czwartek, 6 października, 2022
Strona głównaKulturaGry wideoW to się grało #4: Wolfenstein 3D

W to się grało #4: Wolfenstein 3D

Co ta gra robiła na rupieciu, który ktoś wstawił na tyły salki dla klas 1-3 w mojej podstawówce-tysiąclatce? Czy wgrał ją tam jakiś złoczyńca, pragnący zdegenerować dzieciaki przemocą i nazistowską symboliką? Czy też może leniwy student zapomniał skasować ją z dysku, zanim przekazał stary złom jako donację dla szkoły? Tak się składa, że ówczesna wychowawczyni nauczania początkowego chyba nie umiała zobaczyć na komputerze czegokolwiek więcej niż migające kolory – i tak mogliśmy spędzać przerwy na beztroskim tłuczeniu nazioli.

Ojciec wszystkich strzelanek

„Wolfenstein 3D” został wyprodukowany przez teksańskie studio id Software na komputery działające pod MS-DOS w 1992 r. Jest to trzecia gra z serii, inspirowana poprzednimi „Castle Wolfenstein” z 1981 r. i „Beyond Castle Wolfenstein” z 1984 r. Wszystkie produkcje łączy przede wszystkim topos samotnej ucieczki z pełnej wrogów fortecy. Jako przeciwników amerykańska maszyna popkulturowa tym razem wylosowała wyjątkowo szalonych nazistów. Podobnie jak w poprzedniczkach, wcielamy się w pojmanego żołnierza i przemierzamy ciągnące się korytarze lochów i bunkrów, eliminując po drodze napotkanych strażników. Cała reszta fabuły jest już tylko pretekstem do radosnej (albo i ponurej, zależnie od punktu widzenia) rozpierduchy.

Gra jest powszechnie znana jako pierwsza strzelanka z widokiem pierwszoosobowym, chociaż ówczesne warunki sprzętowe nie pozwoliły jeszcze na użycie pełnych trójwymiarowych tekstur. Poziomy, po których podróżujemy, wprawdzie są przedstawione w trzech wymiarach, ale przeciwnicy składają się z zestawu kilku płaskich sprite’ów, które widzimy w zależności od „strony”, z której są obróceni. Ograniczenia techniczne nie pozwoliły również na symulację trójwymiarowego środowiska na płaszczyźnie wertykalnej. Dlatego też ściany mają jednakową wysokość, nie ma żadnych schodów – na kolejne plansze wjeżdżamy windami, a kamerę możemy przesuwać wyłącznie w prawo i w lewo.

Praca kamery ciężka, ale i tak jest fajnie

To powyższe sprawia, że dla dzisiejszego gracza sterowanie może wydawać się mocno anachroniczne. Gra umożliwia rewolucyjne jak na tamte czasy sterowanie myszką, ale w tej grze akurat nie jest to wygodne. Gdy wejdziemy do salki, w której mamy przeciwników po dwóch różnych stronach, właściwie nie mamy możliwości uniknięcia obrażeń. Naszą główną nadzieją pozostaje zupełnie nieistniejące AI – sensowną taktyką jest otwieranie drzwi i czekanie, aż nazista po prostu napatoczy się na linię strzału. A bęcki od przeciwników w tej grze potrafią być solidne – jeden generyczny strażnik potrafi zjechać nam pół zasobnika z życiem, zanim zdążymy się do niego odwrócić.

Kolejną wadą tej gry pozostaje to, że z uwagi na ubogość grafik właściwie wszystkie miejsca wyglądają do siebie dość podobnie i nawigacja po planszy bywa uciążliwa. Gra natomiast premiuje odkrywanie jak największej ilości lokacji oraz poszukiwanie sekretnych pokoi. W ten sposób można zdobyć ekstra amunicję, apteczki, lepszą broń niż domyślna spluwa, a także dodatkowe życia. Bez zgromadzenia jak największej ilości sprzętu trudno jest później pokonać co lepszych przeciwników, nie mówiąc już o bossie, który czeka na końcu każdej z sześciu misji dostępnych w grze.

Rzecz jasna, w czasach podstawówki niebywałym kozakiem pozostawał ten, kto był w stanie przejść chociażby parę poziomów. Z uwagi na to, że każda misja składa się z dziesięciu plansz, nigdy nie było nam dane zobaczyć i zgładzić (spoiler alert!) chociażby szalonego naukowca produkującego zmutowanych zombie-nazistów albo też Adolfa Hitlera w egzoszkielecie uzbrojonym w cztery karabiny maszynowe.

Gra nie patyczkuje się w jakieś cenzurowanie nazistowskiej symboliki, przez co na 20 lat trafiła na niemiecki indeks dzieł zakazanych.

Niemcy banują grę o zabijaniu nazistów

Ciekawostką jest poważny wpływ „Wolfensteina 3D” na orzecznictwo sądów niemieckich. Paragraf 86a niemieckiego kodeksu karnego zakazuje publicznego używania symboli niekonstytucyjnych za wyjątkiem celów artystycznych, naukowych, badawczych albo edukacyjnych. Oczywiście jednym z takich symboli jest swastyka, co spowodowało, że epatująca nimi gra została na terenie RFN zakazana na skutek orzeczenia frankfurckiego sądu w 1998 r. Sąd uznał bowiem, że gra komputerowa nie spełnia wymogów dzieła sztuki i nie podpada pod żaden z tych wyjątków.

W uzasadnieniu wskazano, że młodzież, do której skierowana jest gra, będzie dorastać wśród nazistowskiej symboliki, przyzwyczai się do niej, a z uwagi na to będzie w przyszłości bardziej podatna na ideologiczną manipulację. Co tam, że gra polega na mieleniu nazistów na papkę – twarde prawo, ale prawo. Zakaz został zniesiony, a „Wolfenstein 3D” zrehabilitowany, dopiero w 2019 r. Stało się tak z uwagi na wprowadzenie w Niemczech kategorii gier według adekwatnego wieku odbiorcy oraz stwierdzeniu, że gry jednak mogą mieścić się w kategorii sztuki.

BJ Blaskowicz w 1992 r. i 2014 r. Po prostu legenda.

Produkcja kultowa do dzisiaj

Na silniku „Wolfensteina 3D” rok później wydano „Dooma”, strzelankę będącą właściwie spin-offem gry, w której krwawych nazistów zastępują demony z piekła rodem. Obie te pozycje położyły podwaliny pod właściwie wszystkie wypuszczone później gry tego typu. Seria po dziś dzień ma się świetnie – tylko po 2014 r. wypuszczonych zostało pięć Wolfensteinów, łączących krwawą rozpierduchę z absurdalnym, campowym humorem, z których większość została solidnie oceniona. W części z nich rozbudowana zostaje nasza postać z gierki z 1992 r. – amerykańsko-polsko-żydowski komandos BJ Blazkowicz zyskał nową twarz, głos i osobowość.

Polecamy też:

Czy po latach warto to nadal odpalić i zobaczyć na własne oczy, jak się w to kiedyś grało? Właściwie to tak. Poza dosyć nieintuicyjną pracą kamery ta gra pozostaje zaskakująco świeża – w końcu wyznaczyła klasyczny wzór dla produkcji FPS, w których po potyczkach należy cofać się po pozostawione wcześniej apteczki, nie można biec na rympał strzelając we wszystko co popadnie, a premiowana jest maksymalna eksploracja mapy. Dzięki temu, że gra na najniższym poziomie trudności nie stanowi większego wyzwania, każdy może to właściwie przejść bez grindowania godzinami tych samych poziomów jak w omawianych wcześniej w naszym cyklu pozycji typu „Paperboy” czy „Prince of Persia”.

Bartłomiej Król
Prawnik, publicysta, redaktor. Na TrueStory pisze głównie o polityce zagranicznej i kulturze, chociaż nie zamierza się w czymkolwiek ograniczać.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze