czwartek, 6 października, 2022
Strona głównaPolitykaLottokracja. Losowanie polityków nie byłoby takie złe

Lottokracja. Losowanie polityków nie byłoby takie złe

Na temat kryzysu współczesnych demokracji wylano hektolitry tuszu drukarskiego. Jednym z odważnych, proponowanych w tym temacie rozwiązań, jest „lottokracja”, czyli losowanie przedstawicieli narodu. Jak przekonują zwolennicy pomysłu, nie byłby on gorszy od demokracji przedstawicielskiej.

Usprawnienie demokracji jest na wyciągnięcie ręki. Dosłownie (fot. youtube)

Uświadomienie sobie, że jakakolwiek polityczna zmiana jest możliwa tylko w ramach systemu parlamentarnego musi niejednego młodocianego marzyciela przyprawić o palpitację serca. Oznacza to bowiem, że aby faktycznie mieć na coś wpływ, trzeba wygrać wybory do Sejmu, Senatu i na prezydenta, a obsadziwszy wszystkie możliwe urzędy, non-stop badać nastroje wyborców, żeby nie popaść w ich niełaskę. W rezultacie otrzymujemy politykę na kształt zupy pomidorowej. Takiej, która wszystkim ma jako tako smakować.

Oczywiście, mając dostępne środki przekazu możemy też ludziom wmawiać, że smakuje im coś, na co normalnie kręciliby nosem, ale to już zupełnie inny temat. Pomidorówa podawana przez 365 dni w roku jest zwyczajnie nudna. W związku z tym wymęczeni populiści zaczęli sugerować rozwiązania, które w teorii dałyby każdemu do ręki choćby garść przypraw.

A co powiecie na losowanie?

Pisałem niedawno o czeskiej partii Sprawy Publiczne, która przez jakiś czas nie miała programu, a jej członkowie mieli ustalać kolejne postulaty w internetowych głosowaniach. W Polsce drogę do „demokracji bezpośredniej” miały utorować JOW-y Pawła Kukiza. Wielu politologów zwracało jednak uwagę na to, że wszystko, co można w ten sposób Polakom zafundować, to system dwupartyjny. Ostatecznie z okręgu wyborczego do Sejmu trafiałby albo przedstawiciel PiS albo Platformy. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek inny miał w ogóle szansę przebić się bez partyjnego finansowania.

Jednym z pomysłów, które miałyby uratować demokrację, jest „lottokracja”. Chodzi o inspirowaną starożytnymi Atenami ideę, aby przedstawicieli narodu nie tyle wybierać, co losować. Dla Ateńczyków to właśnie losowanie stanowiło esencję demokracji, bo – w przeciwieństwie do wyborów – było odporne na machinacje oligarchów i korupcję. Jak miałoby to wyglądać w praktyce? Powiedzmy, że z grupy 200 kandydatów o przeróżnych poglądach trzeba wybrać 20. Mogą być oni losowani dokładnie tak, jak drużyny piłkarskie podczas dużych turniejów. Ręka wybranego w innym losowaniu wybrańca narodu nurkuje w szklanej kuli i wyciąga plastikową piłeczkę z wydrukowanym nazwiskiem w środku.

Choć pomysł lottokracji może brzmieć egzotycznie to popierają go tęgie umysły. Na przykład prof. Helene Landemore z harvardzkiej politologii

Taki system z pewnością rozsadziłby demograficzną strukturę parlamentu. Nie mam tu na myśli tylko płci, ale także wiek reprezentantów. Jednym z największych problemów millenialsów na całym świecie jest zdobycie mieszkania. W krajach takich jak Polska studenci będą potrzebowali co najmniej dekadę więcej niż ich rodzice na zdobycie własnych czterech kątów. Kto ma ich w takim razie reprezentować? Łysiejący 50-latkowie, którzy w biznesie osiągnęli już wszystko?

Plusy lottokracji

Ubieganie się o urząd wymaga czasu, pieniędzy i znajomości. Za tym wszystkim kryje się zaś zaawansowany wiek. Chcesz zdobyć pozycję w partii? Poświęć czas. Masz rodzinę na utrzymaniu i chcesz odłożyć pieniądze na czas trwania służby publicznej? Nie zrobisz tego mając trzydzieści lat. Dodajmy do tego, że nasze społeczeństwa się starzeją. Polskie wybory regularnie pokazują, że starcy głosują na starców, mając w głębokim poważaniu, że świat będzie stawał przed nowymi wyzwaniami także po nich.

Losowanie zakończyłoby cały ten wyborczy spektakl. Wyborców nie dałoby się już kupować, rozbudzać nadziei, a potem ich porzucać, obiecywać gruszek na wierzbie. Miliony pompowane w reklamę po prostu straciłyby na znaczeniu.

Oczywiście lottokracja nie byłaby wolna od prób zrobienia przekrętu.

Próby z lottokracją były już podejmowane na mniejszą skalę. W ten sposób w Ameryce wybierani są ławnicy do ław przysięgłych. W 2003 roku w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej rząd prowincji postanowił zebrać grupę obywateli, która przedstawi propozycję reformy systemu wyborczego. Było to dwieście wylosowanych osób. Ostatecznie zdecydowały one, że najlepszym systemem wyborczym dla tego regionu byłby Single Transferable Vote (STV), a więc takie głosowanie, w którym kandydatów szereguje się od najbardziej do najmniej pożądanego. Choć propozycja została później odrzucona przez obywateli w powszechnym głosowaniu, to eksperyment wykazał, że nawet ludzie bez doświadczenia politycznego i specjalistycznej wiedzy potrafią stworzyć sobie ramy dyskusji, w ramach której funkcjonują jak normalny parlament.

Ile wart jest mój głos?

Powyższy przykład obrazuje też zagrożenia, przed jakimi stoi lottokracja. Zgromadzenie kilkuset randomów nie miało autorytetu, dzięki któremu reszta społeczeństwa mogłaby potraktować ich propozycję poważnie. Co więcej, od czasów starożytnych nasze społeczności bardzo się rozrosły. System przedstawicielski, choć ma wiele wad, daje ułudę kontroli zwykłemu obywatelowi. Trudno byłoby przekonać społeczeństwo przyzwyczajone do urn wyborczych, że od tej pory polityków wybierać będzie maszyna losująca.

Co jednak gdyby tylko część naszego systemu zastąpić losowaniem? Wybrani w ten sposób przedstawiciele mogliby np. zasiąść w Senacie. Przypomnijmy, że przy obecnym układzie sił to izba wyższa pozwala spowalniać pisowską maszynkę legislacyjną, ale przez trzydzieści lat trwania polskiej demokracji nie brakowało głosów, które nawoływały do jej likwidacji. Wylosowani senatorzy nie musieliby przejmować się linią partyjną ani kadencyjnością, bo po czterech latach i tak opuściliby ławy instytucji. Czy wylosowany Senat radziłby sobie lepiej niż w pełni wybieralny Sejm? Na pewno stałby się miejscem żywej debaty i oryginalnych pomysłów. A o to przecież chodziło demokratom sprzed dwóch i pół tysiąca lat.

Zobacz też:

Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze

Ostatnie komentarze