poniedziałek, 26 września, 2022
Strona głównaPolitykaDlaczego tęsknię za Janem Rokitą? Trzy powody

Dlaczego tęsknię za Janem Rokitą? Trzy powody

20 rocznica wybuchu Afery Rywina przypomina o nieco już zapomnianych bohaterach tamtych chwil. Moje myśli kierują się w stronę Jana Marii Rokity i Tomasza Nałęcza. Niestety, z polityków którzy "wypłynęli" w tamtym czasie najtrwalszą karierę zrobił Zbigniew Ziobro. Można więc powiedzieć, że pieniądz gorszy wyparł pieniądz lepszy.

Tak Jan Maria Rokita wyglądał w epoce, w której odnosił polityczne sukcesy (fot. Creative Commons)

Przez cały czas pobytu na naszej scenie politycznej Rokita łączył w sobie kilka cech. Niezwykłą, przewrotną inteligencję, wielki kult pracy w sejmowych komisjach, olbrzymie pragnienie zmieniania Polski na lepsze i charakterystyczną ekscentryczność w zachowaniu. Ta ostatnia właściwość charakteryzowała go może najbardziej. Zaczynało się od stroju, choćby kapelusza, w którym krakowski konserwatysta uwielbiał udzielać wywiadów stojąc na tle budynku na Wiejskiej, ale bynajmniej na nim się nie kończyło.

Charakterystyczny jest tu fragment wspomnień Palikota, który podawał, że w 2005 roku, gdy Rokita, jako jeden z niekwestionowanych przywódców idącej po władzę Platformy, był w szczycie kariery, a sam Palikot dopiero rozpoczynał przygodę z polityką, obaj panowie spotkali się przypadkiem w samolocie, którym lecieli na jakiś zlot platformersów. Zaczęli rozmawiać i ironizować wzajem na swój temat, a po tym, jak samolot już wylądował Rokita stwierdził: „No to ja cały dzień spędzam z panem”. I potem wszędzie za nim chodził, do bistro, do szatni, nawet odpuścił miejsce w pierwszym rzędzie, które było dla niego naszykowane na tych obchodach i usiadł z tyłu z Palikotem. Osobliwe, ale cała obecność Rokity w polityce była naznaczona takim sytuacjami. Śmiało można powiedzieć, że dziś brakuje polityków, którzy mieliby tak mocny własny styl, a jednocześnie odnosili sukcesy. To pierwszy powód dla którego brakuje mi Jana Rokity.

Jan Rokita. Złote dziecko opozycji

Już w opozycji, za komuny, Rokita miał opinię złotego dziecka. Najzdolniejszego. Zdał egzamin na aplikację adwokacką (nie został doń dopuszczony ze względów politycznych) z pierwszym miejscem w kraju, mimo, że w ogóle się nie uczył zajęty knuciem przeciw systemowi. Potem, już jako poseł, potrafił, zgodnie z relacjami wszystkich, nawet jego wrogów, nauczyć się w godzinę dowolnej problematyki, od lustracji do ustawy o połowie ryb i referować ją jakby całe życie zajmował się wyłącznie tym właśnie tematem. Odbijało się to w jego zachowaniu.

Tu jeszcze jedna historyjka, tym razem ze wspomnień Dorna. Rok 1992, negocjacje w sprawie powstania rządu Suchockiej, trzydziestotrzyletni Rokita wychodzi z pokoju w którym mają się odbyć rokowania, trzymając ręce w kieszeniach patrzy nonszalancko na zebranych polityków, bez wyjątku ładnych kilka lat od niego starszych, i rzuca: „Okej, wchodźcie”.

Tak dziś wygląda Jan Maria Rokita (fot. TrueStory)

Tak, na Wiejską trafił w naprawdę młodym wieku, miał wtedy trzydzieści lat. Mówiło się nawet, że zostanie wiceszefem MONu, Wyborcza pisała, że to ciekawe, że tym resortem ma kierować były działacz organizacji „Wolność i Pokój”, bo tak nazywała struktura, w której działał za komuny. Nie trafił w końcu do rządu, zasłynął za to jako świetny mówca sejmowy. I tu pozycjonował się ciekawie, z jednej bowiem strony mówił nader często o potrzebie dekomunizacji, przyśpieszenia walki z nomenklaturą. Bardzo wiele osób wspominało potem „Włączam telewizor, a tu facet mówi z mównicy sejmowej pewnym głosem, świetną polszczyzną dokładnie to, co ja myślę”. Z drugiej zaś twardo trzymał się Geremka. Co za tym idzie w starciu Wałęsa – Mazowiecki poparł tego drugiego i trafił w końcu do tworzonej przez niego po klęsce w wyborach Unii Demokratycznej, gdzie reprezentował prawe skrzydło.

Trzeba przypomnieć, że UD była tworem charakterystycznym Zupełnie oficjalnie dopuszczała istnienie w sobie frakcji, które w niczym się nie zgadzały. Było Forum Prawicy Demokratycznej na czele z Rokitą i Aleksandrem Hallem, z bardzo wolnorynkowymi poglądami, podejściem pro life itd. oraz frakcja lewicowa na czele z Barbarą Labudą, która z FPD w niczym się nie zgadzała. Po środku stał Tadeusz Mazowiecki w roli zwornika. Ot, urok pierwszych lat po transformacji.

Szaleństwo tamtych czasów oddaje inna anegdota. W 1992 roku powstaje rząd Suchockiej, składający się z wielu, wielu partii i tworzony w pośpiechu. W czasie negocjacji dochodzą do kwestii obsady resortu łączności, ktoś pyta: „A Ministerstwo Łączności kto bierze?” Chwila milczenia. W końcu poseł KLD (ówczesnej partii Tuska) Krzysztof Kilian mówi: „Ja biorę”. I w ten sposób on naprawdę został tym ministrem.

No, ale Rokita swoją funkcję dostaje nieprzypadkowo, jest szefem Urzędu Rady Ministrów. To była jedna z najpotężniejszych instytucji w kraju, połączenie dzisiejszej KPRM z Ministerstwem Administracji, do którego przez lata spychano wszystko, co nie miał miejsca gdzie indziej, m.in. sprawy samorządów, mniejszości narodowych itd. Jako minister de facto kieruje rządem, przytłaczając swoją osobowością wyjętą z trzeciego szeregu premier Suchocką. W Urzędzie powstają bardzo nowoczesne i świetnie przemyślane projekty reform samorządowych, edukacyjnych itd. Jego szef z niezwykłą determinacją pcha całą tę machinę do przodu. Pewnego dnia Suchocka wracając z jakiejś zagranicznej wizyty rozmawia w samolocie z jednym z ministrów i pyta się go w pewnym momencie:

– Co pan zrobi jak wylądujemy?

– Jak to co, jadę do domu i idę spać, jest już przecież późno w nocy.

– A na mnie jeszcze czeka Rokita…

Rząd, który w podzielonym, wybranym w wyborach bez progu oraz z zastosowaniem metod niepreferujących większe partie (metod, liczba mnoga, bo inna była w okręgach a inna gdy idzie o listę krajową) Sejmie od początku borykał się z brakiem większości, upada wskutek votum nieufności, prezydent Wałęsa go rozwiązuje i do władzy dochodzą postkomuniści. Nasz bohater spędza te cztery lata (1993-97) w opozycji parlamentarnej (w ogóle jest posłem nieprzerwanie w latach 1989-2007), z trybuny sejmowej ostro atakuje kolejne rządy (Pawlaka, Oleksego i Cimoszewicza), jednocześnie coraz wyraźnie odczuwa irytację z powodu braku realnego wpływu na państwo. Powie potem, że w sposobie w jakim gabinet Pawlaka demolował rzeczy, które jemu udało się wprowadzić w życie, gdy był w rządzie, było coś z radości dzieciaka dla uciechy niszczącego zabawki.

Jan Rokita pisze tekst ustawy

W tym miejscu musimy trochę szerzej spojrzeć na ówczesną sytuację polityczną w naszym kraju. Prawica przez całą pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych jest bardzo rozdrobniona, podzielona na partyjki napędzane czasem tylko ambicjami liderów. Po szoku wyborów 1993 roku, gdy większości z tych partii nie udaje się przekroczyć nowowprowadzonego progu wyborczego, pojawiają się oczywiście tendencje zjednoczeniowe. Wychodzi to tamtym politykom tak sobie, ciągle grają różnego rodzaju animozje. W końcu powstaje Akcja Wyborcza Solidarność, ugrupowanie, w którym pierwsze skrzypce gra związek zawodowy, do niego zaś podłączają się kolejne partyjki, PC, ZChN i SKL. To ostatnie, Stronnictwo Konserwatywno Ludowe, stara się być taką „najporządniejsza”, najbardziej zachodnią frakcją. I to właśnie w niej znajduje się Rokita po opuszczeniu do serii spięć Unii Wolności (bo w międzyczasie UD i KLD połączyły się w UW).

Wchodzi do Sejmu jako poseł zwycięskiej formacji, jednak ponieważ rząd jest zdominowany przez związkowców z Solidarności nie trafia do Rady Ministrów. Fakt, że wszyscy już znają jego trudny charakter też ma tu pewnie jakieś tam znaczenie. Zostaje natomiast szefem sejmowej Komisji Spraw Wewnętrznych i reforma samorządowa jest w znacznej części jego osobistym dziełem. Tak, to wtedy wprowadzono powiaty, podział na szesnaście województw w miejsce Gierkowskich czterdziestu dziewięciu, większe kompetencje dla organów samorządów. Ponieważ związkowcy nie do końca to ogarniali, ale byli pełni niekłamanego pędu do zmieniania kraju, Rokita w zasadzie robił w tej kwestii co chciał. Ten zapał organizacyjny i rzucanie się na ambitne projekty, to drugi powód, który sprawia, że tęsknię za Janem Rokitą.

Jan Rokita. Czwarty tenor Platformy

AWS szybko traci na popularności, ludzie mają dość reform, przy których wprowadzaniu siłą rzeczy pojawia się olbrzymi chaos, ale też zakochanego w sobie Krzaklewskiego i zagubionego w świecie polityki Buzka. Po klęsce tego pierwszego w wyborach prezydenckich i dobrym wyniku Olechowskiego powstaje Platforma Obywatelska. Olechowski, przystojny, dobrze wyglądający światowiec, marszałek Sejmu Maciej Płażyński (jedna z niewielu wciąż w miarę popularnych osób z AWS) i złoty chłopiec, pełen energii Tusk są powszechnie nazywani w mediach „trzema tenorami”. Nowa formacja ma być wolnorynkowa, prozachodnia i nowoczesna. Rokita, który niedługo wcześniej został szefem SKL, jakoś tam do niej pasuje, ma też osobistą popularność w Krakowie, liderzy PO proponują mu więc przystąpienie do siebie. Inteligentny państwowiec zawsze się przyda. On sam waha się. Ma przecież coś własnego, własną formację. Olechowski opowiadał, że któregoś dnia Rokita rzucił im dłuższy monolog o swoich wątpliwościach, a on, zirytowany, w pewnym momencie przerwał mu:

– Dobra, ale wchodzi pan, czy nie?

Rokita zrobił dziwną minę i po chwili powiedział:

– No, to ja podpiszę.

„Ale nasze stosunki nigdy już potem nie były dobre”, zakończył Olechowski tę opowieść.

Rokita wchodzi do kolejnego Sejmu (2001-05) z list PO, znów rządzi SLD-PSL a on jest w opozycji. Jest zmęczony. Niespecjalnie udziela się w komisjach, gdzie wcześniej brylował, unika mediów, na sali sejmowej praktycznie nie zabiera głosu. Startuje na prezydenta Krakowa w pierwszych bezpośrednich wyborach w 2002 roku i nie wchodzi nawet do drugiej tury. Nieco sflaczały nie bardzo wie, co ze sobą zrobić.

I wtedy wydarza się najważniejszy punkt zwrotny w tej karierze. Wyborcza publikuje na okładce artykuł „Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika”.

– Słuchaj, to jest chyba sprawa na komisję śledczą – mówi do Tuska, wtedy już szefa PO, Rokita.

– No to chyba ty powinieneś tam iść.

W Komisji Rywinowskiej Rokita przeżywa najlepsze chwile w życiu. Wszyscy to oglądają, transmisje w posiedzeń biją rekordy popularności. To pierwsza taka komisja, czas zaś jest taki, że ludzie mają dość afer, lata dziewięćdziesiąte, gdy wszyscy przyjmowali, że „pierwszy milion trzeba ukraść” minęły. On zaś jest świetnym prawnikiem, człowiekiem, który zna politykę jak mało kto i osobą diablenie inteligentną.

Donald Tusk. Kampania wyborcza 2005 roku

Przyszpila kolejnych przesłuchiwanych, jego „Wielce szanowny panie ministrze/prezesie/redaktorze” (bo tak zaczynał pytania) podbija Polskę. SLD spada w sondażach, PO rośnie. Rokita wydaje się być idealnym kandydatem na premiera po następnych wyborach, wtedy raczej trudno zobaczyć kogoś takiego w biegającym za piłką Tusku, ponadto Rokita, reprezentujący prawe skrzydło Platformy, wydaje się dobrze pasować do następnego rządu, który, co wtedy dla wszystkich jest jasne będzie tworzyć koalicja PO i PiSu.

Nadchodzą wybory 2005 roku. Tusk kandyduje na prezydenta, wygrywa pierwszą turę, ale w drugiej przegrywa z Lechem Kaczyńskim. PO, która długo prowadziła w sondażach w końcu ląduje na drugim miejscu, z minimalna stratą do PiSu. W Krakowie na bilbordach Rokita jest podpisany hasłem „Premier z Krakowa”, chce chyba odwołać się do lokalnego patriotyzmu krajanów.

Obie partie prowadzą negocjacje w sprawie powołania nowego rządu, na początku wciąż wydaje się on być oczywistością. W końcu blokuje go jednak Tusk, w którym ta przegrana wywołuje psychiczną przemianę. Z „chłopaczka w krótkich spodenkach”, jak go wszyscy widzą, zmiania się w zimnego polityka, jakiego znamy dziś. Pół roku wcześniej w wywiadach opowiadał zdumionemu Żakowskiemu, że Macierewicz miał w wielu sprawach od początku rację, teraz staje się powoli ulubieńcem tych okołomichinikowskich środowisk i jakoś nie ma z tym problemu. Nawiasem mówiąc mam o to wielki osobisty żal do Tuska, bo POPiS w 2005 roku naprawdę był wielką szansą dla naszego kraju.

Notabene ten wizerunek „w krótkich spodenkach” był wtedy takim obciążeniem, że Tusk na plakatach i bilbordach był w tamtej kampanii podpisywany jako „Prezydent Tusk, człowiek z zasadami”.

Rokita znów niespecjalnie wie, co ze sobą zrobić. Tusk powoli, ale skutecznie wypycha go na margines Platformy, nienawiść między PO a PiSem rośnie z każdym dniem. Ma ponoć nawet propozycję przejścia do PiSu, ale w końcu dogaduje się jakoś z Tuskiem. Ten ostatni ma być po następnych wyborach premierem, a Rokita ważnym ministrem, może infrastruktury. Polska niespodziewanie została współgospodarzem EURO 2012 i trzeba wybudować autostrady i stadiony. Wiedza i samozaparcie naszego bohatera mogą się tu przydać, a potem, jak już Tusk zostanie prezydentem w 2010 roku, kto wie, może i awansuje. I wtedy właśnie ta kariera wali się ostatecznie.

Nelly Rokita. Żona dziwniejsza od męża

Rokita od lat dziewięćdziesiątych ma żonę, Nelly. O ile on sam jest ekscentrykiem, o tyle ona jest… megaekscentryczką. Sposób ubierania się, wypowiedzi, styl, wszystko. W tamtym czasie pani Nelly zaczyna wykazywać parcie na szkło, objawia się u niej miłość do występów przed kamerą. A na kilka tygodni przed przyspieszonymi wyborami w 2007 roku gruchnął zaś ten news: Nelly Rokita zgodziła się zostać etatową doradczynią prezydenta Kaczyńskiego. W sytuacji największej bitwy PO vs PiS.

Nelly, żona Jana (fot. Wikimedia)

Rokita wie, że to jego koniec. Następnego dnia na zarządzie PO będzie zniszczony. On sam może przetrwa, wszyscy jego sojusznicy, cała konserwatywna frakcja PO, poleci. W programie telewizyjnym zapowiada wycofanie się z polityki i niekandydowanie do żadnej z izb. To właśnie ta zdolność honorowa i brak walki o własną karierę za wszelką cenę stanowi trzeci powód, który sprawia, że tęsknię za Janem Rokitą.

Słysząc to Tusk dzwoni do mającego startować do Senatu, nieco wycofanego politycznie innego krakowskiego konserwatysty – Jarosława Gowina – i praktycznie błaga go, by zgodził się wystartować do Sejmu, bo przecież PO musi mieć jakieś prawe skrzydło. Do Sejmu kolejnej kadencji wchodzi także pani Nelly, z list PiSu, i przez cztery lata jest najbardziej wyśmiewaną osobą w polskiej polityce, nieporównywalnie bardziej niż potem były wyśmiewane Jachira czy Pawłowicz. Szczęśliwie dla niej sama tego wyśmiewania chyba nigdy nie zauważa.

Rokita wraca do Krakowa, próbuje sił jako publicysta polityczny (zresztą dziś dalej czasem występuje w tej roli), korzysta z tego, że Justyna Pochanke, której ponoć proponował rolę rzecznika swojego rządu, bardzo go lubi i często zaprasza. Czeka na jakąś szansę od losu, gdy w 2010 roku rozłamowcy z PiSu tworzą PJN myśli, że to może to, ale w końcu nie przystępuje do tej inicjatywy, a ona samo wkrótce więdnie. Ostatecznie jego kariera kończy się w żałośnie śmiesznych okolicznościach, podczas wizyty w Niemczech wykłócają się wraz z żoną z obsługa samolotu o miejsce, w końcu zostają wyprowadzeni siłą. Ktoś nagrywa jego krzyki na dyktafon i wrzuca do Internetu. Cała Polska śmieje się z piskliwie proszącego współpasażerów o pomoc niedoszłego szefa rządu. Od tej pory wiadomo, że już nie wróci.

Szkoda, wielka szkoda niezwykłych zdolności i reformatorskiej pasji. Gdyby dłużej pobył we władzy wykonawczej Polska pewnie byłaby dziś lepszym miejscem. Tak czy owak ciekawy człowiek i warto znać jego historię.

Zobacz też:

Bartek Pusz
Bartek Pusz, fan teatru, Star Treka, polityki w sumie też. Promotor podczas ich pierwszego spotkania powiedział mu "No, tak właśnie słyszałem, że pan jest... biegły w pojęciach" - bo rzeczywiście sporą wagę przywiązuje do słów i ich znaczenia
ARTYKUŁY POWIĄZANE

1 KOMENTARZ

Skomentuj libertarianin Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze