piątek, 12 sierpnia, 2022
Strona głównaPolitykaDlaczego świętujemy Powstanie Warszawskie zamiast świętować zdobycie Moskwy?

Dlaczego świętujemy Powstanie Warszawskie zamiast świętować zdobycie Moskwy?

Kolejna rocznica Powstania Warszawskiego raczej nie zaskoczy nas swoim przebiegiem. Jedni będą odpalać race i krzyczeć o bohaterstwie, inni będą mówić o tym, że z rzezi nie powinniśmy robić jarmarku. Zamiast dołączać do którejś ze stron wolę się zastanowić, dlaczego uparcie nie celebrujemy naszych zwycięstw?

Polacy zdobyli Moskwę w 1610 roku i utrzymali władzę przez kolejne dwa lata (fot. Wikimedia)

Rzućmy okiem na kalendarz naszych świąt. 3 maja to zdecydowanie chwalebna rocznica. Przyjęło się uważać, że uchwaliliśmy pierwszą w Europie i drugą na świecie ustawę zasadniczą, która była dowodem politycznej dojrzałości i pokazywała gotowość do przechodzenia reform. Problem polega na tym, że rozmawiając o treści dokumentu, trudno nie myśleć o jego zmarnowanym potencjale i o tym, że wkrótce Polska przestała istnieć na 123 lata.

4 czerwca może i skończył się w Polsce komunizm, ale dla wielu – przede wszystkim tych, którzy nie załapali się na udział w nowej władzy – był to efekt zgniłego kompromisu. Część Polaków chciałaby zamiast okrągłego stołu zobaczyć Rumunię i strzelanie do dygnitarzy, zapominając, że tam zamach stanu był przeprowadzony przez służby specjalne i spetryfikował scenę polityczną na kolejne 20 lat (a poniekąd nawet do dziś).

11 listopada to chyba jedyna data, która budzi jednoznacznie pozytywne skojarzenia u wszystkich Polaków. Problem stanowi jednak fakt, że z powodu bierności państwa rocznicę odzyskania niepodległości przejęły środowiska narodowe, które święto obchodzą w oderwaniu od jego pierwotnego znaczenia, zamiast tego niosąc hasła aktualnie polityczne i wykluczającą lwią część rodaków (to nie przypadek, że te pomysły mają kilka procent poparcia).

Zostają jeszcze dwie daty. 1 sierpnia i 1 września. Obie odnoszą się do dni, podczas których zostaliśmy zdradzeni przez sojuszników, zostawieni sami sobie i wybici. Nie mniej, szczególnie w przypadku tej sierpniowej daty, mowa o przykładzie niezwykłego poświęcenia. Samo Muzeum Powstania Warszawskiego pisze o tym, że Powstanie było wojną ludzi „na twarzach mających uśmiechy, w sercach wiarę, a w oczach nadzieję”. To wszystko pewnie prawda, ale jednocześnie to narracja, która odwraca uwagę od politycznego wymiaru powstania i najbardziej bolesnej konstatacji. Tej, która kazałaby przyznać, że sami tą rzeź ściągnęliśmy sobie na głowy.

Powstanie Warszawskie to przykład politycznej głupoty

Jeśli myślimy o Powstaniu jako o przykładzie walki za wszelką cenę to popełniamy błąd. Była to walka, której zupełnie dało się uniknąć, czekając jak Rosjanie przekroczą Wisłę i rozpirzą niemieckie jednostki. Polskie dowództwo wiedziało przecież, że celem Armii Czerwonej jest Berlin, a co za tym idzie przejdzie ona przez Polskę dwukrotnie. Śpiewanie Pałacyku Michla pozwala zapomnieć o dowódczej głupocie i bilansie strat. Dla przypomnienia straty niemieckie wahają się między 1500 a 10 tysiącami zabitych. Polskie zaś między 160 a 200 tysiącami.

Powstanie Warszawskie idealnie mieści się w ramach romantycznego mitu, według którego Polska musi umrzeć do końca, aby zmartwychwstać. Tak samo swoje klęski uzasadniali XIX-wieczni powstańcy jadący w kibitkach na Sybir. Mesjanistyczna narracja dostała piękną, ale zupełnie nieprawdziwą pożywkę. Tyle, że ja mam dość mówienia o porażkach, podczas gdy w naszej historii było tyle pięknych zwycięstw.

Wystarczyłaby przecież jedna decyzja prezydenta, aby z rocznicy bitwy na polach Grunwaldu uczynić rozbuchane, ogólnonarodowe święto (o tyle ciekawe, że jednoczy Polaków, Litwinów i choćby Tatarów). Nie rozumiem też, czemu kompletnie nie wspominamy zdobycia przez nasze wojska Moskwy. Mowa w końcu o wyczynie, który udał się bardzo niewielu armiom w historii.

To tym bardziej ciekawe, że Rosjanie mają na punkcie polskiej obecności na Kremlu obsesję. Niedawno nakręcili film na temat wypędzania naszych, a od 2004 roku rocznica pozbycia się ostatnich Lachów z Moskwy jest świętem państwowym.

Pamięć o zwycięstwie sprzed czterystu lat pokazywałaby, że geopolityka bywa zmienna, wektory sił potrafią się odwracać, a my jesteśmy dostatecznie wielkim narodem by wykorzystać słabość odwiecznego rywala. W kontekście inwazji Rosji na Ukrainę takie święto byłoby przydatne i pozwoliłoby dołożyć cegiełkę do budowy wspólnej polsko-ukraińskiej tożsamości.

1 sierpnia to okazja do zapalenia znicza przy grobie nieznanego żołnierza. Jednak oddawania hołdu poległym nie powinno nam przysłaniać wspomnień o własnej wielkości.

Zobacz też:

Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze