wtorek, 18 czerwca, 2024
Strona głównaSportDlaczego wolę w kadrze Furmana i Pawłowskiego zamiast Lewandowskiego

Dlaczego wolę w kadrze Furmana i Pawłowskiego zamiast Lewandowskiego

Lech Poznań był wczoraj o krok od sprawienia sensacji i wyrzucenia Fiorentiny z europejskich pucharów. Tymczasem kolejni selekcjonerzy reprezentacji Polski niechętnie sięgają po piłkarzy z rodzimej ligi. Jak widać po debiucie Fernando Santosa stawianie na gwiazdy z La Liga czy Serie A niekoniecznie przynosi efekty.

Przypomnijmy: w swoim debiucie portugalski trener przegrał z Czechami 3:1 żeby następnie po męczarniach wygrać na własnym terenie z Albanią 1:0. Przyjrzyjmy się reprezentacji „Pepików”, która rzuciła biało-czerwonych na kolana.

Tomáš Čvančara, Jan Kuchta i Ladislav Krejčí to gracze, którzy wpakowali Wojciechowi Szczęsnemu piłkę do siatki. Wszyscy reprezentują Spartę Praga, która aktualnie znajduje się na 111. pozycji w rankingu UEFA. Dla porównania Lech Poznań jest na miejscu 89. W tym roku Sparta zakończyła swoją przygodę z europejskimi pucharami już w lipcu przegrywając podczas drugiej rundy kwalifikacyjnej Pucharu Konferencji z groźnym norweskim Vikingiem FK.  Mistrz Polski odpadł dopiero w ćwierćfinale tych rozgrywek i był o krok od wyrzucenie za burtę włoskiej Fiorentiny.

Inni piłkarze jedenastki, która wybiegła przeciwko Polsce na położone nad Wełtawą boisko reprezentują takie kluby jak Werder Brema,  Slavia Praga (w tym roku nie wyszła z grupy w Pucharze Konferencji), Aris Saloniki, Schalke, Bayer Leverkusen czy West Ham United. Szczególną czujność powinni u nas wzbudzić zawodnicy tego ostatniego klubu, czyli Vladimíra Coufala oraz Tomáša Součeka, którzy stanowią bardzo ważne ogniwa w zespole trenera Davida Moyesa. Ale nawet jeśli weźmiemy ich pod uwagę, to szybko dojdziemy do wniosku, że na prawie każdej pozycji reprezentacja Polski posiada teoretycznie „lepszy” odpowiednik. Obecnie w reprezentacji Czech ze świecą można szukać też graczy światowego formatu jakimi niegdyś byli Pavel Nedvěd czy Petr Cech. W Polsce mamy zaś, aż trzech piłkarzy, którzy wzbili się na ten poziom. Mowa o Piotrze Zielińskim, Wojciechu Szczęsnym i rzecz jasna Robercie Lewandowskim.

Dlatego kompletnie nie przekonuje mnie gadanie o tym, że nie mamy dobrych piłkarzy lub załamywanie rąk nad kontuzjami graczy, przez których polska kadra miałaby rzekomo być osłabiona. Tym razem uraz wykluczył z gry m.in. Kamila Glika, ale pamiętajmy, że ten filar narodowej defensywy ma już 35 lat, porusza się jak wóz z węglem i gra w klubie, który za chwilę spadnie do trzeciej ligi włoskiej (Benevento Calcio zajmuje obecnie ostatnie miejsce w Serie B). Pomysł, że wyróżniający się w warszawskiej Legii 22-letni Maik Nawrocki nie mógłby zastąpić Glika wydaje mi się dość egzotyczny. Zasłonę milczenia chciałbym też spuścić nad nawoływaniami o ponowne powołanie do kadry Grzegorza Krychowiaka, choć jeszcze kilka tygodni temu był on oskarżany przez kibiców o bycie przyczyną naszej słabej postawy na mundialu.

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że w opowieść o własnej przeciętności uwierzyli sami piłkarze. Wybitny dowód na potwierdzenie tej tezy dał jakiś czas temu Wojciech Szczęsny, który tłumaczył się z długich wykopów mówiąc, że jesteśmy za słabi aby konstruować akcje od własnej bramki. Za te słowa – które są po prostu obraźliwe dla swoich kolegów – Szczęsny powinien zostać odsunięty od pierwszej drużyny. Jestem pewien, że zarówno Bartłomiej Drągowski jak i Łukasz Skorupski świetnie poradziliby sobie między słupkami reprezentacji, a cyniczny bramkarz Juventusu nauczyłby się, że zespół należy wspierać na dobre i na złe.  Ale te przykre słowa ujawniły nam prawdę o polskiej kadrze. To drużyna rozbita na dwa obozy. W jednym znajdują się gracze rotacyjni tacy jak Arkadiusz Reca czy Tymoteusz Puchacz, którzy dopraszani na zgrupowania są ze względu na aktualną dyspozycję.  W drugim mamy do czynienia z żelaznym trzonem kadry, a więc graczami takimi jak Lewandowski czy Zieliński, którzy z pobłażaniem, a momentami niedowierzaniem patrzą na umiejętności teoretycznie słabszych kolegów.  Podział na dwie grupy utrwala się przez statystyki. Zawodnikom kadry  liczy się każdy przebiegnięty metr, dotknięcie piłki i udane podanie kierunkowe. Świat wykresów, tabelek i strzałek to ten, w którym Robert Lewandowski może błyszczeć najbardziej udowadniając swoją wyższość nad resztą piłkarzy. Szkoda tylko, że kolorowe statystyki nie mogą oddać ducha walki i zaangażowania na boisku.

Nie masz na kogo zwalić? Zwal na trenera!

Znana od dawna zasada mówi jednak, że winni są wszyscy tylko nie nasze gwiazdy. Krytykowanie Roberta Lewandowskiego, który jest najlepszym strzelcem reprezentacji w historii byłoby dla szanującego się mejwena pocałunkiem śmierci. Z kolei gdy gra nie wychodzi Piotrowi Zielińskiemu mówi się, że ten co najwyżej nie ujawnił swojego talentu. Piłkarze grający w gorszych klubach nie dostają takiej taryfy ulgowej od komentatorów i muszą słyszeć, że nie nadają się do gry w kadrze.

Klasyką jest też atak na trenera. Szarżę na Santosa rozpoczął Mateusz Borek, który ewidentnie jest obrażony na trenera za to, że ten ograniczył kontakt piłkarzy z dziennikarzami. Według gwiazdy Kanału Sportowego Portugalczyk „pomylił się ze składem” i „wolno reagował”. Czesław Michniewicz atakowany był za brak efektownego stylu gry, a Jerzy Brzęczek za częste eksperymenty taktyczne. Jednak przy okazji startu pracy kolejnego selekcjonera trudno nie pozbyć się wrażenia, że niezależnie kto miałby poprowadzić reprezentację Polski to napotkałby na te same problemy.

Robert Lewandowski. Ryba psuje się od głowy

W tytule tekstu wspomniałem o  Robercie Lewandowskim i wbrew pozorom nie był to clickbait. Zupełnie serio uważam, że za bardzo wiele problemów reprezentacji odpowiedzialny jest właśnie jej kapitan. Nie chodzi oczywiście o jego poziom sportowy, bo ten praktycznie przez cały czas trwania jego kariery był bez zarzutu. Chodzi raczej o atmosferę jaką wytwarza wokół siebie Lewandowski. Postawę cierpiętnika, który dla Polski gra za karę.

Lewandowski mimo, że jest kapitanem nigdy nie bierze winy na siebie. Woli wskazać opinii publicznej kozła ofiarnego w postaci trenera. Tak było gdy zwalniał Jerzego Brzęczka (słynne osiem sekund milczenia) i Czesława Michniewicza (efekt afery premiowej, w której przecież sam Lewandowski brał udział). Sam zamiast wspierać mniej doświadczonych zawodników albo podziękować kibicom za wsparcie  woli uciekać w objęcia żony lub chować się do szatni.

Robert i Anna Lewandowscy szczerzy jak zawsze na kanapie w programie Kuby Wojewódzkiego (fot. TVN)

RL9 ma tak napięty grafik, że przerwy reprezentacyjne wykorzystuje na budowanie marki i spotkania z rodziną (w tym celu opuścił trening przed meczem z Czechami). Wcześniej kadrą wstrząsnęła jego absencja podczas meczu z Węgrami. Spotkanie przegraliśmy przez co nie byliśmy rozstawieni w barażach na Mistrzostwa Świata. Okazało się, że Lewandowski nie znał konsekwencji naszej porażki, a w dzień przed meczem bawił na urodzinach prezesa InPostu Rafała Brzoski. Nie sugeruję tu, że Lewandowski powinien dbać o formę fizyczną bo tą ma doskonałą, ale obawiam się, że jego absencje mogą wpływać na morale drużyny.

Na ratunek Furman z Pawłowskim?

Dlatego dużo chętniej w kadrze zobaczyłbym Dominika Furmana i Bartłomieja Pawłowskiego. Nie chodzi mi o to czy na pozycjach, na których grają w swoich klubach mamy jakieś problemy. Obu piłkarzy podaję raczej jako przykład niezmordowanego hartu ducha. Obaj stanowią serca swoich drużyn i trudno sobie bez nich wyobrazić tak Wisłę Płock jak i Widzew Łódź.

To nie przypadek, że oba te kluby zaliczyły genialne wejścia w sezon. Były lekceważone przez rywali i stawiane w pozycji „underdogów”, ale nic sobie nie robiły z komentarzy ekspertów. To w dużej mierze zasługa wspomnianych przeze mnie piłkarzy. Obaj skończyli już 30 lat i nie interesuje ich gwiazdorzenie, a wynik meczu. Choć na boisku szaleją i bezpardonowo traktują rywali, to do swoich klubowych kolegów odnoszą się z szacunkiem, a ich wypowiedzi pozaboiskowe są wyważone.

Pawłowski jeszcze nie dawno nie łapał się do składu Śląska Wrocław. W obecnym sezonie w Widzewie strzelił osiem goli i zaliczył trzy asysty. Nie sądzę aby przeprowadzka z Dolnego Śląska w rodzinne strony specjalnie poprawiła jego piłkarskie umiejętności. To raczej kwestia tego, że w nowym klubie Pawłoś stał się naturalnym liderem. Starszym bratem dla młodych piłkarzy dopiero zaczynających przygodę z poważną piłką. Ewidentnie to rola, której potrzebował.

Podobna historia spotkała kilka lat temu Dusana Tadicia. Jeszcze kilka lat temu Serb kopał się po czole w Southampton. Gdy przeszedł do holenderskiego Ajaxu, to – pomimo zaawansowanego jak na piłkarza wieku – jego talent eksplodował. Zawodnik walnie przyczynił do wyeliminowania Realu Madryt z Ligi Mistrzów (Casemiro pewnie do dziś ma związane z tym koszmary senne). W obecnym sezonie 34-latek strzelił w lidze dziewięć bramek, zanotował 17 asyst (!), zagrał w każdym meczu, a przez trenera zdejmowany był wyłącznie w doliczonym czasie gry.

Wniosek jest z tego prosty: nie skreślajmy piłkarskich weteranów i ligowych wyjadaczy. Na boisku potrafią więcej niż niejedna przereklamowana gwiazdeczka.

Zobacz też:

Jan Rojewski
Jan Rojewskihttps://truestory.pl
Pisarz, dziennikarz. Publikował m.in. na łamach Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Onetu, Tygodnika Powszechnego. Był stałym współpracownikiem Wirtualnej Polski i Tygodnika POLITYKA. Od września 2021 roku redaktor naczelny True Story.
ARTYKUŁY POWIĄZANE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NajNOWsze

NajPOPULARNIEJsze