elektrycznej pozyskiwanej z wiatru wzrósł do kilkudziesięciu procent w skali kraju. Żywioł, który dla jednych przynosił klęskę, dla innych okazał się łaskawy.

Zresztą to nie pierwsza taka sytuacja w ostatnim czasie. Podczas gdy w latach 90. huragany w Polsce zdarzały się sporadycznie, tak w ciągu ostatniej dekady odnotowano ich kilkanaście. Wszystkiemu winne są zmiany klimatu. Nad Polską zderzają się masy powietrza – ciepłe, płynące znad Atlantyku – i zimne, które przychodzą do nas z Azji lub z Arktyki. W wyniku tej kolizji, dochodzi do nagłego spadku ciśnienia i powstania porywistego wiatru. I choć to proces stary jak świat, to w naszej atmosferze dochodzi do takich starć coraz częściej. Naukowcy apelują o zmiany norm budowlanych i nie wykluczają, że w przyszłości silny wiatr będzie porywać domy.

Kontrola NIK jak zwykle z RiGCzem

Każda tak poważna wichura, oznacza że elektrownie wiatrowe wytwarzają dużo więcej prądu. Do tego, że potrzebujemy więcej energii z OZE nie trzeba nikogo przekonywać. Unia Europejska wkroczyła na ścieżkę śmiałej dekarbonizacji, a prąd z węgla będzie droższy z roku na rok (za sprawą drogich praw do emisji CO2). Najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji jest budowa elektrowni atomowej, ale nie mamy wątpliwości, że może ona się przeciągać tak jak inny flagowy projekt PiS, czyli lotnisko w w Baranowie. W międzyczasie państwo powinno wspierać pozyskiwanie energii z innych źródeł odnawialnych – mowa o energii słonecznej i wietrze.

Tyle, że w PiS szczerze nienawidzą wiatraków

Niestety, dziwnym trafem niezwykle ceniące Polski (ale też rosyjski i afrykański) węgiel Prawo i Sprawiedliwość, pała wręcz nienawiścią wobec elektrowni wiatrowych. W 2016 roku – głównie za sprawą poseł Anny Zalewskiej – wprowadzono restrykcyjną ustawę antywiatrakową. Zgodnie z jej zapisami nie można postawić nowej turbiny wiatrowej, jeśli w promieniu dziesięciu jej wysokości znajduje się budynek mieszkalny. Ale zasada dziesięciu hektarów działa także w drugą stronę. Nie można postawić domu jeśli w pobliżu stoi wiatrak. Nie zrozumcie nas źle, wiemy że produkowany przez taką instalację szum potrafi być nie do zniesienia, ale niekoniecznie 1500 metrów od wiatraka. Tym samym mamy w Polsce do czynienia z całymi połaciami ziemi, na której nie można budować, bo obok stoi wiatrak (przede wszystkim woj. Zachodniopomorskie).

Jak podaje portal Wysokienapiecie.pl, łącznie mowa nawet o 2 proc. całej powierzchni kraju. Trudno zliczyć ile budynków mieszkalnych i projektów biznesowych nie powstało ze względu na ten zapis. Nawet w PiS – po pięciu latach od wprowadzenia ustawy – zaczyna się mówić o tym, że prawo należy złagodzić, a odległość zmniejszyć do pięciu hektarów. Innym dyskutowanym pomysłem jest oddanie tej kompetencji samorządom, ale to zbyt radykalny pomysł dla partii rządzącej.

Czemu Zalewskiej tak bardzo zależy?

Wspomnieliśmy już wyżej, że jednym z największych wrogów wiatraków jest Anna Zalewska. Była minister edukacji, a obecnie europarlamentarzystka wykazuje wręcz zastanawiającą aktywność w tym temacie. Lansowana przez nią w 2016 roku ustawa wyłączyła z możliwości budowy wiatraków niemal 99 proc. terytorium Polski (dane za cire.pl). Zalewska działała wówczas na dwóch polach. Z jednej strony zakulisowo przekonywała do „antywiatrakowego” prawa koleżanki i kolegów z PiS (w 2012 r. stworzyła w Sejmie zespół ds. energii wiatrowej bezpiecznej dla ludzi i środowiska, w skład którego weszli wyłącznie członkowie PiS), z drugiej udzielała się w mediach, strasząc ludzi zieloną energią.

Na czerwonym nie można budować

Dla Zalewskiej głównym argumentem przeciwko turbinom był…hałas. Posłanka przekonywała, że jeśli prawo zostanie choć trochę zliberalizowane, to wiatraki będą wyrastać przy domach budowanych za ciężkie pieniądze, a wartość nieruchomości spadnie. Gdy ten argument nie wystarczał posłanka łapała się czego mogła, żeby obrzydzić ludziom OZE. Mówiła nawet, że „nie chce, aby któregoś dnia śmigło wielkości autobusu spadło jej na głowę”.

Wtórował jej minister Tchórzewski, który powiedział, że „w 2035 roku w Polsce nie będzie ani jednego wiatraka”. To wszystko w sytuacji, gdy według Polskiego Instytutu Ekonomicznego nasz potencjał wiatrowy jest stukrotnie większy niż ten dotychczas wykorzystany. Nietrudno wskazać, komu taką polityką pomaga PiS. Ze wspierania spółek węglowych rząd uczynił sport olimpijski.

Niewielki opór stawiali Jarosław Gowin i Mateusz Morawiecki. Ten pierwszy jest dziś już praktycznie poza polityką. Ten drugi skapitulował przed Ziobrą, który wyciął z Polskiego Ładu większość zapisów o transformacji energetycznej. Publicznym orędownikiem zmiany prawa jest też Daniel Obajtek, który po prostu chce zwiększyć zyski Orlenu, także poprzez budowanie elektrowni wiatrowych. W TrueStory nie wróżymy mu jednak zbyt dużych sukcesów. Przynajmniej do momentu, w którym nie zostanie premierem i nie spacyfikuje krnąbrnych koalicjantów. A to już zwykłe political fiction.

Zobacz też:

To_tylko Redaktor
Konto należące do redakcji TrueStory. Czasem wykorzystywane do puszczania niepodpisanych wiadomości od czytelników.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze